Archiwa tagu: Zielony Balonik

Kabaretowa wędrówka szlakiem kabaretu [propozycja]

Kabaretowy Kraków.png

W ulubionym mieście każdy ma swoje ukochane ścieżki, tworzące indywidualną mapę przestrzeni. Trasy, którymi najchętniej się porusza, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Kiedy idę krakowskimi ulicami, wszędzie widzę ślady dawnego kabaretu.
Te sprzed ponad wieku, sześciu dekad a nawet sprzed kilku lat.

Moja droga zazwyczaj zaczyna się przy Placu Inwalidów. Karmelicka to ulica, przy której przez jakiś czas mieszkał Boy, a także Przybyszewski. To ulica Bagateli, dla której Tadeusz Żeleński, według anegdoty, wymyślił nazwę, a która teraz obrała go sobie za patrona. To także, od niedawna, Teatr Szczęście, gdzie Klaun Feliks dzieli się sceną z Andrzejem Talkowskim, Ściborem Szpakiem, Impro KRK, Kabaretem A JAK! I wieloma innymi wspaniałymi artystami współczesnego kabaretu. I wcześniej ulica Rajska z piosenki Agnieszki Chrzanowskiej.

Na rogu Krupniczej w latach 20. XX wieku znajdowały się także kabarety futurystów. Jeden z nich nazywał się Katarynka, ale nie wiem o tych lokalach zbyt wiele. Na razie.

Idąc w stronę Rynku mijam Stary Teatr, w którym mam nadzieję jeszcze długo podziwiać mój ukochany zespół teatralny. Tam zobaczyłam ponad dziesięć lat temu urzekający spektakl Sto lat kabaretu… Krakowskie kabarety XX wieku. Mam wrażenie, że właśnie wtedy zaczęłam szukać informacji o Zielonym Baloniku.

Na rogu Szczepańskiej i Sławkowskiej spoglądam w lewo. Tam, w Hotelu Saskim, działał króciutko Kabaret Figliki, którego założycielem był Adolf Nowaczyński, literat z Podgórza. A gdyby pójść w tamtą stronę tylko kilka kroków dzieliłoby nas od Kabaretu Loch Camelot w Zaułku Niewiernego Tomasza.

Skręcam jednak w prawo i idę w stronę Pałacu Pod Baranami. Lata 50. zasiedliły tam pewną Piwnicę różnymi niebieskimi ptakami. Ale przynajmniej jeden z nich był czarny – Ewa Demarczyk, Czarny Anioł piosenki. Wcześniej jeszcze ulubiona piwniczna knajpa z ogródkiem, w którym latem można spotkać artystów – Vis-à-vis.

Idąc w stronę Floriańskiej mijam Bracką, na której nieraz rzeczywiście pada deszcz. Tam znajduje się Nowa Prowincja, lokal Grzegorz Turnaua. A na jednej z kamienic Michał Zabłocki wyświetlał swoje wiersze. Teraz wyświetlane są tam głównie wiersze innych autorów.

Na początku ulicy Floriańskiej stoi Hotel Pod Różą, w którym sypiają „zmęczeni podróżą”, jak pisała Agnieszka Osiecka. Z tym miejscem był związany Marek Grechuta. Kilka lat temu odbył się tam również Wieczór Z Kabaretem w ramach Festiwalu Podgórek. Idziemy dalej, w dół ulicy i docieramy do źródeł – niedaleko Bramy Floriańskiej czeka na nas Jama Michalika, w której w 1905 roku doszło do „pierwszego wybuchu śmiechu” – powstania kabaretu Zielony Balonik.

Tutaj mogłabym zakończyć swoją wędrówkę, ale zajrzę jeszcze na Szpitalną. Na przeciw Teatru Słowackiego znajdowała się kiedyś Kawiarnia Teatralna Ferdynanda Turlińskiego a w niej swoje harce rozpoczął PAON, zgromadzony wokół Przybyszewskiego zespół współtwórców pierwszego polskiego kabaretu.

Tak wygląda najczęściej przeze mnie używana mapa mojego kabaretowego Krakowa. Może przyda Wam się przy zwiedzaniu. Oczywiście nie zawiera wszystkich punktów podróży – brakuje na niej wielu miejsc spoza obrębu Plant, a także niektórych ze ścisłego centrum. Kiedy jednak mam ochotę po prostu powłóczyć się bez celu, najczęściej wybieram taką trasę. Nie zastanawiam się nad tym. Gdybym zaczęła drążyć temat, musiałabym przejść aż do Podgórza, zahaczając o inne dzielnice. Co również czasem mi się zdarza. A jak wyglądają Wasze krakowskie skojarzenia kabaretowe?

PAULINA JARZĄBEK

Reklamy

7 kabaretowych twarzy taty na Dzień Ojca [zestawienie]

Kabaretowe twarze taty

23 czerwca obchodzimy w Polsce Dzień Ojca. Pomyślmy ciepło o naszych tatach i pozwólmy sobie na chwilę uśmiechu, przeglądając „ojcowski” dorobek kabaretowych twórców.

Ojciec ma zawsze rację?

Kilka lat temu jedna z konkurencji na RYJKU odbywała się pod hasłem „Ojciec ma zawsze rację”. Nie wnikając czy to prawda, przywołuję dwa rozwinięcia tego hasła. Kabaret Jurki użył klasycznego zestawienia ojciec-matka-syn, z wątkiem damsko-męskim w tle. Ten skecz obejrzycie tutaj.

Natomiast Kabaret Ani Mru-Mru w swoim skeczu przedstawił konflikt pokoleniowy i aż trzech ojców. Całość osadzono w przeszłości i oparto na zabawnych aluzjach do współczesności. Świetny pomysł i wykonanie. A i podejście do tematu ojcostwa niestandardowe. Polecam, jeśli jeszcze nie widzieliście. Wersję Ani Mru Mru znajdziecie po kliknięciu w tym miejscu.

Niesforny syn

Mariusz i jego ojciec, w którego wciela się Robert Górski, to jedna z najbardziej znanych, kabaretowych rodzinek. W skeczu o odrabianiu lekcji pojawia się także dziadek. Nikt tak nie mówi „Mariusz!” jak lider Kabaretu Moralnego Niepokoju! Pamiętacie, jak Wy odrabialiście lekcje z rodzicami? Zobaczcie, jak robią to Mariusz i jego tata, kiedy w telewizji rozgrywa się ważny mecz. Czy Mariusz opisze sasankę? Skecz znajdziecie klikając w link.

Makabreska

Nie ma już kabaretu Szarpanina (ze Szczecina, jak Krzysiek Jarzyna – przypadek?), ale pamiętam piorunujące wrażenie, jakie wywarł na mnie ich program Pierepałki. Czego tam nie było! Był to jeden z tych programów kabaretowych, które jadą po tzw. bandzie, nie szczędzą czarnego humoru, a widza pozostawiają z uczuciem “WTF” wypisanym po wewnętrznej stronie powiek. Oto bowiem okazuje się, że można się nieźle bawić, oglądając jak to innym jest gorzej. I nie zawsze jest to uczucie komfortowe.

W jednym ze skeczów Szarpanina wykorzystuje postać ojca, który odszedł już z tego świata, jako ilustrację bezwzględności urzędników, próbujących nie dopuścić do wypłacenia ubezpieczenia na życie synowi. I chociaż trudno się nie uśmiechnąć, oglądając tę scenkę, trochę uwiera granie na emocjach wizerunkiem bliskiej osoby. Przynajmniej mnie. Może dlatego, że ten scenariusz niebezpiecznie zbliża się do rzeczywistości. Niemniej jednak jest to doskonały czarny humor. Skecz zobaczycie klikając tutaj.

Dzieci z przedświatów

Nie zapominajmy o przyszłych tatusiach. Piosenka Kabaretu Róbmy Swoje zachęca koncertowo do przywołania nowych istnień z przedświatów i wyjawia szereg korzyści z tego wypływających. A także pewną delikatną groźbę. Czy może sugestię?  Krakowskiej grupy posłuchacie np. tutaj, ale zachęcam do zapoznania się z całą płytą, Róbmy swoje piosenki.

Trochę archiwum

Oczywiście muszę wpleść i tutaj jakiś historyczno-kabaretowy wątek. Coś do poczytania znajdziecie w internetowym wydaniu Słówek Tadeusza Boya-Żeleńskiego. W interpretacji zielonobalonikowego poety Pochwała ojcostwa dotyczy Stasinka Sierosławskiego, któremu autor włożył w usta m.in. taką wypowiedź:

Właśnie kwili w kolebce

siódma dziecina,

Poprzysiągłem nie spocząć

niżej tuzina […]

Zdaje się, że Stasinek chętnie odpowiedziałby na apel dzieci z piosenki Róbmy Swoje. Cały tekst Boya znajdziecie w serwisie Wolne Lektury.

I na zakończenie klimatyczna piosenka w wykonaniu niezastąpionej Kaliny Jędrusik. „Bądź mi tatą” – śpiewała w Kabarecie Starszych Panów słowami Jeremiego Przybory, przyprawiając widzów o palpitacje.

Dużo uśmiechu dla Was i dla Waszych Tatusiów na co dzień!

PAULINA JARZĄBEK

 

Publicysta w kabarecie [artykuł]

PUBLICYSTA W KABARECIE.png

Pisząc o historii kabaretów europejskich wielokrotnie wspominałam, że były one mocno związane ze środowiskami dziennikarskimi. Chciałabym w tym tekście rozwinąć wątek publicystów, dziennikarzy i karykaturzystów, którzy tworzyli pierwsze kabarety. Oczywiście, nie ma tu miejsca na pokaźnych rozmiarów opracowanie naukowe, więc skupię się tylko na kilku nazwiskach i tytułach.

Liberum Veto i inne

Zacznę od wymienienia pism satyrycznych, wokół których skupili się twórcy Czarnego Kota, Zielonego Balonika i Jedenastu Katów. Zdaję sobie sprawę, że często nawiązuję do tych trzech grup, ale stanowią one reprezentacje głównych cech kabaretu francuskiego, polskiego i niemieckiego z tamtych lat. W przypadku Chat Noir, pierwszego kabaretu, pismo pod tym samym tytułem (prawie: pełna nazwa brzmiała La Revue du Chat Noir) powstało w celach promocyjnych. Rudolf Salis uznał, że pomoże ono rozpropagować twórczość artystów związanych z Czarnym Kotem, więc jego główną treścią były wiersze, piosenki i karykatury. Ukazało się ponad 800 numerów pisma, w dwóch seriach, od 1892 do 1897 roku. Jeszcze nie zdążyłam zapoznać się z pełną historią pisma, ale jeśli macie ochotę, jeden z numerów możecie obejrzeć na stronie Galliki.

Ze względu na “reklamową” treść pisma, tematyką nie odbiegało ono od tego, co można było zobaczyć w Chat Noir: problemy społeczne, satyra codzienności, uliczne ballady, nurty artystyczne fin de siecle’u. Poza tekstami Bruant i innych literatów (np. Verlaine’a) można było w nim znaleźć ilustracje Steinlena, Willete’a czy Caran d’Ache’a (rysunki militarne).

Co do Jedenastu Katów, sytuacja była podobna do tej z Zielonego Balonika. Monachijski kabaret zawiązał się wokół pisma Simplicissimus, w którym królowali graficy i karykaturzyści, szczególnie T. T. Heine i Ernst Neumann. Dzięki ich satyrycznym rysunkom pismo było bardzo popularne i nieco tej popularności odstąpiło Jedenastu Katom, bo ci sami twórcy projektowali plakaty i litografie dla kabaretu. Samo pismo powstało w 1896 roku, czyli pięć lat przed powstaniem Die Elf Scharfrichter, a jedna z legend założycielskich głosi, że to w jego redakcji pojawiła się myśl o utworzeniu kabaretu. Nie bez znaczenia był tutaj polityczny profil pisma. Swoje teksty publikował w nim m.in. Frank Wedekind.

Zielony Balonik swoich karykaturzystów pozyskał ze środowiska skupionego wokół pisma Liberum Veto, w którym także rządziła karykatura i rysunek satyryczny. I chociaż Zielony Balonik uparcie migał się od bezpośredniego nawiązywania do polityki, to wraz z czołowymi twórcami Liberum Veto przejął chęć zabawy w, jak to pisał Tomasz Weiss, “artystycznym gronie”. Stamtąd trafił do kabaretu m.in. Kazimierz Sichulski. Obrazy, grafiki i karykatury zasłaniały ściany Jamy Michalika i były jednym ze sposobów na tymczasowe opłacanie długów u właściciela.

Z Liberum Veto był związany także jeden z filarów Balonika – Adolf Nowaczyński: dramatopisarz, publicysta, satyryk, literat. Najpierw zwolennik Boya, w późniejszych latach jego krytyk, nazywający poglądy kolegi “boyszewizmami”. Niemniej jednak stosunek obu panów do Krakowa był podobny – mimo wyprowadzki do Warszawy zawsze ciepło wspominali Królewskie Miasto, choć w spojrzeniu Neuwerta było więcej ciemnych barw i gorzkich smaków.

Nowaczyński pisywał m.in dla pisma Świat, w którym opublikował reportaż Igraszki Zielonego Balonika (w 1909 roku). Na mojej półce czekają dwa tomy jego felietonów. Kiedy tylko się z nimi zapoznam, na pewno podzielę się tutaj swoimi wrażeniami.

W Krakowie było także pismo artystyczne, Życie, o którym pisałam już sporo. To w nim powstały założenia Młodej Polski i tam też gromadzili się zwolennicy Przybyszewskiego, którzy potem przenieśli się do Jamy Michalika. Wśród nich m.in. Boy i Nowaczyński. Nam jednak idzie o dziennikarskie komentarze do rzeczywistości, a nie do sztuki.

W przyszłości napiszę więcej o pismach satyrycznych. Tutaj wystarczy nam tych kilka zdań. Ogólnie mamy więc do czynienia z prasą rozrywkową. Jednak przyjrzyjmy się, co pisywali autorzy tekstów kabaretowych, gdy akurat nie składali zabawnych rymowanek.

Wokół Czasu

Poza sensacyjnym Ilustrowanym Kuryerem Codziennym  w galicyjskim Krakowie królował Czas – ostoja “Stańczyków” i tradycji. Czyli po prostu konserwatyzmu na modłę rozbiorową. Czego by o tym piśmie nie mówić, wśród jego dziennikarzy znajdował się m.in najlepszy przyjaciel Boya-Żeleńskiego, Rudolf Starzewski (Dziennikarz z Wesela), późniejszy redaktor naczelny, a także współautor zielonobalonikowych szopek, Witold Noskowski. Wesoło musiało być w czasowej redakcji.

Wspomniany wyżej Nos, zwany również Taperem, w Baloniku przygrywał na klawiszach, a po Baloniku pracował m.in w Kurierze Warszawskim, Dzienniku Powszechnym a następnie w Kurierze Poznańskim, gdzie redagował “Dział Kultury i Sztuki”. Pisywał rzetelne recenzje teatralne, wykazujące się znajomością rzemiosła.

Nie mogłabym nie wspomnieć tutaj także o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim. Lekarzem był może koszmarnym, ale jeszcze będąc w Zielonym Baloniku, zaczął pisywać (zresztą na początku do Czasu właśnie) wspaniałe, rozbudowane recenzje teatralne, które czyta się niczym najlepszą literaturę społeczną, bo, poza sprawami teatru, dotykają obszaru współczesności autora. Zebrał je później w serii Flirt z Melpomeną. Ponadto pisywał felietony o różnych sprawach społecznych. Najważniejsze są chyba te wydane później jako Piekło kobiet. Ostatni tom swoich m.in. publicystycznych tekstów złożył do druku kilka dni przed tragiczną śmiercią we Lwowie w 1941 roku. Przez lata książka ta była zaginiona. Kilka lat temu opracowanie W perspektywie czasu ujrzało wreszcie światło.

To tylko niewielki wycinek prasowej historii kabaretu. Sama wiem jeszcze niewiele na ten temat, więc każda kolejna lektura wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Wiele jeszcze do odkrycia. Mam nadzieje, że ten tekst rzuca nieco więcej światła na dawny kabaret i daje mu dodatkowy kontekst, dzięki któremu można pełniej odczytać założenia twórców. Pokazuje także sposób, w jaki kabaret wrastał w życie ogółu. Bo ukształtowane w kabaretach poglądy i osobowości odciskały swoje piętno na prasie, a ta niosła je dalej w świat i nie zawsze było to przesłanie okraszone śmiechem.

Więcej na ten temat znajdziecie np. w książce Tomasza Weissa, Legenda i prawda Zielonego Balonika, o której pisałam tutaj.

PAULINA JARZĄBEK

Archiwum z recenzjami: Powrót do Jamy, Jan Paweł Gawlik

Jan Paweł Gawlik, Powrót do Jamy, Wydawnictwo Artystyczno-Literackie, Kraków1961.

powrot-do-jamy_jpgawlik

Jan Paweł Gawlik spisał portret Jamy Michalika, Daniel Mróz uzupełnił ten zapis słowny o kompozycje grafik i fotografii. Efektem tej współpracy jest pięknie wydana książka Wydawnictwa Artystyczno-Literackiego, Powrót do Jamy.

Solidna robota

Mój egzemplarz nabyłam w antykwariacie. I nie przestaje mnie zdumiewać jakość tego wydawnictwa. Książka w twardej, płóciennej oprawie, wprawdzie nieciekawej pod jaskrawożółtą obwolutą z zielonym balonikiem, ale idealnie chroniącej wnętrze. A wnętrze jest bajeczne. Niemal każda strona ozdobiona jest grafiką lub fotografią. Część z nich jest kolorowa.

jama-10

Strona tytułowa jednego z podrozdziałów Powrotu do Jamy.

Całość jest oczywiście zszyta, nie klejona. Kredowy papier pożółkł nieco, a obwoluta naddarła się na krawędziach, ale jak na swoje pięćdziesiąt kilka lat książka trzyma się naprawdę nieźle. W dodatku ma też za sobą co najmniej jednego właściciela, bo grupa seminarzystów podarowała ją swojemu profesorowi rok po wydaniu, czyli w 1962 roku, o czym świadczy wpisana na pierwszej stronie dedykacja. Musiała być swego czasu cennym podarunkiem. Ja zapłaciłam za nią tylko dziesięć złotych. To była bardzo dobra inwestycja w solidnie wykonaną książkę, która jest nie tylko ładna, ale i o czymś.

 

jama-9

Przykładowa strona książki, ze zdjęciem Boya-Żeleńskiego z czasów Balonika.

 

 

 

Balonik w pigułce

Historia spisana przez Jana Pawła Gawlika to skondensowana wersja tego, co zaproponował Tomasz Weiss w swojej monografii, Legenda i Prawda Zielonego Balonika. Dostajemy więc pigułkę z konkretną wiedzą, podaną w bardzo przyjemny, gawędziarski wręcz sposób. Zdecydowanie lżej, niż we wspomnianej Legendzie i Prawdzie… Lżej nie znaczy, że mniej wartościowo. Szkoda, że historia urywa się w 1957 roku (data posłowia). Byłoby jeszcze tyle do opisania.

Autor poświęca sporo miejsca nie tylko Zielonemu Balonikowi, ale i wnętrzom lokalu Jana Apolinarego. W tej książce Kabaret bardzo wyczuwalnie jest Miejscem. Przenoszą nas do niego fragmenty szopek, wiersze, Boy, Leszczyński, Noskowski, Sichulski, Frycz – słowo i obraz.

Twarze we mgle

Ta książka to było kolejne z moich kabaretowych objawień. Wyłaniające się z niej obrazy uzupełniały moje mgliste wyobrażenia o tamtym galicyjskim świcie. O Krakowie, którego już nie ma. Z mgły domysłów wynurzyły się konkretne twarze.

jama1

Dzięki tym dwóm planszom można pobawić się w grę…

jama-2

…”Gdzie jest Boy?”. Piękne zdjęcie.

Zaproszenia, grafiki, witraże – to wszystko już znałam. Było też oczywiście kilka fotografii. Ale dopiero tutaj ujrzałam całe grupy bywalców Zielonego Balonika. W książce Pawlika znajdują się bowiem duże fotografie z balonikowych Redut, czyli  karnawałowych zabaw, balów maskowych. Zobaczyłam twarze braci Żeleńskich, ich żony, Stasinka Sierosławskiego, Helenę Sulimę, Manghę Jasieńskiego, Michalika, Ludwika Puszeta, i tylu, tylu innych, których twórcy książki nie zidentyfikowali. To były twarze tamtego Krakowa. A więc tak wyglądała Jama Michalika, wypełniona po brzegi Zielonym Balonikiem i jego sympatykami.

Słowo i obraz  mają wobec siebie znaczenie komplementarne. Ta książka udowadnia to z całą siłą.

Czekamy

Nie znam tych czasów, ale trochę za nimi tęsknię. Pewnie, byłoby ciężko bez Internetu i komórek, bez różnych technicznych udogodnień. Bez Wielkiego Krakowa. Bez wolności. Ale mimo tego zewnętrznego zniewolenia w tamtym Krakowie nawet zatwardziali konserwatyści żyli jakoś tak lżej, nawet jeśli były to żywoty tragiczne. Może bardziej w zgodzie z instynktami? Tak czuję tę dokumentalną opowieść.

Jan Paweł Gawlik kończy swoją historię m.in. fragmentem, który już kiedyś cytowałam, bo wydaje mi się niezwykle trafnym podsumowaniem:

„Nasza epoka wciąż jeszcze czeka na swój «Zielony Balonik». Czeka na wybuch śmiechu, który obali pozory, ustali nowe wartości, a ludzi przyzwyczajonych dotychczas do powielania schematów, nauczy krytycznie patrzeć na autorytety i mity”.

 

Od czasów Balonika było takich kabaretów kilka. W książkowej Jamie, Jama Michalika, w telewizji Dudek i Kabaret Starszych Panów. Współcześnie chyba nie jesteśmy tego jeszcze w stanie ocenić. Ja mam co prawda kilka podejrzeń, być może nawet o niektórych już gdzieś wspominałam, ale zweryfikuję je za kilka dekad.  Mam nadzieję. A na razie – czekamy. Najlepiej z Powrotem do Jamy pod ręką.

PAULINA JARZĄBEK

PS Wszystkie grafiki pochodzą z omawianej książki.

Archiwum z recenzjami: Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss

Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

balonik

Kabaret Zielony Balonik zaistniał w świadomości publicznej głównie za sprawą wspomnień Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który właściwie stworzył jego legendę, wspierany przez innych kronikarzy tamtych lat. Jak wiadomo, w legendach drzemie ziarno prawdy, w tej Boyowej może nawet i spore, jednak Tomasz Weiss w swojej monografii udowodnił, że i w prawdzie drzemie ziarno legendy.

Nie dla każdego, ale może właśnie dla Ciebie

 Ta pozycja jest moją ulubioną książką dotyczącą tego okresu. Nie jest to lektura łatwa, bo tomiszcze owo liczy ponad 400 stron objętości i jest skąpo okraszone ilustracjami (za to bardzo istotnymi). Niemniej jednak warto poświęcić czas i zapoznać się z zawartością tej książki. Nie jest to więc książka dla tych, którzy szukają wyłącznie zabawnych anegdot o pierwszym polskim kabarecie. Nie nadaje się również do szybkiego przewertowania celem ekspresowego odnalezienia treści (chyba, że dokładnie wiemy, czego szukać, albo już znamy zawartość).

Jest za to znakomitą pozycją wyjściową pod wszelkie prace naukowe, dotyczące albo konkretnie Zielonego Balonika, albo sytuacji Galicji przełomu XIX i XX wieku. Styl książki nie jest trudny, ale treść jest naprawdę imponująca i warta poznania.

O czym szumią prasy drukarskie

Pierwsza część monografii poświęcona jest Krakowowi i środowisku intelektualno-artystycznemu, w którym narodził się Zielony Balonik. Wiele fragmentów opracowania dotyczy dziennikarstwa, czasopiśmiennictwa galicyjskiego Krakowa, pism satyrycznych, wiodących dzienników, wskazując na te dziedziny, jako jedno ze źródeł powstania kabaretu.

W tym miejscu analizowany jest również aspekt socjo-kulturowy, łącznie z ekonomiczną sytuacją tej części kraju. Jest to ważne ze względu na mocne powiązanie estrady z życiem codziennym konkretnej społeczności, w tym przypadku galicyjskiego Krakowa.

Kilka słówek na temat

Druga część koncentruje się już na twórcach Zielonego Balonika i rozprawia się z narosłą wokół tego przybytku legendą. Książką prezentuje rzetelnie stan ówczesnych (to znaczy z 1897 roku) badań na temat pierwszego polskiego kabaretu i punkt widzenia autora. Tomas Weiss przedstawia fragmenty ocalałych utworów,  szopek satyrycznych, wspomnień i relacji, tworząc barwną mozaikę faktów, tekstów źródłowych, przypuszczeń i interpretacji. Pokaźną część materiału źródłowego tworzą oczywiście niezastąpione Słówka Boya-Żeleńskiego.

 

Nie tylko Kraków

W Legendzie i Prawdzie Zielonego Balonika pojawia się także skrócony kurs historii kabaretu w Europie i co nieco na temat dalszych losów twórców Balonika. Dodatkowo z kart tej monografii można wyczytać między wierszami wiele smaczków obyczajowych, dotyczących całej Galicji i życia codziennego. Przeczytałam tę książkę dwukrotnie, często zdarza mi się czytać jej fragmenty. Nieodmiennie jestem zafascynowana jej dbałością o szczegóły.

 

Na zakończenie anegdota:

Dzięki tej książce dotarłam na wspaniałą wystawę, Nie tylko Młoda Polska, którą organizowano całkiem niedawno w kamienicy Szołayskich.

Było to tak: w omawianej książce znalazłam czarno białe zdjęcia płótna z Paonu z 1898 roku (kawiarni, w której prym wiódł Stanisław Przybyszewski), na którym znajdowały się malowidła, rysunki i teksty bohemy artystycznej Krakowa. Płótno uważano za zaginione. Oczywiście ten temat nie dawał mi spokoju i pewnego dnia, po licznych poszukiwaniach, trafiłam na artykuł, który stwierdzał, że owo płótno znajduje się w magazynach Muzeum Polskiego w Krakowie. Po kolejnych poszukiwaniach trafiłam na reklamę wspomnianej wyżej wystawy. Ależ to była euforia.

Wystawa prezentowała twórców Młodej Polski, w tym także karykatury, obrazy i rysunki z Paonu i Zielonego Balonika. W sali im poświęconej spędziłam naprawdę dużo czasu, z nosem przyklejonym niemal do tych wszystkich grafik i płócien. Tak właśnie książka wpłynęła realnie na moje życie. A to tylko jeden przykład.

 

 

 

 

To musiało być tak [odc. 1]: Nie do pomyślenia! [impresja]

JamaMichalika_zewnętrze

Kiedy czytałam po raz kolejny fragmenty książki Ryszarda Marka Grońskiego, Jak w przedwojennym kabarecie (z której pochodzi zresztą tytuł tej serii tekstów), zaczęłam zastanawiać się, jak mógłby wyglądać wieczór w Zielonym Baloniku. Znamy co prawda relacje stałych bywalców i twórców, ale co, gdyby spojrzeć na to okiem nieco przypadkowego widza?

Idąc tym tokiem rozumowania, a także biorąc pod uwagę fakt, że jest upalny środek wakacji, postanowiłam dla rozrywki własnej,  i być może Waszej, powołać do życia takiego właśnie widza.  Kabaretowa satyra, dobrotliwa zresztą i z perspektywy czasu mało groźna, choć kłująca, wabiła do lokalu również i częsty obiekt swoich kpin: burżuja.

Zerknijmy więc na harce w Baloniku oczami doktorowej Zarzeckiej. Muszę tutaj dodać, że choć nie wzorowałam tej postaci na żadnej istniejącej osobie, to jednak zainspirowała mnie nieco profesorowa Zofia Szczupaczyńska, ze świetnej powieści Maryli Szymiczkowej (czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego), Tajemnica domu Helclów.

Zapraszam do Zielonego Balonika! 

NIE DO POMYŚLENIA! 

– Droga pani, no niechże pani zezuje tego strusia z głowy! Nic nie widać! – tęgi jegomość sapał z przejęciem, z trudem łapiąc oddech w zadymionej sali.

– Grubianin! – prychnęła zacna mieszczka, która po długich bojach wywalczyła sobie wreszcie upragnione zaproszenie do tej jaskini rozpusty i za nic nie zamierzała pozbyć się swojego upierzonego hełmu. – To paw!

– A niechże będzie i orzeł biały! – odburknął niezrażony pan ze stolika tuż za nią. – Ale niech paniusia zdejmie tego ptaka!

Pawi ogon na głowie mieszczki zatrząsł się z oburzenia, ale po kilku chwilach i rozlicznych namowach współbiesiadników, z całowaniem szanownych rączek włącznie, wylądował wreszcie na stoliku, przed wojowniczą właścicielką.

– We Lwowie nie do pomyślenia! – syknęła dama, wsączając się w swoje wino, by uspokoić nerwy. Szybko jednak na powrót wgapiła się w estradkę, żądna wrażeń, niedostępnych na co dzień poważanej mieszkance grodu Kraka, za jaką doktorowa Zarzecka się uważała.

– Mak, mak, mak! – powtarzał niestrudzony conférencieur, Stasinek Sierosławski, próbując uspokoić rozgadany na potęgę tłumek, który oblegał kawiarnię Michalikową od ściany, do ściany. – Droga publiczności, szanowni państwo burżujstwo! – Po sali przetoczył się śmiech i kilka stłumionych naprędce pomruków niezadowolenia. – Schlebiając gustom szanownego gremium musimy niekiedy powściągnąć język nasz, by nie zranić dobrze wychowanych uszu zbytnimi impertynencjami. Niechże więc nasz drogi artysta zastąpi język słowa językiem obrazu i uraczy co wrażliwsze dusze pięknem swych linii.

Doktorowa wyciągnęła z aksamitnej sakiewki złocone, teatralne lorgnon i zaaferowana przyłożyła je do oczu, by móc jak najdokładniej zobaczyć, jakież to bezeceństwa zaprezentuje na scenie, znany skądinąd, grafik, Karol Frycz. Syknęła, zniesmaczona, gdy część scenki przesłonił jej olbrzymi kwiat w nakryciu głowy jakiejś siedzącej przed nią pani.

– We Lwowie nie do pomyślenia – wymruczała pod nosem, ale nie odstawiła szkieł. Tymczasem wybrzmiał tusz muzyczny redaktora Noskowskiego. Doprawdy, taki szacowny człowiek, takiej poważnej postury, dziennikarz „Czasu” (!) a przebywa w takim towarzystwie!

Na estradkę wszedł zapowiedziany artysta malarz, trzymając kolorowe kartony. Natychmiast któryś z kolegów podbiegł doń, by mu je przytrzymać.

– Toż to ten anarchista, Nowaczyński! Cóż on tutaj robi! – myślała sobie Zarzecka, wspominając skandal sprzed kilku lat, kiedy to młody literat w krakowskiej kawiarni  zakrzyknął „Vive l’anarchie!”, po czym musiał się salwować ucieczką z kraju przed gniewem, słusznym poniekąd, władz austriackich. „Z takiej dobrej podgórskiej rodziny! Z tradycjami!”, oburzała się doktorowa.

Zarzecka spodziewała się jakiegoś pornograficznego rysuneczku, jakiejś niesmacznej ilustracyjki de Sade’a, ale to, co zobaczyła, przerosło jej oczekiwania. Oto Frycz okazywał zebranym projekty Wawelu, opuszczonego lat temu kilka przez wojska austriackie i oddanemu na powrót prawowitym właścicielom. Spory o zagospodarowanie starożytnych murów odbiły się szerokim echem. Frycz prezentował projekty Wawelu podług różnych idei. Był tam i Wawel Zawiejskiego, miłującego się w przepychu secesji, i Wawel w stylu wiedeńskim, schlebiający Jaśnie Panującemu, i zakopiański według Witkiewicza, a i japońskiego projektu Mangghi  nie brakło!

 – Pff, co za bzdura! – rozmyślała doktorowa. – Dorośli ludzie, a bawią się jak dzieci, lalkami! Pstrokate toto, a w głowie konfetti! I te idiotyczne, zielone balony, unoszące się nad zebranymi z wyższością, uwiązane do krzeseł, a co u niektórych nadal jeszcze do przegubów!  Zgroza. Otrząsnęła się na wspomnienie jowialnego odźwiernego, przytwierdzającego opornym nieraz gościom tę absurdalną wejściówkę.

Ach, i to zaproszenie! Z grafiką co prawda wykonaną przez Sichulskiego, ale ten tekst! „I nie waż się przywieść drugiego! Albowiem i ty, i przybysz niechybnie zostalibyście wylani na pysk!” Co za słownictwo!

Sala zabiła brawo, a Stasinek ponownie był na estradce, zapowiadając kolejny punkt programu. Teraz pan Teofil Trzciński miał wykonać wiązankę przyśpiewek, pióra Leszczyńskiego, odkłaniającego się po wywołaniu z jakiegoś kąta sali.

– Powariowali ci ludzie! – grzmiała w myślach Zarzecka. – Sodoma i Gomora! Człowiek sceny w takim otoczeniu. I poeta!

Tajne się w oczach lęgną smutki, bo na pokładzie zbrakło wódki! – huczał Trzciński, przy akompaniamencie niezmordowanego Noskowskiego.

Po lokalu krążyli kelnerzy, roznosząc tace z alkoholem i ciastkami.  Doktorowa rozejrzała się uważnie: pod jedną ze ścian krzykliwa szopka, z figurynkami, które odgrywały tu swe bezbożne role przy karnawale. Zielone ściany pokryte malunkami i freskami z niemal nieprzyzwoitymi scenami, choć nagość postaci okryto bielizną. Rozpoznawała nawet twarze niektórych z wesołej gromadki, a i co szacowniejszych krakusów udało jej się wyłowić wprawnym okiem z morza karykatur. Istny skandal!

A już niemal brakło jej tchu, gdy potoczywszy wzrokiem wokoło, dojrzała kilka pań z towarzystwa, w szykownych sukniach, prosto z teatru miejskiego, w takim miejscu! Sama mówiła sobie, że kto jak kto, ale ona ma prawo tu być, dla celów badawczych, bo nie zamierza się bawić, a jedynie potępić całą tę zbieraninę. Po cichu, co prawda, ale potępić! A potem narzekać, na co jej przyszło! Już widziała te zatroskane spojrzenia pań z towarzystwa dobroczynnego, współczujące  jej, że musiała przesiedzieć w takim miejscu tyle godzin, by jej małżonek, doktor, mógł zachować autoironiczną twarz! Nic to, że sama wierciła mu dziurę w brzuchu, by wystarał się o zaproszenia do Jamy u Pruszyńskiego, lub innego jakiego znajomego z kabareciku. A tu masz! Tu siedziała profesorowa, tam  pani radczyni… No jeszcze hrabiny by brakowało!

Wtem rzeczone niewiasty ożywiły się, bo na estradce pojawił się młody pan z wąsem. Gdyby Zarzecka nie miała swojej godności i była nieco młodsza, rzekła by nawet, że przystojny. I że mocniej zabiło także i jej serce. Żeńska część widowni zaczęła szeptać i chichotać. Doktorowa wychwyciła powtarzane z westchnieniem słowo „Żeleński”. Czyżby to on? Powód jej najgłębszej troski i dociekań. I zainteresowania, matczynego, oczywiście.

 I wtedy dostrzegła w pierwszym rzędzie stolików młodą Żeleńską, de domo Pareńską, która afiszowała się a to z bratem małżonka, a to z redaktorem Starzewskim. Nie znają wstydu te dziewczyniska, doprawdy. Przynajmniej Maryna dobrze wyszła za mąż. Ale to znaczyło, że instynkt doktorowej nie omylił i rzeczywiście na scenie stał mąż Zofii, Tadeusz. Jego matka z pewnością niespokojnie przewraca się w rodzinnym grobowcu.

Ach, żeby tak zmarnować karierę lekarską. Powiadają, że Tadeusz Żeleński porzucił karierę naukową, żeby zostać byle pismakiem od niestosownych wierszyków. Doktorowa szturchnęła swego męża, lekarza internistę Zarzeckiego, co miało oznaczać, że jest w najwyższym stopniu oburzona, że człowiek z jego środowiska dopuszcza się takich uchybień dla honoru. Mąż w odpowiedzi wyszczerzył zęby w uśmiechu. Beznadziejny przypadek! Porozmawia z nim w domu.

Tymczasem Tadeusz wyrecytował osławioną Stefanię, której za każdym razem domagał się spragniony tłum i począł recytować pozostałe wiersze z tetralogii pensjonarki, czy jakoś tak. Już ci tam Zarzecka nie wierzyła, żeby jakakolwiek pensjonarka wypisywała takie rzeczy!

Inna znów dziewczynka była, a wołali ją Ludmiła. Mimo dość tłustego cielska, była bardzo marzycielska. – Żeleński mówił, a Zarzecka traciła dech. Zaczęła wachlować się leżącym obok niej kartonikiem zaproszenia, aż jej mąż zapytał, czy nic jej nie dolega. On bawił się znakomicie, widziała to po iskierkach w jego oczach!

Żeleński mówił dalej. Było coś o rycerzu i oddawaniu cnoty z ochotą. Doktorowa słyszała jak przez mgłę. Widziała podobnie, bo poza nagłymi uderzeniami gorąca, wzrok przesłaniały jej kłęby wonnego dymu z cygar i papierosów.

Wciąż mężniej sobie poczynał, aż łóżko wpadło w Urynał. – Zarzecka głębiej osunęła się na krzesło. Straszne! Takie straszne słowa! Kto publicznie mówi o nocnikach pod łóżkiem! – Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. –  Żeleński skończył recytację i ukłonił się z teatralnie.

– Ignacy! Wody! – wystękała doktorowa wśród burzy braw i okrzyków. Mąż posłusznie, acz niezbyt szybko, bo ze wzrokiem wlepionym w estradkę, ruszył do baru i przyniósł jej szklankę wody. – A jednak wytrzymam! Nie dam satysfakcji żadnym miejskim kumoszkom! Opowiem im o tych wszystkich rzeczach ze wszystkimi, okropnymi szczegółami! – Pomyślała Zarzecka, nie dodając jednakże, że również z wypiekami na twarzy.

Zabawa toczyła się dalej. Doktorowa Zarzecka wyprostowała się dumnie, z mocnym postanowieniem dotrwania do końca i przestrzeżenia każdego, kto będzie chciał jej słuchać, o tragicznych skutkach rozluźnienia wychowania dzisiejszej młodzieży. A może i wystosuje odpowiedni liścik do „Czasu”? Wszak to szlachetna misja, przestrzegać przed złem świata doczesnego. Najlepiej przy proszonej kolacji u jakiej baronowej.

– We Lwowie nie do pomyślenia! – syknęła jeszcze do rozbawionego męża, nim na estradzie Stasinek zapowiedział kolejny numer.

PAULINA JARZĄBEK

Filmy z kabaretowym duchem

Jeszcze trwają letnie sesje egzaminacyjne, a wiadomo, że filmy i seriale nigdy nie smakują tak dobrze, jak w czasie przedegzaminacyjnego przyswajania wiedzy. Połączcie przyjemne z pożytecznym i przy okazji nasyćcie się kabaretową atmosferą. Przed Wami pięć moich ulubionych filmów z kabaretem w tle.

filmy

Fot. Noom Peerapong (źródło: unsplash.com)

1. Miłość Ci wszystko wybaczy (1982)

Hanka Ordonówna jest kabaretową legendą. Polską femme fatale. Ten film nie jest wierna ekranizacją jej biografii, ale przekazuje esencję tego, kim była i jest dla polskiej estrady. Reżyserem tego obrazu jest Jerzy Rzeszewski.

Mamy tutaj warszawskie scenki i porównanie artystycznej stolicy z prowincją lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Te wszystkie smaczki arystokratycznej śmietanki towarzyskiej i aspiracje mieszczaństwa. Warszawa sprzed katastrofy, kolorowa i pełna nadziei po wybuchu wolności.

Tytułową rolę zagrała Dorota Stalińska, ale piosenki wykonała Hanna Banaszak. Dla mnie objawieniem stała się rola Piotra Fronczewskiego – Fryderyk Jarosy. Ot, co znaczyło kiedyś być dobrym konferansjerem. O tym aktorze w filmach o podobnej tematyce pisałam więcej na swojej stronie, w artykule Jarosy à la Fronczewski.

2. Lata dwudzieste… Lata trzydzieste… (1984)
Polski musical. Teksty napisał Ryszard Marek Groński, autor opracowań z dziedziny historii kabaretu, satyryk. Współtworzył również scenariusz. Film jest spektakularny, zwłaszcza jeśli za kryterium przyjąć polskie warunki.

Liza (Grażyna Szapołowska) marzy o karierze artystki estradowej. Gdy Adam Dereń (Tomasz Stockinger) postanawia zemścić się na swoich wspólnikach i utopić pieniądze w mało intratnym interesie – nadarza się okazja. Inżynier chce bowiem zainwestować w kabaret. Niespodziewanie dla niego teatrzyk rozkwita i zaczyna przynosić zyski.

Ale najważniejsza jest atmosfera tamtej Warszawy. Nieco bardziej kiczowata i ubarwiona ze względu na wymogi stylistyki produkcji, ale bardzo wciągająca. I tutaj również pojawia się postać Fryderyka, zagranego przez Fronczewskiego. Być może jest to kontynuacja tego samego snu o międzywojennej Warszawie, z którym stykami się w fabularyzowanej historii Hanki. To nie powinno dziwić. Również i ten film wyreżyserował Janusz Rzeszewski.

3. Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy (1978)

I znów film muzyczny. I znów ten sam reżyser. I znów Piotr Fronczewski, tym razem w roli tytułowej, jako Szpicbródka. Chronologicznie ten obraz był pierwszy. Główną postać kobiecą, Anitę, zagrała Gabriela Kownacka.

W tej historii pojawia się wątek kryminalny. Fred Kampinos, znany jako tajemniczy kasiarz Szpicbródka, oferuje pomoc podupadającemu teatrowi Czerwony Młyn (to chyba nieprzypadkowe odniesienie do paryskiego Moulin Rouge?). Propozycja zostaje przyjęta z wdzięcznością. Inżynier przejmuje prowadzenie i razem z nowym spektaklem, rozpoczyna przygotowania do ostatniego naga padu na bankowy skarbiec, do którego zamierza dostać się przez piwnicę teatrzyku. A potem robi się już tylko ciekawiej.

Miłośnicy sztuki estradowej obejrzą sobie kulisy powstawania rewii, a miłośnicy napadów rabunkowych… Słowem, każdy znajdzie coś dla siebie!

4. Dagny (1977)

Polsko-norweski film biograficzny o pierwszej żonie Stanisława Przybyszewskiego, norweskiej pianistce, Dagny Juel.

Stacha zagrał Daniel Olbrychski. Dagny wykreowała na ekranie Lise Fjeldstad. Jest to obraz dziewięciu ostatnich lat życia muzy berlińskiej i polskiej bohemy. Przy fragmentach obejmujących pobyt Przybyszewskich w Krakowie mamy migawki z Paonu i z szalonego życia tej pary.

Reżyserował Haakon Sandoy.

5. Z biegiem lat, z biegiem dni… (1980)

Idealny przed każdym egzaminem. To właściwie serial (osiem długich odcinków), którego scenariusz oparto na sztuce Teatru Starego z 1983 roku pod tym samym tytułem, w reżyserii Andrzeja Wajdy.

Autorską tekstu scenariusza jest Joanna Olczak-Ronikier. Kolejne odcinki zostały napisane m.in. na podstawie sztuk Michała Bałuckiego, Gabrieli Zapolskiej, czy Jana Augusta Kisielewskiego i tekstów Boya-Żeleńskiego. Jest to znakomity portret dawnego Krakowa, w okresie od 1874 do 1914 roku. Młoda Polska, Paon, Zielony Balonik… I wiele, wiele innych pasjonujących wątków: konflikt cygana i filistra, cena sztuki, piękne stroje i wnętrza, romanse, znajome fabuły w zupełnie nowym świetle. Kraków, jakiego nie znacie.

Mam nadzieję, że teraz sesja jawi Wam się w jaśniejszych barwach. Powodzenia. I pamiętajcie, po sesji też możecie sięgnąć po te filmy. Niech moc Kabaretu będzie z Wami!

PAULINA JARZĄBEK