Archiwa tagu: Poczet kabaretu polskiego

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XIV]: Krzysztof Jaroszyński

RETROSPEKTYWA

W ostatniej części cyklu – jejku jak to szybko zleciało! – rozmowa z członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, kabareciarzem, satyrykiem, tekściarzem oraz producentem telewizyjnym. Jako młody chłopak występował w kabarecie studenckim „Stodoła”, następnie przeszedł do kabaretu Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Był twórcą magazynu radiowego „60 minut na godzinę” w Programie Polskiego Radia, a także tworzył duet „Dwójka bez Sternika” wraz z Januszem Gajosem. Obecnie pisze teksty kabaretowe dla m.in.: Cezarego Pazury, Janusza Gajosa czy Piotra Fronczewskiego. O kim mowa? Oczywiście, że o Krzysztofie Jaroszyńskim! O czym opowie w wywiadzie – przeczytamy poniżej.

Krzysztof Jaroszyński: Przepraszam za spóźnienie…

Dziennikarki: Teraz każdy za coś przeprasza. Pan przeprasza za spóźnienie, „Przeprasza, że kabaret”, Zbigniew Bujak „Przeprasza za Solidarność”…

K. J: Tytuł mojej najnowszej książki „Przepraszam, że kabaret” nie ma nic wspólnego z tytułem rozliczeń pana Bujaka. Wpadłem na ten pomysł niezależnie i chyba wcześniej. A chciałem na stronie tytułowej przeprosić czytelnika za to, że zbiorem żartobliwych tekstów ośmielam się kwitować ostatnią dekadę – pełną poważnych, patetycznych i dramatycznych wydarzeń.

D: To chyba kokieteria. Przecież w dzisiejszych czasach tytuły codziennych gazet drwią jawnie z poważnych zjawisk naszego życia społeczno-politycznego. I wygląda na to, że publicyści zaczynają odbierać chleb satyrykom.

K. J.: Nie zawsze i nie dla wszystkich tzw. dziennikarze polityczni są wiarygodni. Ludzie zdezorientowani przez środki przekazu nie wiedzą, gdzie leży prawda. My satyrycy też często tego nie wiemy, ale nasza przewaga nad publicystami polega na tym, że jak dotąd nie utraciliśmy jeszcze społecznego zaufania, mówimy do ludzi nie tylko śmiesznym, ale i zrozumiałym językiem.

D.: Mówić zrozumiale, nie zawsze znaczy obiektywnie…

K. J.: Satyryk ma być obiektywny w tym sensie, że powinien reprezentować poglądy uczciwej i myślącej części społeczeństwa. Nie może zaś wysługiwać się elitom władzy, tylko krytycznie im się przyglądać. I tego oczekują od nas ludzie.

D.: Na ile nasza rzeczywistość jeszcze pana śmieszy, a na ile już przeraża?

K. J.: … Parę dni temu, 9 maja, w tak zwanym „Dniu Zwycięstwa” przez okno usłyszałem, jak na podwórku mała dziewczynka gra w klasy, skacząc i podśpiewując „O, Maryjo bądźże pozdrowiona”… Pomyślałem wtedy, że na pewno jest to dowód czyjegoś triumfu, tylko czy mam rzeczywiście powody, żeby się z tego cieszyć.

(…)

D.: … Wygląda na to, że należy pan do pokolenia, które zamyka poczet polskiego kabaretu, bo młodszych kontynuatorów gatunku brak.

K. J.: Przez ostatnich kilkanaście lat niszczono w młodzieży artystyczną inwencję. Na przykład skanalizowano zainteresowania młodzieży w muzyce rockowej. W ten sposób udało się wyeliminować kilka lub kilkanaście roczników potencjalnych twórców kabaretu.

D.: Ale dzięki temu pozycja „dinozaurów” polskiej estrady została niezachwiana.

K. J.: Co nie zmienia faktu, że dla nas, twórców, jest to sytuacja nienormalna, bo odcięta została możliwość sprawdzania się w konfrontacji z młodszymi. Nie zanosi się na to, by w nowych czasach narodził się spontanicznie i szybko młody kabaret. Młodzież jest zbyt niecierpliwa, a autorytet pieniądza wszechwładny; ażeby uzyskać w tym fachu status profesjonalisty, należy przez jakiś czas terminować jako amator.

Kolejny wywiad dwóch dziennikarek: Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, ale tym razem mniej chaotyczny niż poprzedni. Rozmowa utwierdza czytelników w przekonaniu, że satyra w latach 90. zajmowała ważne miejsce w świecie kabaretu. W dzisiejszych czasach proporcje między satyrykami, a tradycyjnymi kabaretami zostały nieco zamazane, stawiając ich na jednym poziomie.

ANETA TABISZEWSKA

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Jolanty Popielarz i Joanny Kawalec, Przepraszamy za wywiad, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

Reklamy

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XIII]: Stefan Friedmann

RETROSPEKTYWA

Dzisiaj na tapetę bierzemy rozmowę dwóch dziennikarek: Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, z satyrykiem, aktorem filmowym i teatralnym, współtwórcą radiowego duetu satyryczno-komediowego, który tworzył cykle „Dialogi na cztery nogi” czy „Fachowcy” oraz prezenterem telewizyjnym – Stefanem Friedmannem. Zapraszamy!

Dziennikarka: Gdzie widzi pan dla siebie miejsce w poczcie polskich kabareciarzy?

Stefan Friedmann:  Przepraszam, ale zaszło tu jakieś nieporozumienie. Myślałem, że chcą mnie Panie umieścić w poczcie k o b i e c i a r z y polskich i dlatego tu przypędziłem.

D.: Nie poszukuje pan preferencji, bo jest nieosiągalna. Czy ucieka pan przed nią ze strachu przed nudą i rutyną?

S. F.: To jest mój wybór, a nie ucieczka. Stale szukam i przez to czuję się młodo. Wiem, że mam predyspozycję, aby być doskonałym, ale drugorzędnym poetą. Być może mam taki typ osobowości, że bez żadnego wysiłku mógłbym być drugorzędnym we wszystkich innych dyscyplinach. Na razie ograniczam się do kabaretu, bo wciąż trzymają się mnie głupie dowcipy. Lata lecą, a ja nadal jestem traktowany jako studencki wykonawca. Rówieśnicy moich synów mówią często do mnie „Cześć Stefan” i to mi schlebia.

D.: Chyba byli za mali, żeby oglądać pana w „Hybrydach”, w czasach gdy występował pan z Koftą, Młynarskim, Kreczmarem…

S. F.: …ale pamiętają mnie z radiowych powtórek „Ilustrowanego Magazynu Autorów” czy „Ilustrowanego Tygodnika Rozrywkowego”. Znają moje „Dialogi na cztery nogi”. Dla niektórych jestem po prostu Majstrem z „Fachowców”, a dla najmłodszych Kozą Mee… z „Trójkowego” KORKA.

D.: Gdzie pan znajduje prototypy bohaterów swoich satyrycznych obrazków?

S. F.: Jestem z tej samej szkoły, co Iredyński, Himilsbach, Kofta i Hłasko. Kiedyś włóczyliśmy się razem po knajpach i melinach, szukając wrażeń i podniet twórczych. Dziś ograniczam się do obserwacji życia społecznego i obyczajowego.

D.: Nigdy nie ciągnęło pana w stronę satyry politycznej.

S. F.: Bo nigdy nie byłem w tym dobry. Moja twórczość zmierza raczej w kierunku purnonsensu, kalamburu, humoru sytuacyjnego. Wiem, że ludzie czekają teraz na krytyczne aluzje polityczne, bo to im przynosi ulgę. Ale mnie polityka w tym kontekście nie interesuje. Ostatnio zapytano mnie, co myślę o „polityku polskim?” Odpowiedziałem: to samo, co o „bułgarskim uczonym” – nie ma takiego zjawiska. Najczęściej jest to człowiek, którego zmusili albo sam się zgłosił, lub też przypadkiem zrobił karierę, jak w książkach Dołęgi-Mostowicza. Tylko to wcale nie jest śmieszne.

D.: Mówi się, że pokolenie „Hybryd” powiedziało już wszystko. Może szansą na odrodzenie sztuki kabaretowej jest pokoleniowa zmiana warty?

S. F.: Dla mnie czymś innym i świeżym, nadzieją na nowe trendy w sztuce kabaretowej była Pomarańczowa Alternatywa – inteligenta, zabawna, otwarta na happeningu i bardzo aktualna. Niestety, trwała krótko. Ostatnio pojawiła się silna grupa tzw. dosadzaczy, którym wystarczy lektura codziennej gazety, aby być mocnym w gębie. Rynek kabaretowy wciąż jest zdominowany przez kombatantów z czasów STS-u i Egidy oraz ich epigonów.

D.:  Do tej pory środowisko kabaretowe było zdeprawowane również pod względem finansowym. Ludzie z tzw. nazwiskiem nie musieli zabiegać o publikację swoich tekstów – dobre czy złe zawsze znajdywały nabywców. Czy teraz coś się zmieni?

S. F.: Niektórzy wciąż są zaskoczeni nową sytuacją. A ja się spodziewałem tego „gościa”, że on wejdzie do środka, zacznie się rządzić, zje mi wszystko i nie da pracy. Mówię o kapitalizmie. Dlatego postanowiłem przestać  być niepokorny. I chętnie dam ogłoszenie, że jestem gotów swoją obecnością uświetniać wesela, pogrzeby, imieniny i wyjścia za kaucją z więzienia.

D.: Czy mógłby nam pan pomóc i wskazać dla siebie miejsce w poczcie kabaretu polskiego?

S. F: Jeśli mogę wybrać sam, to chciałbym znaleźć się obok mojego mistrza Jurka Dobrowolskiego, w niedalekiej odległości od Staszka Tyma, a na przeciwnym biegunie żartu Jana Pietrzaka. Jeśli poczet byłby przedstawiony jako folwark zwierzęcy, to przypomina, że jestem tylko… Kozą Mee…

***

Wywiad interesujący i w miarę konkretny, jednak trochę chaotyczny. Podejrzewam, że przyczyną tego może być liczba dziennikarzy przeprowadzających tę rozmowę. Możliwe, że artykuł tego nie odda, bo starałam się wybrać wątki, które przedstawią czytelnikowi parę ciekawostek o samym rozmówcy, jak również postrzeganiu kabaretu w tamtych czasach. Więc z tym chaosem musicie mi uwierzyć na słowo. 😉 Ponadto pada stwierdzenie, że społeczeństwo w tamtych czasach oczekiwało kabaretów politycznych, co uwidacznia, że po pierwsze, polityka (chyba jako jedyny temat) w kabarecie zawsze będzie tematem uniwersalnym, niezależnie od epoki, a po drugi,e profile kabaretów kształtują się wraz z preferencjami publiczności.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, Polityk polski, czyli bułgarski uczony, „Rzeczpospolita”, Warszawa, 1991.

 

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XII]: Bohdan Smoleń

RETROSPEKTYWA

W kolejnej części cyklu rozmowa z aktorem, artystą kabaretowym, piosenkarzem komediowym, założycielem kabaretu „Pod Budą” oraz członkiem słynnego w okresie PRL kabaretu „Tey” z Poznania. Prowadził również program „Ludzie listy piszą” w TVP Polonia. Jeśli napiszę, że nagrał zbiór satyrycznych bajek „Smoleniowe bajanie, czyli całkiem dorosłe bajki”, będziecie już z pewnością wiedzieć o kogo chodzi. Oczywiście mowa o Bohdanie Smoleniu, który opowie trochę o życiu satyryka.

Dziennikarz: Czy w Polsce da się wyżyć z żartów?

Bohdan Smoleń: Oczywiście. Nieraz cały zespół można utrzymać, a co dopiero pojedynczą osobę. Trzeba tylko dbać o to, żeby przy żarcie było zawsze jakieś żarcie. Zresztą ja mam ogródek, ja się sam wyżywię.

D.: Kiedy żart przestaje być żartem, a zaczyna być biznesem?

B. S.: To już jest od dawna. My już dawno nie żartujemy, tylko nikt się jeszcze nie zorientował. Ludzie wciąż się śmieją z tego, co mówimy… a właściwie śmieją się sami z siebie.

D.: W latach 70. był pan pierwszym artystą w kabarecie „Pod Budą” w Krakowie…

B. S.: O! Widzę, że pan mi grzebał w życiorysie.

D.: Bywałem wtedy „Pod Budą”… Po co pan wyjechał do Poznania, by być w TEY-u drugi?

B. S.: Do pracy jeździ się na Zachód. Ja zatrzymałem się w Poznaniu, gdzie było naprawdę fantastycznie. Nie przyjechałem tam zresztą na żadne wyścigi, tylko do współpracy. Z Zenonem Laskowikiem, z Januszem Rewińskim i wieloma innymi ciekawymi artystami, który byli w TEY-u. A klasyfikacje i tabelki porobili już ludzie z zewnątrz.

D.: Ale w pewnym sensie został pan u boku Laskowika spadkobiercą Janusza Rewińskiego.

B. S.: Dlaczego od razu spadkobiercą?… Po prostu była ciekawa, twórcza współpraca i tylko to się liczy. Ten kawał roboty.

D.: Uważa pan, że satyra w Polsce ma jeszcze prawo bytu, skoro mamy już demokratycznie wybraną władzę i nie musimy „dawać odporu”?

B. S.: Satyra w każdym ustroju jest potrzebna. Satyryk patrzy innym okiem niż człowiek, który jest zaprogramowany od siódmej rano do trzeciej popołudniu. Dopóki będziemy mieli coś do powiedzenia, dopóki przyjdą na nas ludzie, to nie zginiemy i będzie przeuroczo.

D.: Można powiedzieć, że dla pana satyra stała się sposobem na życie.

B. S.: Ja umiem wyczuć granicę między sztuką a życiem. Może trudno będzie w to panu uwierzyć, ale ja schodzę ze sceny i jestem normalnym facetem.

20170316_140901

D.: Pan tworzy nie tylko dla dorosłych, ale i dla dzieci. Co panu przysparza większych satysfakcji.

B. S.: Uważam, że dla dzieci należy czujniej grać, bo to przyszła dorosła widownia. Trzeba ją przyzwyczaić do siebie. Żeby mnie potem, dziadka, taki przyszły widz nie obrzucał kamieniami, ani nie wytrącał laseczki, którą się będę podpierał, gdy ślisko. Gram i dla dzieci, i dla dorosłych z równą ochotą.

D.: Kto jest głównym dostarczycielem tekstów dla pana?

B. S.: Teraz Andrzej Czerski. Tak sobie kombinujemy – każdy ma jakieś pomysły, ktoś to jednak musi spisać. Ja tego nie piszę, bo nie mam długopisu. Andrzej za to ma dwa i robi to szybciej. Tak mi się zawsze wydawało, że miałem nadwornych pisarzy. W TEY-u Zenona Laskowika i Krzysztofa Jaślara.

D.: Od kilkunastu lat na estradzie powtarzają się te same nazwiska. W czym pan upatruje zmierzch kabaretu, bo nie ma zbyt wielu młodych twarzy w satyrze.

B. S.: W tej chwili brak pieniędzy na lansowanie nowych nazwisk. Wiadomo, że tacy młodzi musieliby się otrzeć o festiwale – o telewizję przede wszystkim – o radio, estradę, a imprez coraz mniej. Żaden widz nie pójdzie na nazwisko, które mu nic nie mówi. Sądzę, że jeszcze przez wiele lat widzowie będą skazani na te zgrane pyski, które poznali kiedyś będąc jeszcze w podstawówce.

***

Wywiad z tych bardzo konkretnych i rzeczowych, co – moim zdaniem – akurat tu niestety gra na niekorzyść. Ma się wrażenie dużego zdystansowania między rozmówcami. Owszem można dowiedzieć się jak bohater wywiadu postrzegał parę istotnych kwestii, jednak brakuje mi kilku śmiesznych anegdot czy kabaretowych przygód. Myślę, że zabieg ten ubarwiłby wywiad.

 

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z rozmowy Janusza R. Kowalczyka, Żarcie przy żarcie, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XI]: Jacek Fedorowicz

RETROSPEKTYWA

Dzisiaj rozmowa z satyrykiem, aktorem, a z wykształcenia malarzem. Jest współzałożycielem Teatru Bim-Bom, w którym występował. Ponadto znany jest z takich programów jak: „Poznajmy się”, „Małżeństwo doskonałe” czy audycji radiowej „60 minut na godzinę”. Kojarzyć go też możecie z kabaretu Wagabunda, lecz przede wszystkim znany jest z programu „Dziennik Telewizyjny”. Kto taki? Oczywiście, Jacek Fedorowicz. Zapraszamy!

Dziennikarz: Piotr Skrzynecki, wiadomo – „Piwnica Pod Baranami”, Jan Pietrzak, też wiadomo – „Egida”, a Jacek Fedorowicz to… Jacek Fedorowicz. Stał się pan człowiekiem instytucją?

Jacek Fedorowicz: Nigdy nie miałem swojego kabaretu, ponieważ nie lubię być szefem czegokolwiek. Taką już mam naturę. Bywałem za to elementem, kto wie, może nawet dość znaczącym elementem różnych kabaretów. Byłem autorem, który starał się swoje teksty dowartościować własnym wykonaniem. A zaczęło się to dawno: 37 lat temu.

D: Z ekranu telewizyjnego zszedł pan dość wcześnie do radia, gdzie możliwości dowartościowania tekstów własnym wykonaniem były znacznie większe. W radiowej „Sześćdziesiątce” bez większych przeszkód wcielał się pan w kilka różnych postaci. Ile ich było? Ja doliczyłem się ośmiu.

J. F.: Gdyby te postaci policzyć na siłę, uzbierałoby się ich znacznie więcej. Tyle, że nie wszystkie były umiejętnie skonstruowane i konsekwentnie prowadzone. Zwycięsko ukształtowała się postać Kolegi Kierownika i Kolegów: Kuchmistrza, Spikera, Tłumacza oraz Pana Kazia. To są te zasadnicze postacie. No i kolega Fedorowicz, który również nie był takim lustrzanym odbiciem prawdziwego pana Jot Fedorowicza.

D.: Otrzymał pan prestiżową „nielegalną” nagrodę „Solidarności” za jeden z najzabawniejszych „wideoklipów”. Za zdubbingowanie własnym tekstem i głosem trafnie dobranych fragmentów z programu telewizji PRL połowy lat osiemdziesiątych. Przy oglądaniu tej parodii propagandowej rzeczywistości widzowie dostawali konwulsji ze śmiechu.

J. F.: Było dla mnie niesłychaną frajdą obserwować jak ludzie na to reagują. Teraz jednak, bez pokazania tego materiału trudno udowodnić walory satyryczno-ideowe. To był po prostu bardzo pieczołowicie zrobiony „fałszywy” dubbing. Wielką uwagę przywiązywałem do synchronizacji tekstu z ruchem ust postaci mówiących moim głosem (Rakowski, Żukrowski, Janiszewski i inni). Miała powstać pełna iluzja, że to właśnie oni mówią. A mówili – rzecz jasna – herezje. To mogło być tak śmieszne tylko wtedy. Dlatego że telewizja była tym aroganckim mówcą, któremu wolno było wszystko powiedzieć o społeczeństwie i obrażać je na wszelkie możliwe sposoby. I nagle ktoś w imieniu setek tysięcy obrażonych ludzi zemścił się na telewizji. Zarazem było to w prosty sposób śmieszne. Ale było tak gorąco przyjmowane dlatego, że posiadało cechy odwetu.

D.: Powiedział pan kiedyś, że w promieniu półtora metra dokoła pana nie było, nie ma i nie będzie socjalizmu. Być może dlatego ludzie chcą być jak najbliżej pana. Dawniej przeciwnika można było o wiele łatwiej namierzyć i trafić. Co teraz stanowi pożywkę dla kabareciarza?

J. F.: W tej chwili jest przede wszystkim inaczej. Nastąpił jednak powrót do normalności, w której zawsze żyje się trudniej niż – choćby nawet – w luksusowym więzieniu. Pomimo że jest mi z całą pewnością, trudniej, to również jest mi i lepiej. Jeśli mam bardzo zły humor, to sobie wychodzę na spacer przed „Biały Dom”, na którym czytam napis „Powszechna Kasa Oszczędności” i radości z tego powodu starcza mi do wieczora. Szalenie łatwo było mi pisać o minionym systemie, bo go nie lubiłem. Dawna władza czasem mówiła, że krytyka jej pomaga. Otóż ja nigdy nie chciałem, żeby moja krytyka socjalizmowi pomagała. Zawsze marzyłem, żeby mu zaszkodziła i w tym właśnie upatrywałem cel mojego pisania. W systemie normalnym, żeby coś dobrego wyprodukować, to trzeba naprawdę się natrudzić. Żeby chłop wyprodukował mleko, które może konkurować na rynku z zachodnim, to musi się mocno postarać. Ja też, jeśli chcę zainteresować czymś słuchacza – nie mówię rozśmieszyć, bo akurat nie tylko temu się poświęcam – muszę rzeczywiście solidnie się namęczyć i wiele kartek papieru powyrzucać do kosza. Ale z tego wcale nie wynika, że dawniej było mi lepiej. Nie. Ja bardzo nie lubiłem tamtej łatwizny.

Wywiad bardzo konkretny i rzeczowy, dlatego, że sam Pan Jacek Fedorowicz jest człowiekiem konstruktywnym, wypowiadającym się w sposób merytoryczny. A przede wszystkim człowiekiem mówiącym krótko i zwięźle na temat, bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Wywiad jest też spokojny i wyważony, przez co zaliczyć go można do jednych z najlepszych wywiadów tego cyklu. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja jak czytałam tę rozmowę, to nie czytałam jej swoim głosem, lecz w uszach brzmiał mi ton i charakterystyczny sposób mówienia Pana Jacka.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z rozmowy Janusza R. Kowalczyka, Bywałem dość znaczącym elementem, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

 

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. X]: Tadeusz Ross

RETROSPEKTYWA

W kolejnej odsłonie naszej „Retrospektywy” zostanie przytoczona rozmowa z człowiekiem wielu talentów. Tadeusz Ross, bo to o nim mowa, jest aktorem, piosenkarzem, satyrykiem, tekściarzem wierszy i piosenek dla dzieci, scenarzystą autorem musicali i politykiem. Znany szerszej publiczności z satyrycznych audycji telewizyjnych, radiowych i estradowych, a zwłaszcza z programu „Zula-Gula” oraz współtworzonej z Piotrem Fronczewskim cyklicznej audycji „Rossmówki” w III Programie Polskiego Radia. Wywiad przeprowadziły Jolanta Popielarz i Joanna Kawalec. Zapraszamy!

Dziennikarz: Jaki zawód wpisuje pan w ankietach personalnych? Autor, aktor, menadżer?

Tadeusz Ross: Dawno takiej ankiety nie wypełniałem, ale powinienem wpisywać aktor, choć skończyłem wydział estradowy warszawskiej PWST i przez 12 lat pracowałem w teatrach – Komedia i Syrena – nigdy nie czułem się do końca aktorem. Odnalazłem się dopiero w kabarecie, jako taki facet, który sam sobie pisze teksty, a potem je wygłasza. W tej roli czułem się najlepiej.

D.: W najlepszym, naszym zdaniem, programie satyrycznym lat 70. „Sześćdziesiąt minut na godzinę” prezentował pan swoje „Rossmówki”, czyli utopione w purnonsensownej poetyce dialogi z Piotrem Fronczewskim.

T. R.: Współpracę radiową z „Sześćdziesiątką” wspominam wspaniale. W okresie „Solidarności” stworzyliśmy z najlepszych programów radiowych kabaret „Tu sześćdziesiątka”, który występował w Teatrze Żydowskim…

D.: …Dając często powód ambasadzie radzieckiej do interwencji, i to za sprawą pana piosenki „Wejdą, nie wejdą”.

T. R.: To była taka sobie niewinna śpiewanka o mrówkach, które miały wejść na koc Telimeny i Pana Tadeusza. Jak wiadomo, mrówki bywają czerwone…

D.: Walka z cenzurą, jeśli spojrzeć na to z perspektywy czasu, miała pewne zalety.

T. R.: Tak. Autor chcąc przechytrzyć cenzora musiał pisać językiem tak dalece aluzyjnym, że w końcu sam tekst stawał się bardziej wysublimowany. I może dlatego mieliśmy najlepszy kabaret polityczny na świecie…

D.: …który pełnił określone i ważne funkcje społeczne.

T. R.: Nie zapomnę atmosfery lat 80., gdy z „Sześćdziesiątką” jeździliśmy po kraju, pokazując kabaret w zakładach pracy, gdzie witano nas zawsze żywiołowo i reagowano spontanicznie. Miałem wtedy poczucie, że dokładamy niewielką cegiełkę do czegoś istotnego, wspólnego. Podobnie odbierałem występy dla Polonii w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii.

D.: Potem powstała pana autorski program „Życie przerosło kabaret”.

T. R.: I to był początek końca. Mam tu na myśli moją kabaretową działalność. Poczułem się zmęczony estradową formą, napięciem przed każdym występem. I zrezygnowałem.

D: Przestało to pana bawić?

T. R: Mam często takie wrażenie, że mógłbym śmiało wyciągnąć stare teksty i one będą świetnie pasowały do niektórych dzisiejszych realiów. Układy się zmieniły, grupy społeczne przetasowały, powstały nowe partie… i co z tego?

D.:  Czyli wciąż jest o czym pisać i co prześmiewać?

T. R.: Żałuję, że nie możemy śmiać się, jak ludzie na Zachodzie – z byle czego, tak po prostu. Bezmiar głupoty i nieuporządkowane życie polityczne nie pozwalają nam na to. Na górze przepychanki, ale na szczęście mamy już nowy Sejm, który zamiast zajmować się takimi drobiazgami, tym, że chirurg ma milion dwieście, dzieci próchnicę, a babcia bogaci się na emeryturze, z pewnością przez najbliższe pół roku będzie debatował na temat aborcji. I to nas wydźwignie.

D.: I pan chce coś jeszcze robić w telewizji?

T. R.: Czemu nie. Pracuję nad scenariuszem niemieckiego cyklu pod roboczym tytułem „Benny Hill po polsku”. Rzecz o tym, jak czterech osiłków z kabaretu „Otto” utrudnia życie takiemu niepozornemu facetowi, jak ja, który próbuje przebić się przez tę naszą, miejscami głupawą, rzeczywistość.

D.:  A poza tym?

T. R.: Chciałbym wreszcie normalnie pożyć. Życie kabaretowe dla mnie się już skończyło. Od dwu lat prowadzę agencję reklamową, niebawem otwieram restaurację lub jak panie wolą – club, na Mariensztacie. I tęsknię za prawdziwą normalnością. Czas ustąpić młodym satyrykom, o świeżym, mniej cynicznym spojrzeniu na nasze realia.

D.: Czego by pan, „weteran polskiego kabaretu”, życzył tym, którzy dopiero wchodzą w zawód?

T. R.: Życzyłby, aby teksty, które napiszą dziś, nie musiały być aktualne jutro.

Jest to kolejny wywiad z tych, dzięki którym można nakreślić sobie w głowie realia kabaretu w tamtym okresie. Chociażby temat cenzury. Gdy go przeczytałam, zaczęłam zastanawiać się, czy cenzura faktycznie miała jakieś zalety. I zgadzam się z panem Rossem, że jej zaletą było zmuszenie autora do wyszukiwania nieoczywistych aluzji i żartów. Bo czyż dzisiejsze skecze niektórych grup kabaretowych nie idą na łatwiznę? Nie są zbyt uproszczone? Nie nastawiają się na komercję i zadowolenie jak największej liczby osób? A co drugie słowo w skeczu, to „ku*wa”?

Wydaje mi się, że trochę tak jest, ale to też ma swoje dwie strony. Jedni lecą po najmniejszej linii oporu, rozśmieszanie ludzi jest dla nich jedynie maszynką do zarabiania pieniędzy, dla drugich z kolei rozbawianie ludzi jest pewną ideą, którą chcą wykonywać jak najlepiej i być mistrzami w swoim rzemiośle. Publiczność zresztą podobnie się dzieli. Jednych zadowoli mięsiste przekleństwo rzucone ze sceny, bo po prostu przyszli się „odmóżdżyć”, drudzy zaś w sztuce kabaretowej szukają czegoś wysmakowanego.

A jeśli chodzi o kabaret polityczny, to czy był w tamtych czasach najlepszy na świecie – nie mnie to oceniać. Niemniej uważam, że i w dziejszych realiach radzi sobie całkiem nieźle.

ANETA TABISZEWSKA

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Jolanty Popielarz i Joanny Kawalec, Polak bez wroga nie żyje, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. IX]: Stanisław Tym

RETROSPEKTYWA

W dzisiejszej części cyklu wywiad z legendą, nie tylko polskiego kabaretu, ale także i kinematografii. Będziecie go zapewne kojarzyć z kultowych filmów jak: „Miś”, „Rejs” czy „Brunet wieczorową porą”. Tak, tak, mowa o Stanisławie Tymie – satyryku, aktorze, felietoniście i komediopisarzu. W rozmowie z Jackiem Lutomskim, opowiada między innymi o początkach swojej kariery, o wykorzystywaniu absurdu w swoich występach, a także o tworzeniu satyry politycznej.

Dziennikarz: Rok 1991 mógłby właściwie być jednym pasmem pana jubileuszy. Bo to i 30-lecie debiutu aktorskiego i 25 lat od napisania pierwszej komedii „Poczta się nie myli”. Moda na benefisy wraca, a pan?

Stanisław Tym: Nie obchodziłem. Miałem nawet taki pomysł, żeby urządzić 33-lecie debiutu. 33 lat – okrągła liczba bądź co bądź. W 1958 r. został bowiem publicznie wykonany mój pierwszy utwór.

D.: Co to było?

S. T.: Dla kabaretu „Stodoła” napisałem satyrę na Kiepurę Jana. To był mój pierwszy debiut profesjonalny, bo miałem z tego nawet pieniądze z tantiem.

D.: Ale jako aktor rozpoczynał pan w STS-ie. Jak wspomina pan tamtą atmosferę, wokół której narosło już tyle mitów.

S. T.: Trudno mi mówić o mitach, które narosły. Ja po prostu byłem w STS-ie i mogę mówić o tym bez mitów. Wygrałem wielki los na loterii życia – udało mi się być przez kilkanaście lat w takim teatrze jak STS, przedtem kilka lat kibicowałem kabaretowi „Stodoła”. Panowała wtedy rzeczywiście wspaniała atmosfera przebudzenia się młodej inteligencji. Tak przynajmniej myśmy to wtedy czuli. Dzisiaj pozostały wspomnienia po dwóch tysiącach przedstawień, zapamiętane żarty i olbrzymia liczba znajomych, kolegów i trochę ludzi bliskich.

D:  Czy to właśnie ten okres zdecydował o wybranej przez pana drodze życiowej?

S. T.: Jestem o tym przekonany. STS to był pewien sposób życia, polegający na ciągłych rozmowach, konfrontacjach własnych poglądów z poglądami innych. Skupiał krąg ludzi utalentowanych, piszących, sporo wiedzących o świecie. STS był szczególnym miejscem, do którego przychodziło się nie tylko na przedstawienia, ale właśnie na rozmowy.

D.: (…) Może przejdźmy do pana twórczości. Otóż wydaje mi się, że w swoich tekstach – od tych najdawniejszych po współczesne – przeciwstawia pan świat normalny – nienormalnemu, absurdalnemu. Czy tak?

S. T.: Nie mam poglądu na temat własnej twórczości. Skoro pan to zauważa, to może tak jest naprawdę.

D.: Jakie są więc pana kryteria normalności? Jak rozróżnia pan to, co normalne od tego co absurdalne?

S. T.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie w gazetowej rozmowie. Wydaje mi się, że każdy z nas ma w sobie pewne zasady, wewnętrzne normy postępowania. A są przecież także normy społeczne. Są to wszystko normy moralne. Każda rzeczywistość ma w sobie jednak elementy patologii – nie ma rzeczy nieskazitelnie czystych. Wszystko ma skłonność do psucia się – człowiek, jego charakter, język, podłoga i ustrój. Ale jeżeli odstępstwo od normy dominuje lub staje się zasadą, to robi się niebezpiecznie. I od tego właśnie jest satyryk, żeby te odstępstwa w porę dostrzegać i uświadamiać innym.

D.: A czy nie ma pan wrażenia, że humor, generalnie – pana również – staje się smutniejszy. Choćby przykład z pana ostatniego programu: „Prognoza krótkoterminowa” – w wyborach zwycięży partia Tymińskiego – ludzie będą na nią głosować z ciekawości, żeby sprawdzić, czy może być jeszcze bardziej bez sensu. Albo tekst o „bałwanach” z przeszłości, które roztopiły się, ale mamy po nich wodę w mózgach i sercach. To jest bardziej gorzkie niż śmieszne.

S. T.: Dlaczego niby jest smutniejsze, gdy się ludzie śmieją, że wygra Tymiński. A jeśli się ludzie śmieją, że wygra SdRP to weselsze? Albo KPN? To nie ma znaczenia, jeśli się śmieją, to się śmieją. Po to stoję na estradzie, po to piszę, żeby się śmiali. Chcę, żeby się śmiali mocno, żeby spadali ze śmiechu z krzeseł. Jak pan widzi nie są to chęci wyrafinowane. A oczywiste jest, że po śmiechu rodzi się czasem refleksja. Może nawet smutna. To normalne.

D.: Czyli w przeciwieństwie do kolegów z branży, nie uważa pan, iż coś się w satyrze zmieniło?

S. T.: Absolutnie nie i nie zmieni się nigdy.

D.: Jaki jest więc ten niezmienny kanon dla satyryka?

S. T.: To, co już mówiłem. Każda rzeczywistość rodzi patologię i ostrzeganie przed tym jest obowiązkiem satyryka.

D.: (…) Od kiedy zaczął się pan interesować satyrą polityczną?

S. T.: W STS-ie dużo mówiło się o polityce i, na ile było to możliwe, zabieraliśmy głos w sprawach politycznych. Takie były czasy. Ludzie piszący przeważnie zawsze zajmowali się rzeczywistością i nie da się wtedy pominąć polityki.

D.: Ale dziś zaprosił pan do swojego programu młodych ludzi, którzy robią kabaret całkowicie apolityczny. Czy to nie sygnał o pewnym wyczerpaniu politycznym?

S. T.: O wyczerpaniu? Nie. Tego materiału nie zabraknie. Apolityczny kabaret „Potem” z Zielonej Góry zaprosiłem, bo primo – są świetni, secundo – uważam, że polityka, ogólnie mówiąc, jest sprawą marną. Poświęcanie jej aż tak wielkiej uwagi, zajmowanie przez nią tak eksponowanego miejsca w kabaretach, na estradzie – jest przesadą. To jest nasz kolejny „bałwan”. Jak ktoś ma siłę i chęci – to proszę bardzo – niech się spełnia w polityce. Ale życie wydaje mi się tak wspaniałe, różnorodne, że zajmowanie się polityką uważam, delikatnie mówiąc, za głupotę.

D.: Ale sam pan się tą „głupotą” zajmuje.

S. T.: A czy ja mówię, że jestem mądry? Powiem więcej! Chciałbym założyć partię polityczną, której statut zabraniałby członkom zajmować się polityką. I, oczywiście, walczylibyśmy o władzę!

Jest to kolejny, interesujący wywiad, z którego możemy co nieco dowiedzieć się, jak postrzegano w latach 90., w tym wypadku, satyrę. Jak sami zapewne zauważyliście była ona ważną częścią w świecie kabaretu. Sami satyrycy traktowali ją poważnie, bowiem chcieli przez nią pokazać absurdy ówczesnego świata. Zgodzę się z panem Tymem w kwestii tego, że w satyrze nic się nie zmieniło, ale czy nie zmieni? Wiadomo, zawsze będzie zawierała w sobie absurd, aby pokazać śmieszność sytuacji, które się dzieją. Zmieniać mogą się jedynie formy jej przekazu czy tematy. Zgadzam się także z tym, że temat polityczny nigdy nie zostanie wyczerpany.

ANETA TABISZEWSKA

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Jacka Lutomskiego, Polityka jest sprawą marną, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

 

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. VIII]: Kabaret Paka

RETROSPEKTYWA

Dziś bierzemy na tapetę kabaret „Paka”. Powstał w 1984 roku, w Jeleniej Górze. Obecnymi członkami kabaretu są: Krzysztof Langer, Robert Wróblewski i Krzysztof Rogacewicz. Grupa prezentuje skecze o tematyce obyczajowej i politycznej. A czego więcej dowiemy się z wywiadu przeprowadzonego przez Janusza R. Kowalczyka, zatytułowanego „Nie jest źle, jest zabawnie”? O tym poniżej. Zapraszamy!

Dziennikarz: Kiedy uformowaliście się jako kabaret „Paka”?

Kabaret Paka: Pomijając czas przeznaczony na poszukiwania i szkolenia, nasz kabaret skrystalizował się mniej więcej w 1989 r. Zagraliśmy wtedy pierwszy program – „Dziadów” cz. V. Później była „Premiera dla premiera”. Nasz występ w gangsterskich kostiumach, na Ogólnopolskich Spotkaniach z Piosenką Kabaretową OSPA ’91 w Ostrołęce, był zaczątkiem programu „Mafia narodowa”. Chcemy, żeby był gotowy w kwietniu na przegląd kabaretów PAKA ’92 w Krakowie.

D.: Kto jest głównym autorem tekstów i pomysłów?

K.P.: Wszystkie elementy są autorskie, może poza zapożyczeniami z Gershwina czy Vivaldiego. Przynosimy własne teksty i powoli wspólnie się w nie wgryzamy.

D.: Od 1989 roku pojawiliście się na różnych festiwalach. Z pewnością macie coś na koncie…

K.P.: Na krakowskim przeglądzie PAKA ’89 zdobyliśmy Grand Prix. Rok później otrzymaliśmy tam kilka nagród specjalnych. W tym roku nie startowaliśmy w konkursie, tylko braliśmy udział w „Pojedynku satyryków” obok „Konia polskiego”, „Bez nas” i kabaretu ze Związku Radzieckiego. W 1990 r. zdobyliśmy Grand Prix na OSPA w Ostrołęce. W tym roku dostaliśmy „Złotą Szpilkę” w Lidzbarku Warmińskim i nagrodę specjalną „Szpilek” na OSPA ’91 w Ostrołęce.

20170316_132210

D.: No i co? Oddacie się sztuce?

K.P.: Myśmy już postanowili, tylko – ha, ha – nasze żony jeszcze o tym nie wiedzą! Mamy wiele przyjemności i satysfakcji ze wspólnej pracy. A to chyba wystarczający powód, by kabaretem zająć się na serio.

D.: Program kabaretu „Paka” w wielu punktach odwołuje się do bieżącego życia politycznego. Traktujecie całą politykę jako trampolinę dla waszych dowcipów?

K.P.: Polityki nie unikamy, ale nie opowiadamy się za jakąkolwiek jej opcją. Pokazując absurdy, także polityczne, opowiadamy się za sensem. Poza tym program kabaretowy nie ma zbawiać świata, tylko bawić widzów.

D.: Znakomicie bawi publiczność „wschodni magik”, który przy pokazywaniu szarlatańskich sztuczek obnaża tandetę swojego oszukańczego warsztatu.

K.P.: To nasz ukłon w stronę kabaretu przedwojennego, nie tylko polskiego. To jest taki ponadczasowy śmiech dla śmiechu.

D.: Jak są odbierane wasze występy? Wszędzie życzliwie, czy miewaliście trudne chwile?

K.P.: Na Biesiadach Humoru w Lidzbarku Warmińskim ludzie jedli i pili przy stołach. Facet przy stoliku najbliższym sceny stale coś dopowiadał: „uczesz się!”, „uśmiechnij się!”, „powiedz coś!” itp. Okazuje się, że ten dokuczliwy osobnik to był akurat… senator. Jak zdjął marynarkę i został w krótkiej koszulce, ujawnił tatuaże aż po łokcie. Więc to nie do końca prawda, że ogólnie jest źle. Jest zabawnie.

Z powyższych fragmentów wywiadu, można się sporo dowiedzieć o ówczesnym kabarecie, jak i o samej grupie artystycznej „Paka”. Jednak znowu przeszkadza (przynajmniej mnie) brak podpisów przy wypowiedziach kabaretu lub też zaznaczenia na początku, że dziennikarz rozmawia z przedstawicielem zespołu, którym jest jeden z członków grupy.

 

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Janusza R. Kowalczyka, Nie jest źle, jest zabawnie, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.