Archiwa tagu: recenzja

Lektura na wakacje: Tadeusz Żeleński, „Reflektorem w mrok”

Tadeusz Żeleński (Boy), Reflektorem w mrok, Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985.

reflektorem w mrok.jpg

Najpierw deszcze niespokojne, teraz upały – tyle okazji do sam na sam z książką! Korzystajcie! Wśród książek, do których lubię wracać, znajduje się zbiór felietonów Boya, „Reflektorem w mrok”. Moje wydanie pochodzi z 1985 roku, ma pożółkłe kartki i zalicza się do grona książkowych „cegieł”. Jest także jedną z najprzyjemniejszych w odbiorze książek, jakie miałam w swoich rękach.

Jeśli lubicie czytać biografie i książki dokumentalne, w tym tomie znajdziecie wiele dla siebie. Teksty Tadeusza Żeleńskiego są pisane pięknym językiem, pełne humorystycznych anegdot o świecie dawnej, krakowskiej (i nie tylko) bohemy, przemyśleń na temat kultury i społeczeństwa sprzed wieku i tego wszystkiego, co stanowiło pożywkę dla publicystów i satyryków z tamtych lat. Znajdziecie tutaj plotki, półprawdy i całe prawdy o dawnym Krakowie, Zielonym Baloniku, teatrze, salonach, dziennikach, artystach i wydarzeniach, z zastrzeżeniem, że nie zawsze wiadomo, do której kategorii można zaliczyć wpis Boya.

Sama czytałam ten zbiór już kilka razy i na pewno jeszcze do niego wrócę. Choć każdą z 650 stron wypełnia drobny druk, pozbawiony ilustracji, nie przeszkadza mi to w wyświetlaniu sobie w wyobraźni całych filmów, opartych na tych tekstach. Zwłaszcza, że Boy pisze plastycznie, obrazowo i tak, że czytelnik odnosi wrażenie dotykania mebli Wyspiańskiego, wdychania dymu cygar w kawiarni i stąpania po nierównym bruku.

Zanim sięgnie się po znane wszystkim „Słówka”, dobrze jest zanurzyć się na chwilę w tym świecie widzianym oczami Boya-prozaika, publicysty i kronikarza. „Reflektorem w mrok” to świetny pomysł na letni wypoczynek z książką. Znajdziecie tutaj sprawy poważne i mniej poważne, lekkie i wagi ciężkiej, a wszystko to spisane sprawnie i w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury aż do ostatnich stron.

PAULINA JARZĄBEK

Reklamy

Lektura na wakacje: Jeremi Przybora, „Piosenki prawie wszystkie” [recenzja]

Jeremi Przybora, Piosenki prawie wszystkie, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2005.

Jeremi Przybora - Piosenki prawie wszystkie

Wakacyjne lektury kojarzą się zazwyczaj z powieścią kryminalną albo lekkim romansem. A ja mam dla Was inną propozycję: tomik (a raczej tomiszcze) poetyckich tekstów piosenek Jeremiego Przybory.

Jeremi Przybora pisał pięknie i dowcipnie, czasem lżej, czasem poważniej, zawsze jednak wspaniałą polszczyzną, pełną gier słownych i niespodziewanych rymów. Wyłaniający się z jego tekstów świat, to świat fraków, dam, hrabin, ale i tanich drani, trupów w szafie czy na swój sposób uroczych upiorów.

To teksty, które kreują własną rzeczywistość, istnieją poza czasem i przestrzenią. Są uniwersalne, bo mówią o tym, co wspólne dla wszystkich epok, choć nie brakuje w nich aluzji do czasów, w których powstawały. Rozbawiają i wzruszają po równo – do łez.

Ich bohaterami są pewne typy ludzkie, stworzone na potrzeby tych właśnie małych fabułek, zamkniętych w formie piosenki. To daje nam dziesiątki mini historii w liryczno-zadziornej stylistyce.

W tym zbiorze znajdziecie teksty znane m.in. z Kabaretu Starszych Panów oraz te mniej popularne, pisane w różnych okresach i przy różnych okazjach. Poza piosenkami takimi jak „Jesienna dziewczyna”, „W kawiarence Sułtan”, „Ząb zupa dąb” czy „Przeklnij mnie!” książka ta zawiera więc także na przykład teksty z musicalu „Piotruś Pan” czy pisane dla Teatru Niedużego. Ten cały piękny, bogaty świat słów czeka tylko na to, abyście po niego sięgnęli i, strona za stroną, odkrywali wszystkie jego niuanse.

A ubawić można się przy tym wspaniale, zwłaszcza, gdy w pamięci szumią jeszcze znane melodie i majaczą czarno-białe obrazki z telewizyjnych realizacji. Jest co zwiedzać wśród tych tych poetyckich pejzaży, zabarwionych odrobiną ciepłego humoru, a czasem wybrzmiewających nieco ostrzejszym i przaśniejszym tonem. Lektura idealna na lato. I na każdy dowolny okres roku.

PAULINA JARZĄBEK

„Gupik ma szczęście”, czyli wiersze dla dzieci Tomka Nowaczyka [recenzja]

Tomek Nowaczyk, Gupik ma szczęście, il. Marcin Skoczek, wyd. BOOKflow, Poznań 2015.

Gupikmaszczęście

1 czerwca będziemy świętować Dzień Dziecka. Jeśli szukacie prezentu, który rozwija wyobraźnię, przyciąga uwagę i równocześnie powoduje ciągłe rozbawienie, pomyślcie o książce. Konkretnie o książce z wierszami Tomka Nowaczyka, „Gupik ma szczęście”.

Sama kupiłam ją kilka miesięcy temu – żałuję, że nie od razu po premierze. I nie, nie zamierzam nią obdarowywać żadnego dziecka, zachowam ten egzemplarz dla siebie. Też lubię dobrze zrymowane wiersze, choćby i dla dzieci. Chętnie natomiast kupię kiedyś kolejną sztukę na prezent dla kogoś  innego.

Wierszom towarzyszą zabawne ilustracje Marcina Skoczka, razem z nimi tworząc barwną całość, której odbiór to prawdziwa przyjemność. Pamiętam taką serię książeczek dla dzieci z mojego dzieciństwa, „Poczytaj mi, mamo” – teraz chyba wznowioną w innych wydaniach. Zawsze mnie do nich mocno ciągnęło. Zresztą nie tylko do nich. Książkom zawsze trudno było się oprzeć i zazwyczaj rozsądek przegrywał z argumentem „Jeszcze tylko kilka stron i kończę”. Cóż, wierszy Tomka Nowaczyka nie odłożyłam, aż skończyłam. Nie byłam w stanie się od  nich oderwać.

Bardzo podobają mi się te wierszowane historyjki fauny i flory, z mniej lub bardziej poważnymi morałami. Uśmiechałam się przy każdej zwrotce. Oczywiście moim ulubionym wierszem jest ten o biedronce, nie mogło być inaczej – jak tak dalej pójdzie, cała moja garderoba będzie w grochy i kropki. Znajdziemy tu również opowieść o łosiu cykliście, misiowym śnie zimowym, gruboskórnym grejpfrucie, czy o tytułowym gupiku.

Wspaniałe są te wszystkie zabawy z polskimi porzekadłami, gry słów i własne interpretacje różnych zjawisk. Inteligentne rymowanki, pełne humoru i zabawnego komentarza do rzeczywistości tworzą razem barwny, literacki świat, niezwykle plastyczny, także dzięki ilustracjom Marcina Skoczka.

Książka jest pięknie wydana na dobrej jakości papierze, w twardej oprawie, szyta (!) i klejona, ilustracje mają soczyste, nasycone kolory i obecnie jest jedną z najładniejszych książek na moich półkach. Polecam serdecznie, małym i dużym.

PAULINA JARZĄBEK

Trzeci Oddech Kaczuchy: zaskakująco ciekawa książka

Dzisiaj gościmy na naszym blogu tekst autorstwa Andrzeja Domagalskiego – recenzję wydanej w zeszłym roku książki Andrzeja Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie.

Panu Andrzejowi dziękujemy za podzielenie się swoim tekstem, a my zapraszamy do lektury.

Janeczko książka.JPG

Fot. A. Janeczko

Trzeci Oddech Kaczuchy: zaskakująco ciekawa książka

Długo oczekiwana książka jest już na rynku. I stanowi nader przyjemne zaskoczenie. Owszem, planowana była na 35-lecie tego wielce kiedyś popularnego, a dziś może i nieco zapomnianego, kabaretu piosenki, obchodzone – przypomnijmy – w 2016 roku. Rok poślizgu jest przysłowiową betką, bo czytelnik w książce autorstwa Andrzeja Janeczko znajduje to, na co czekał. Warto było uzbroić się w cierpliwość, bowiem 340-stronicowa publikacja przygotowana przez łódzką oficynę Księży Młyn zasługuje na uwagę i staranną lekturę. Jest co czytać, jest co wspominać; i do śmiechu, i do łezki! Jest również i co oglądać, ponieważ książka ta została wzbogacona plastycznie przez dyplomowanego artystę – plastyka, autora publikacji.

Przełomowy dla zespołu był rok 1981 i pierwsze miesiące działalności olsztyńskiej grupy, które zasługują na szczególną uwagę. Wtedy to popularne „Kaczuchy”, występujące jeszcze w trzyosobowym składzie ze zmarłym w lipcu 2011 r. gitarzystą Zbigniewem Rojkiem, zresztą współzałożycielem tej grupy, zdobyły w kwietniu wzmiankowanego roku na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie Grand Prix i Nagrodę Dziennikarzy za bezbłędne i brawurowe wykonanie piosenki Wódz. Kilka miesięcy później zostali laureatami I Nagrody w koncercie Interpretacje na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej Opolu.

Nie zdawali sobie wtedy sprawy, iż ta krakowska nagroda wywróci do góry nogami ich późniejsze życie. Na drugi dzień był koncert laureatów w Hali Wisły, a potem bankiet w Rotundzie. – Za całą naszą nagrodę wszyscy pili do oporu. Stawialiśmy każdemu, kto tylko chciał pić. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Na szczęście wtedy już graliśmy dużo imprez w całej Polsce z kabaretem „Ostatnia Zmiana” Bohdana Wrocławskiego i było za co żyć. W pewnym momencie podszedł do nas Wojciech Młynarski. – Wiecie co? Nigdy nikomu tego nie mówiłem tu na festiwalu krakowskim, ale uważam, że powinniście robić to zawodowo. To znaczy: śpiewać! Było nam bardzo miło, tym bardziej że nasz „idol”, na wyżej wspomnianym bankiecie, przeszedł z nami na ty – wspomina lider grupy Andrzej Janeczko w swojej książce. Ten jeden koncert zmienił całe ich życie. Z dnia na dzień stali się ulubieńcami całej Polski, a ich Kombajnista był swego czasu drugi na liście przebojów radiowej Trójki za Johnem Lennonem. Paradoks? Niekoniecznie! Zawsze zadawano im pytanie: – Dlaczego Trzeci Oddech Kaczuchy? Odpowiadali niezmiennie: – Ano dlatego, że była ich trójka, a Kaczuchy? – W dziecięcych czasach ich idolami był Kaczor Donald.

Andrzej Janeczko w swojej publikacji zabiera Czytelnika w zajmującą podróż, w trakcie której on, „poeta i łachmyta”, wspomina przyjaciół artystów, a książka dosłownie skrzy się od zabawnych anegdot z udziałem znanych polskich twórców estrady. – Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego wyjazdu do Nowego Jorku z zacną ekipą m.in. w składzie: Wojciech Młynarski, Wojciech Siemion, Halina Kunicka, Jurek Derfel, Lucjan Kydryński, Wiesław Gołas, Marlena Drozdowska – wspomina autor publikacji – Na lotnisku kupiłem pół litra Soplicy i poszedłem do toalety by łyknąć co nieco przed lotem. Spotkałem tam Wiesława Gołasa. – Pan też się boi latać?- spytał. Kiwnąłem głową. – To wypijmy z jednej, mojej buteleczki, a pańska będzie na później. Tak tez zrobiliśmy. Warto dodać, iż wówczas – a było to w 1993 r. – panowała swoista „pogoda dla pijących” na pokładzie samolotu, bowiem przymusowa awaria samolotu jeszcze na płycie lotniska, ułatwiła miłośnikom odprężenia drugie – równie solidne – podejście do Soplicy, oczywiście w WC. – W całej kabinie widać było przestraszone twarze pasażerów. Tylko dwóch, Wiesław Gołas i ja odprężeni, czekaliśmy z godnością i obojętnością na rozwój wypadków – konkluduje twórca Wodza. Dodać należy, iż książka ta, pełna przeciekawych zdarzeń, krąży nie tylko wokół tematu alkoholowego rauszu. „Trzeźwych” anegdot jest bowiem zatrzęsienie, m. in. o tym, iż w trakcie Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” w Gdańsku rodzimi piosenkarze byli bardzo blisko „Prawdy”, ale ciekawych tego wydarzenia odsyłamy do wspomnień artysty.

Andrzej Janeczko od kilku lat jest sołtysem pełną gębą w podłódzkich Ługach, w gminie Stryków, niczym estradowy legendarny sołtys Kierdziołek z Chlapkowic, czyli Jerzy Ofierski, wcielający się w swoich kabaretowych monologach w postać wiejskiego filozofa i komentatora bieżących wydarzeń, zaczynającego swoje monologi od sformułowania „Cie choroba!”. Janeczko raczej stroni od tego rodzaju filozofowania, tworząc przez ponad trzy dekady piosenki nader mądre, zapadające w pamięć, do których się z wielką przyjemnością wraca i które niewiele tracą na aktualności, żeby tylko wspomnieć, oprócz wymienionych wcześniej, jeszcze tylko kilka tytułów: Pytania syna poety, Nie umieraj nam inteligencjo, W naszej klasie, Te dwadzieścia kilka lat. Śpiewa je od 37 lat w duecie w towarzystwie rodowitej olsztynianki Mai Piwońskiej, zawsze uśmiechniętej i pełnej wigoru życiowej partnerki artysty. Piosenkarki, której wiek się nie ima!

Andrzej Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie, wyd. Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2017

ANDRZEJ DOMAGALSKI

„Pieśni z szynela” i „Aj Waj! czyli piosenki z cynamonem”: piosenka jako nośnik kultury [recenzja]

Kultura w piosence

Chciałabym przypomnieć dwa wspaniałe spektakle Grupy Rafała Kmity, zarejestrowane na pięknie wydanych płytach CD: Pieśni z szynela (Wszyscyśmy z jednego szynela) z 1999 i 2010 roku (mam drugie wydanie) oraz Aj waj! czyli piosenki z cynamonem (Aj waj! czyli historie z cynamonem) z 2010. Wspominam o nich przy okazji obchodzonego niedawno (26 września) Europejskiego Dnia Języków przede wszystkim dlatego, że język polski również jest językiem Europejskim, i to bardzo ładnym. Ponadto język jest również nośnikiem kultury, a wspomniane wydawnictwa, choć wybrzmiewają czystą polszczyzną, opowiadają o dwóch europejskich kulturach, które miały wpływ i na ten język, i na jego kulturę: rosyjskiej i żydowskiej.

W Pieśniach z szynela zaglądamy do rosyjskiego albumu. Dosłownie i w przenośni. Na starych fotografiach w załączonej do płyty książeczce migają twarze piosenkowych bohaterów. A trzeba przyznać, że Rafał Kmita te twarze i ich właścicieli, jak zawsze zresztą, obsadził znakomicie. Tam nie ma przypadku. Charakterystyczne głosy Sonii Bohosiewicz, Arkadiusza Lipnickiego czy Piotra Plewy opowiadają nam historię z rosyjskiego prospektu. To oczywiście Rosja wyobrażona, mocno literacka, wręcz momentami bajkowa. XIX-wieczny świat zatrzymany w piosenkach jak na starej fotografii. Jest to podróż w czasie, mocno iluzoryczna i prawdziwie sentymentalna, ale daje słuchaczowi wiele radości z odkrywania własnych wyobrażeń o tym literacko-baśniowym obrazku rosyjskiej kultury. Zresztą jest coś magicznego już w samej epoce.

Druga płyta, Aj waj! czyli piosenki z cynamonem w podobny sposób opowiada o kulturze żydowskiej. Choć całość wypada raczej w pozytywnym tonie, można wychwycić w tych nagraniach zapowiedzi tragicznego finału z II Wojny Światowej. Być może wystarczy nam sama jego świadomość, by w tych utworach wysłyszeć, obok pogodnej nostalgii, ciemne tony. Podobnie jak w Pieśniach… znajdziemy tutaj dużo zabawnych, ironicznych tekstów, które same w sobie stanowią znakomity materiał na skecz, ale także dostaniemy sporą dawkę westchnień lirycznych, jakby z lekkim echem dosmucania, rodem z Kabaretu Starszych Panów.

Nie potrafię nawet wskazać ulubionej piosenki, bo każda z nich budzi we mnie inne emocje. Każda w jakiś sposób mnie porusza, albo bawi, choć teraz, w pierwszej chwili przyszła mi na myśl piosenka Marzy sobie krawiec Mendel.

Myślę, że główną siłą obu płyt i spektakli, jest ich skomponowanie wokół konkretnych postaci: toksycznej niani, krawca Mendela, Piotra i Sonii, albo i dziwki z Krochmalnej – czemu nie? Gdyby te teksty dotyczyły całych społeczności, podmiotu zbiorowego, nie zapadałaby by tak łatwo i nieścieralnie w pamięć. Ale tutaj padają konkretne imiona, opowiadane są konkretne historie. To sprawia również, że opowiedziane poza spektaklem, te muzyczne anegdoty również trafiają do odbiorcy i pozwalają mu się w nich zanurzyć. Dla mnie to muzyczno-teatralne majstersztyki. Polecam serdecznie te albumy na długie, jesienno-zimowe wieczory, jeśli jeszcze uda Wam się je gdzieś upolować. W przeciwnym razie pozostaje to, co wyszperacie w sieci, np. takie oto urocze wykonanie Pieśni bezsennej, którego możecie posłuchać tutaj.

PAULINA JARZĄBEK

Antykwariat z recenzjami: Ryszard Marek Groński, „Od Siedmiu Kotów do Owcy [recenzja]

Ryszard Marek Groński, Od Siedmiu Kotów do Owcy. Kabaret 1946-1968, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1971.

Jesień to najlepsza pora na czytanie. W Antykwariacie z recenzjami mam dla Was  propozycję opowiadającą o dawnym kabarecie: kolejną z książek Ryszarda Marka Grońskiego. Tym razem autor skupia się na kabaretach z lat 1946-1968.

okładka_7kotów.png

Przednia i tylna okładka.

Anegdotą przez świat kabaretu

Co jest w tej książce wyjątkowego? Jak we wszystkich pozycjach tego autora, które są mi znane, temat jest przedstawiony przekrojowo, w sposób lekki, wręcz anegdotyczny. Nie ma tu co prawda rozbudowanej warstwy historycznej, ale jest sporo tekstów źródłowych. Jest też coś, co mogłabym określić „rysem stylistycznym” – naszkicowanie stylistyki danej grupy anegdotą, cytatem, fragmentem rozmowy.

Przykładowe strony.png

Przykładowe strony. Tutaj fragment rozdziału o Jamie Michalikowej.

Książkowa morfologia

Mój egzemplarz został wydany w 1971 roku, szczerze mówiąc, nie wiem, czy były jakieś wznowienia. To wydawnictwo jest klejone, więc niektóre kartki odrobinę „wiuchają”, ale ogólnie, jak na swój wiek, książka ma się dobrze. Kiedyś posiadała jeszcze żółtą obwolutę, która zaginęła po drodze, jednak sama okładka też daje radę. Podoba mi się także opracowanie graficzne książki, proste grafiki i układ fotografii autorstwa Jerzego Srokowskiego. I ten zapach starego papieru, ach… Format jest klasyczny, zeszytowy, w sam raz do torebki. Co ta książka ze mną przeszła!

U Lopka.png

Strona otwierająca część poświęconą kabaretowi U Lopka (Kazimierza Krukowskiego).

Bohaterowie

Jak pisze autor, wydawnictwo skupia się wokół kabaretów zawodowych z lat 1946-1968, których przekornie uporządkowano od najmłodszego do najstarszego: Owca, Egida, Dudek, Dreszczowiec, Lopek, Jama Michalikowa, Koń, Wagabunda, Szpak, Stańczyk, Siedem Kotów. Jedenaście wspaniałych grup, które kilka dekad temu przyciągały liczną publiczność. Potraficie wskazać grupy z Krakowa?

Każdemu z kabaretów poświęcono osobny rozdział, a w nim krótkie wprowadzenie w stylistykę i klimat, omówienie głównych autorów i aktorów. Co było charakterystyczne dla tych grup, były one kabaretami autorskimi, mocno naznaczonymi postaciami swoich liderów, którzy przy okazji byli także głównymi autorami tekstów i koncepcji. Ale o tym musicie poczytać już sami, do czego serdecznie Was zachęcam.

Wiesław Gołas_Magda Zawadzka.png

Fotosy Wiesława Gołasa i Magdaleny Zawadzkiej, dołączone na końcu książki.

Komu, komu!?

Komu spodoba się ta publikacja? Moim zdaniem każdemu, kto lubi literaturę faktu, satyrę (także literacką) oraz historię kabaretu polskiego. Jeśli szukacie pozycji bibliograficznej do pracy naukowej, ta książka również się sprawdzi, jednak bardziej jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań, bo wątki kolejnych grup są tutaj jedynie zaznaczone. Natomiast jako źródło do niewielkiego artykuły „Od Siedmiu Kotów do Owcy” nada się znakomicie, ze względu na koncentrację sporej dawki informacji ogólnych i kilku smakowitych detali.

Dreszczowiec.png

Strona otwierająca rozdział o kabarecie Dreszczowiec, dla którego pisał m.in. Wojciech Mlynarski.

U źródeł

Na szczególną uwagę zasługują oczywiście cytowane teksty źródłowe, które nieraz bardzo trudno odnaleźć w innych wydawnictwach. Do tej pory krążą mi po głowie urywki zdań od różnych twórców wspomnianych w tej książce. „Pan nie zna Lopka? Lopek i kropka”, „Kup pani tę gęś. Już oskubana, tylko nie miałam serca jej zabić”, „A naokoło sami dobrzy Niemcy”, „W co się bawić”, „Ani be-e, ani me-e-e-e, bo ja jestem declasse-e-e-e”, „Ja tak lubię drukować petitem”…

Ogólnie bardzo polecam tę publikację. Poszukajcie jej w bibliotece, albo w antykwariacie. Warto.

PAULINA JARZĄBEK

Antykwariat z recenzjami: Jak w przedwojennym kabarecie

Pamiętacie moją listę 10 ulubionych książek o kabarecie? Wiele z nich było wydanych na długo przed latami 90. XX wieku i ja takie wydania posiadam. I właśnie im, między innymi, poświęcę tę serię artykułów. Zaczynam od książki, od której rozpoczęła się tak naprawdę moja fascynacja historią kabaretu.

Jak w Przedwojennym kabarecie_okładka

Ryszard Marek Groński, Jak w przedwojennym kabarecie. Kabaret warszawski 1918-1939, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987.

Zanim zaczęłam się zaczytywać opowieściami o Zielonym Baloniku i Tadeuszu Żeleńskim, do książek o kabarecie przyciągnął mnie Ryszard Marek Groński. Nie pamiętam już teraz jak to dokładnie wyglądało, na pewno pierwszy egzemplarz tej książki znalazłam w bibliotece. Na własność nabyłam ją stosunkowo niedawno, ale już wcześniej wracałam do niej kilka razy.

Wydanie, które kupiłam w antykwariacie, pozbawione jest charakterystycznej czerwono-czarnej obwoluty i prezentuje tylko zwykłą, miękką okładkę, z prostą grafiką z rewiowymi girlsami. Książkę wydrukowano na kremowym papierze (a może pożółkł ze starości), a na stronach znajduje się kilka plam nieznanego pochodzenia (choć wygląda to na kawę).

To musiało być tak…

A pod okładką dzieją się cuda. Nie dość, że autor ujął dwadzieścia lat kabaretu warszawskiego jasno i przejrzyście, to zrobił to w tak uroczy sposób, że do tej pory serce bije mi z przejęcia, gdy kartkuję tę książkę. Od razy znać rękę fachowca (Ryszard Groński to satyryk). I pasjonata.

Nie znajdziecie tutaj zbyt wielu dat. Nie jest to więc suche przeniesienie faktów na papier. Próżno szukać tu również szczegółowych biografii artystów kabaretu. Ale zobaczcie tylko malutki fragment pierwszego rozdziału, Ram-Pam-Pam:

To musiało być tak:
Mgła oddechu na lustrze w garderobie. Szklanka z odciśniętym śladem szminki. Wietrzejący zapach perfum Henryka Zaka. Przypięta pineską kartka: Kolejność numerów. Kroki inspicjenta. Szept: Na scenę, natychmiast na scenę! W popielniczce niedopałek papierosa, opleciony nitką dymu.

Przecież to się czyta jak najlepszy opis literacki! Cała książka napisana jest tym stylem: czasem bardziej nostalgicznym, czasem pełnym humoru, ale zawsze bardzo plastycznym i sugestywnym.

Jak w przedwojennym kabarecie_zamiast wstępu

Jedna z pierwszych stron książki: „Zamiast wstępu”. I plama w rogu strony.

Futra, lisy i nowości wiosenne…
Autor zamieszcza ponadto, gdzieś między wierszami, opis międzywojennej Warszawy. A dokładniej, Warszawy tych, którzy mogli pozwolić sobie na regularne bywanie w Ziemiańskiej i w Qui Pro Quo. Warszawy zarzuconej modnymi futrami i szalami, w piórkowych boa, w wystawnych kreacjach wieczorowych. Gdzie cylinder i laseczka były nieodłącznym elementem garderoby. To wszystko ilustrują porzucone tu i tam dawne reklamy gazetowe.

„Futra, lisy i nowości wiosenne… Poleca I. LEHR i S-KA”, „Wykwintne czekoladki w oryginalnych i gustownych BONBONIERKACH POLECA SZWAJCARSKA FABRYKA CZEKOLADY G. G. LARDELLI”, „WYTWORNE TOWARZYSTWO bawi się tylko w wykwintnym salonie zabaw „NITOUCHE””, „POMADKI DO UST SZACHA to gwarancja pięknych i ponętnych ust”. Prócz tego oczywiście informacje o różnych mydłach, perfumach, szamponach i pastach do zębów. Jak to w świecie reklamy. Uzupełniają to afisze spektakli teatrzyków rewiowych i kabaretowych programów.

Na początku była fotografia

I jest tu również wiele starych fotosów, z których uśmiechają się dawne gwiazdy: Fryderyk Jarosy, Hanka Ordonówna, Mira Zimińska, Eugeniusz Bodo, Wielki Dodek (Adolf Dymsza), Loda Halama i inni.

Gdyby nie te fotografie, może w ogóle nie byłoby tej książki? W tych kawałkach naświetlonego papieru zamknięto fragmenty tamtej kolorowej rzeczywistości, która wciąż przebija z czarno-białych obrazów. Jak pisze autor książki, „cudem odnalezione” i wystawione w 1974 przez fotografa Dorysa.

Tytuł swojego opracowania Ryszard Marek Groński zaczerpnął z piosenki kabaretu Elita, wtedy należącego do młodego pokolenia artystów kabaretowych. W ten sposób połączył klasykę z nowoczesnością.

Jak silne było to połączenie niech świadczy choćby fakt, że kabaret Dudek w owym czasie czerpał z programów dawnych scenek pełnymi garściami, wykonując zwłaszcza klasyczne szmoncesy, w tym najpopularniejszy Sęk, napisany przez Konrada Toma.

Fryderyk_Hanka_Jak w przedwojennym kabarecie

Najsłynniejsza para międzywojennej Warszawy, dwie legendy: Hanka i Fryderyk.

Antologia wspomnień
Teksty dawnych twórców zostały umieszczone w tej książce na równi z tekstem opracowania. Nie są dodatkiem, cytatem, stanowią równoprawne uzupełnienie treści książki. Dają pewien kontakt z tamtym kabaretowym światem. Praktycznie każdy rozdział zilustrowano tekstami źródłowymi. A było co ilustrować: Publiczność i szlus, Giełda autorów, Patrzymy na gwiazdy, Okruchy lustra, a tam legendarni konferansjerzy, tekściarze i wykonawcy.

Obok opracowania tamtych lat zyskujemy więc również antologię klasycznych tekstów kabaretowych. Zdziwicie się, ile z nich znaliście z późniejszych wykonań.

Dla kogo?

Dla każdego, kto lubi dobrze napisane książki dokumentalne o dwudziestoleciu międzywojennym. Dla wielbicieli klasycznego kabaretu. Dla początkujących kabareciarzy, którzy szukają inspiracji i / lub gotowych tekstów do zaadaptowania. Zwłaszcza piosenek. Dla tych, których fascynuje legenda kabaretowej estrady. I po prostu dla miłośników dobrej literatury. Warto zatopić się na chwilę w świecie przedwojennego kabaretu.

PAULINA JARZĄBEK