Archiwa tagu: Kraków

Rotundo, w dal odpływasz… Czyli kabaretowy portret Klubu Rotunda

Rotunda to miejsce, które zapada w pamięć. Nieważne, czy spędziło się tam rok, kilka lat, kilka dekad, czy kilka godzin. My znałyśmy je od piwnicy po dach. Widziałyśmy każdy kąt. Znałyśmy tajne przejścia, garderoby, kuchnie, magazyny, scenę, widownię małej i dużej sali, Kabaretową. W biurze Stowarzyszenia PAKA (i w tym starym, i w tym nowym, wywalczonym) czułyśmy się u siebie, zwłaszcza, że i tam zdarzało się przechowywać sterty rzeczy na krzesłach. Znałyśmy ściany obwieszone plakatami nadchodzących imprez. Śmiech, dudniący w hallu, a czasem bywało, że gęstniejącą wokół niezręczną ciszę, ale zdecydowanie częściej to pierwsze. Wiedziałyśmy, skąd wynoszone są krzesła i że w poniedziałki i środy w małej sali grano w karty. I nawet najlepszy odświeżacz powietrza nie był w stanie zabić tej unoszącej się w powietrzu, specyficznej, peerelowskiej mgiełki starych murów.

Kabaretowa. Zdjęcie z 35-lecia Rotundy, Alicja Rzepa.

Kabaretowa. Zdjęcie z 35-lecia Rotundy, Alicja Rzepa.

Budynek, w którym znajduje się ten klub, ma już ponad sto lat. Klub w tym roku miałby ich ponad czterdzieści. W styczniu tego roku opublikowałyśmy obszerny artykuł o Rotundzie, w cyklu Krakowskie Miejsca Kabaretowe (przeczytacie go, klikając tutaj). Nie przypuszczałyśmy wtedy, że dzisiaj tamto podsumowanie może wybrzmieć tak symbolicznie.

Koniec epoki

Z Rotundą związane są początki tego bloga. Tam się poznałyśmy i tam postanowiłyśmy pisać o kabarecie rzeczy, które same chętnie byśmy poczytały. Z Rotundy pochodzi wiele naszych relacji z konkursów i przeglądów. Mówi się, że niektóre miejsca mają duszę. Ta rotundowa rozproszy się teraz po różnych zakątkach w Krakowie. Bo miejsca takie, jak to, ich dusze, tworzą ludzie: ich spotkania, rozmowy, pomysły, ich wejścia, wyjścia, zamknięte i otwarte drzwi. Uchylone okna, szepty w kącie, dyskusje przy stole. Bywało różnie. Nie zawsze wszystko układało się gładko, nie wszystkie chwile były radosne, ale zazwyczaj czas spędzany w Rotundzie był czasem spędzanym dobrze.

Rotunda dopiero co została zamknięta, przynajmniej na kilka lat. Bez niej na pewno nie będzie już tak samo. Chciałybyśmy podziękować za te wszystkie lata, które mogłyśmy w niej spędzić. Wyłączenie Rotundy z życia Krakowa oznacza koniec pewnej epoki.

Retrospektywa, ku pokrzepieniu

Pragniemy przybliżyć Wam obraz Rotundy tej nam najbliższej, kabaretowej, złożony ze wspomnień związanych z nią osób. Takich, które znały ją od dawna i tych, które czasem w niej tylko bywały. Tych, które spędzały w niej całe dnie, i tych, które wpadały przejazdem. Tych, które występowały na scenie, lub stały poza nią. Widzów. Artystów. Organizatorów. Każdy ma swoją Rotundę.

Poprosiłyśmy grupę osób z szeroko rozumianego środowiska kabaretowego, związanych z Klubem Rotunda w różny sposób, by odpowiedziały nam na dwa pytania:

1. Czym jest / była dla Ciebie Rotunda?
2. Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie kabaretowe związane z Rotundą?

Mamy nadzieję, że czytając te wspomnienia przypomnicie sobie własne ulubione chwile, spędzone w Rotundzie, wzruszycie się, a może uśmiechniecie. Nie cenzurowałyśmy odpowiedzi i nie ingerowałyśmy w ich treść, poza drobną korektą. Dostajecie więc destylat z rotundowych wspomnień autorów.

Nie chcemy dzielić wypowiedzi na te kabareciarzy i pozostałe, w końcu tworzymy to środowisko wszyscy razem. Dlatego też zamieszczamy je w porządku alfabetycznym, według imion przepytywanych.

Zobaczcie, jak wiele imion ma kabaretowa Rotunda.

ADAM WACŁAWIAK

Kabaret BudaPesz, zdobywca Grand Prix 29. PAKI (2013) z Kabaretem 7 minut Po

O Rotundzie

Nie można przenieść PAKI. Można paczkę ale PAKĘ ciężko już ruszyć. PAKA to przesyłka tylko w jedno miejsce. Do Rotundy. Tam można ją tylko otworzyć. W żadnym innym miejscu.

adamwaclawiak_polfinaly-29-paki

Adam Wacławiak w skeczu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

AGATA NOWAKOWSKA
Wolontariuszka w PACE

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie miejscem szczególnym z kilku, a może i kilkunastu powodów. Ograniczę się do dwóch, które jako pierwsze wpadły mi do głowy, bo gdybym chciała wymienić wszystko, co zawdzięczam Rotundzie i ludziom z nią związanym, to nasz artykuł rozrósłby się do niewyobrażalnych rozmiarów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym aspektem są ludzie, których miałam szczęście poznać. Wspólnie podczas mniejszych i większych imprez kabaretowych przeżyliśmy nie jedno, a czas spędzony podczas pracy jak i odpoczynku zawsze kojarzył się z czymś przyjemnym. Kolejny powód, a właściwie cała grupa powodów związana jest z nowościami, czymś czego nigdy wcześniej przed wejściem do Rotundy nie doświadczyłam. To w Rotundzie pierwszy raz zostałam wolontariuszką, uczestniczyłam w organizacji festiwali, oglądałam na żywo najlepsze w kraju kabarety. Z tych mniej poważnych rzeczy to np. sprawdziłam w 10 minut bilety 400 osób wchodzących na widownię i zrobiłam moje pierwsze w życiu „blajtki”. Zaczęłam też wierzyć, że rzeczy niemożliwe nie istnieją.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie dotyczy 30 PAKI, czyli mojej pierwszej. Idealnie odzwierciedla też to, o czym wspomniałam przy wcześniejszym pytaniu – rzeczy niemożliwe nie istnieją. Szczególnie jeśli chodzi o PAKĘ i Rotundę. Na pewno ciężko jest to sobie wyobrazić lub można uznać za niewykonalne, ale salę Rotundy da się w blisko 30 minut zamienić w salę balową z prawdziwego zdarzenia. Nie brakowało niczego, nawet czerwonego dywanu. A już na pewno naszej gigantycznej satysfakcji z tego, czego udało się dokonać.

Kuchenne selfie. ImproFest 2015.

Kuchenne selfie. ImproFest 2015.

AGNIESZKA KOZŁOWSKA
Autorka książek o PACE, rzecznik prasowy PAKI, współorganizatorka festiwalu od pierwszych PAK

O Rotundzie

Rotunda to dla mnie nie miejsce, lecz ludzie, których tu spotykałam przez lata. To dawni kabareciarze z każdym rokiem starsi i młodzi – zaczynający swoją karierę. Przez wiele lat było oczywiste, że to właśnie tu spotkamy się przynajmniej raz w roku – wiosną. To moi koledzy ze studiów, z którymi „walczyliśmy o wolność”. To osoby przez duże O – zasiadające w Jury PAKI, z którymi udało się nawiązać nici przyjaźni. To moje koleżanki i koledzy z biura, wolontariusze, technika i inni pracownicy.
Mam nieodparte wrażenie, że aby bywać i pracować w Rotundzie trzeba być wyjątkowym typem człowieka.
Szaleńcem?

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień jest cała masa. O tym, jak na przykład Władek Sikora wydawał odgłos trąbką i z całej Rotundy, ze wszystkich jej kątów wybiegali ludzie, aby zobaczyć „pięterko”, albo jak szedł na kolanach wokół budynku a z nim cała zielonogórska ekipa. O tym, jak Kabaret Moralnego Niepokoju częstował wszystkich „smalcem moralnego niepokoju” z dodatkiem ogórka i wódeczki. Jak Tosiek z baru serwował znakomite, ogromne golonki i można było palić, ale nie było takiej potrzeby, bo stężenie dymu było tak duże, że wystarczyło oddychać. O tym, jak odbyli się pierwsi „Spadkobiercy” z Tymem, Rewersem i Wujasem (który wówczas użył epokowego stwierdzenia, że „córka to prawie jak syn”) i pierwsze kabaretowe pojedynki, o tym, jak…
Mówiłam, że masa?

1012901_770993796245764_1011797852_n

Agnieszka Kozłowska i Władysław Sikora na scenie Rotundy. W tle Kabaret 7 minut Po i Agata Słowicka. Fot. Anna Jackowska

Jury i publiczność. Fot. z archiwum PAKI

Jury i publiczność. Fot. z archiwum PAKI

AGNIESZKA TREMBECKA
Była barmanka Kabaretowej Cafe

O Rotundzie

Krótko mówiąc, Rotunda to miejsce z niezwykłym klimatem i charakterem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień jest wiele. Bardzo fajnie było pracować na wszelkiego rodzaju eventach, a także zawrzeć nowe znajomości.

Artur Andrus przy barze Kabaretowej. Fot. z archiwum PAKI

Artur Andrus przy barze Kabaretowej. Wtedy jeszcze rządził tam legendarny Tosiek. Fot. z archiwum PAKI

A JAK
Zdobywczynie II miejsca i Nagrody Publiczności 32. PAKI (2016)

O Rotundzie

Rotunda to miejsce, w którym po raz pierwszy wystąpiłyśmy razem, jako kabaret A JAK! To taka nasza „scena-matka” 😀

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepszym wspomnieniem jest dla nas występ na deskach Rotundy podczas finałów 32. PAKI. Dostałyśmy wtedy nasze pierwsze sceniczne kwiaty 😉 A tak na serio – tej atmosfery, reakcji publiczności, życzliwości prowadzącego i organizatorów nie zapomnimy nigdy! Nagroda Publiczności od widzów PAKI jest jednym z naszych najważniejszych wyróżnień 🙂

Kabaret A JAK podczas 32. PAKI. Fot. Anna Jackowska

Kabaret A JAK podczas 32. PAKI. Fot. Anna Jackowska

ALAN PAKOSZ
Kabaret PUK, Grupa AD HOC, organizator Festiwalu ImproFest

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie wspaniałym miejscem. Miejscem, w którym zaczęła się moja przygoda z kabaretem. Miejscem, w którym spędziłem mnóstwo dobrych chwil i grałem niezliczoną ilość kapitalnych występów. Miejscem, w którym odbywała się PAKA i ImproFest. Miejscem, w którym rozwijałem się jako kabareciarz, improwizator i organizator. Rotunda jest dla mnie wspaniałym miejscem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepszych wspomnień związanych z Rotundą na pewno było sporo. Pamiętam doskonale jak awansowaliśmy do finału PAKI i tam otrzymywaliśmy nagrody. Pamiętam jak popłakałem się ze szczęścia po cudownym spektaklu The Mischief na festiwalu ImproFest parę lat wcześniej. Mam też mnóstwo dobrych wspomnień związanych z Cabaretowa Cafe i rozmów, które tam odbyłem 😉

13063241_1165410520137421_8563660990908808478_o

Alan Pakosz improwizuje. Fot. Anna Jackowska

ALICJA RZEPA
Organizatorka PAKADEMII, współpracowniczka Stowarzyszenia PAKA, rotundowa Pani Fotograf

O Rotundzie

Rotunda to dla mnie spory kawałek życia – ¼ można by rzec. Do Rotundy trafiłam w listopadzie 2010 roku, czyli de facto równe 6 lat temu. Od tamtej pory Rotunda i imprezy pakowskie wyznaczały rytm mojego krakowskiego życia. Pamiętam kiedy pojawiłam się tam po raz pierwszy, błądziłam po parterze szukając jakiegoś biura. Ciemno, nic nie widać. W końcu dotarłam pod jakiś czerwony neon i wkroczyłam do zadymionej (jeszcze przed zakazem palenia) Kabaretowej. Po zajęciach lub w przerwach między wykładami przesiadywałam w sekretariacie wypisując plakaty i pomagając ówcześnie pracującej w sekretariacie Asi w pracach biurowych. Od tego zresztą zaczęła się moja przygoda z pracą w kulturze.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Pierwsza PAKA to był dla mnie taki szok pomieszany z euforią; uczucie porównywalne z momentem, kiedy pierwszy raz wchodzisz na wysoki szczyt i podziwiasz te piękne widoki wokół. Niby słyszałeś jak tam jest i widziałeś całkiem fajne zdjęcia, ale jeśli sam tego nie przeżyjesz to nie poczujesz. A jak już poczujesz to na pewno wrócisz.
I takim wspomnieniem, które chyba mogę nazwać pierwszym, jest sytuacja kiedy stoję w oknie sekretariatu, słyszę wrzawę, piski i śmiechy, patrzę na dół, a na parking koło Żaczka zajeżdża samochód z wychylającym się (chyba) Marcinem Wojciechem w stroju żołnierza, a za nim biegnie grupka osób. Wtedy pomyślałam sobie „WOW, ja tu jestem”.
A później to już sama magia: magia wydarzenia, magia ludzi i nie do zastąpienia niczym magia miejsca. Atmosfera dusznej – i może nie do końca pachnącej fiołkami – Rotundy, to był jednak taki czar jedyny w swoim rodzaju. Klub logistycznie fantastyczny, pełen zakamarków, miejsc do siedzenia. Lubiłam przesiadywać w loży na dolnej sali i myśleć nad historią tego miejsca, wyobrażać sobie tych wszystkich ludzi, którzy wiele lat wcześniej też przeżywali w tym miejscu wspaniałe chwile. To się unosiło w powietrzu.
Chociaż od dwóch lat już w Rotundzie nie pracuję, to wiedziałam, że w każdej praktycznie chwili dnia i nocy mogę wejść do środka i na 110% spotkam tam kogoś znajomego – w jednym z biur, przy barze, za barem. I spędzę tam świetny czas przy kawie czy moim „małym piwie”, które było owiane wieloma śmiesznymi docinkami, bo chyba tylko ja tam piłam małe piwo. No i Gibki też takie pił. A Gibki nauczył mnie robić łódeczki z paragonów. I to też było w Rotundzie. Dużo jest takich drobnych sytuacji związanych z Rotundą, które na zawsze pozostaną mi w pamięci i wywołają uśmiech na ustach.

4

David Mbeda Ndege błogosławiony między niewiastami 32. PAKI. Fot. Karolina Koniecko

ANDRZEJ DOMAGALSKI
Współautor książki Kabaret w Polsce 1950-2000, animator imprez Rotundy w pierwszych dekadach jej działalności, dziennikarz

O Rotundzie

Studenckie Centrum Kultury Rotunda, od momentu otwarcia w 1974 – po 8-letnim remoncie – było klubem, który kochało się od pierwszej w nim bytności. Liczyła się bogata oferta programowa, jak i atmosfera, dzięki której klub ściągał do siebie młodych, utalentowanych twórców z legitymacją studencką w kieszeni. W minionym wieku klub zaliczany był do najlepszych centrów kultury studenckiej. Dominowało wówczas kilka: uświęcone tradycją „Pod Jaszczurami” na krakowskim Rynku, wrocławski „Pałacyk”, stołeczne „Stodoła” i „Hybrydy”, gdański „Żak” z legendarnym Bim-Bomem, poznańska „Od Nowa” czy też łódzkie „77”.
Rotunda przez cztery dekady stała się kultowym miejscem, które swoją legendę zbudowało na szerokim rozumieniu kultury i promowaniu jej różnorodnych form. Miałem wielką przyjemność pracować w klubie przy Oleandrach przez kilka lat. Jako tzw. programowiec, realizowałem przez kilka sezonów setki, jeśli nie tysiące imprez, począwszy od teatru (od I Krakowskich Reminiscencji Teatralnych w 1975 r., m. in. stworzyłem i realizowałem imprezy: Jazz Juniors i Konkurs Inicjatyw Kabaretów Studenckich), piosenki, kabaretu, muzyki poważnej, występy zespołów folklorystycznych, koncerty muzyki chóralnej, teatru, a skończywszy na filmie. To była moja młodość, jak zawsze szalona, pełna pasji, nie do powtórzenia. Jedyna, a Rotunda była jej kwintesencją.
Dzień bez artysty na scenie klubowej był dniem straconym. Czuwała nad tym kilku- lub też kilkunastoosobowa ekipa z działu programu. Nader często byli to studenci krakowskich uczelni – z Krakowa, jak i z pobliskiego akademika. Przy okazji studiów wchodzili w kulturę i sztukę niejako od środka. Byli niezawodni, podziwiani w skrytości przez potentata na rynku imprez – krakowską Estradę. Jesienią ub. roku zawitałem po latach do Rotundy, mieliśmy z Leszkiem Kwiatkowskim spotkanie autorskie. Ogarnęła człowieka rozpacz, dolna sala, tzw. trumna, wymalowana była na czarno. Ponura, przygnębiająca atmosfera, zbierało człeka na wymioty. Siedliśmy z kolegą i piliśmy wódkę bez słowa, niemal ze łzami w oczach. Wspomnienia niezapomnianych koncertów nie dawały nam spokoju, przebijały się przez czarny nastrój/wystrój.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

W latach mojej działalności kabaret stał na wysokim poziomie. Na wysoką jakość tej sceny składały się świetne teksty literackie i równie dobrzy aktorsko wykonawcy. Rotundę uwielbiali artyści nie tylko krakowscy, ale i warszawscy. Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jan Pietrzak, Jan T. Stanisławski bywali częstymi gośćmi klubowych imprez. Stworzyliśmy nie tylko KIKS, kilka lat później powstała PAKA. W naszym KIKS-ie po laury sięgał m. in. Jacek Kaczmarski i Przemek Gintrowski, jak i Andrzej Poniedzielski. Tłumy widzów z miasta waliły ponadto na Akademię Humoru, comiesięczną porcję satyry (rektor Bruno Miecugow, dziekan Marek Pacuła, amfiteatralny układ widowni na scenie). W rolę wykładowców wcielała się czołówka polskich mistrzów artystycznej satyry: Wojciech Młynarski, Jan T. Stanisławski, Jonasz Kofta, Jacek Fedorowicz, Adaś Kreczmar, artyści z Piwnicy pod Baranami i wrocławska Elita, żeby tylko poprzestać na nich.
Podczas jednej z imprez Sceny Kabaretowej na dolnej scenie zaprezentował się Tercet na Luzie z Elą Jodłowską i Jackiem Nieżychowskim w składzie i z gościnnym udziałem mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą – Władysławem Komarem. Złoty medalista w tym kabarecie śpiewał dwie piosenki Tewje Mleczarza z musicalu „Skrzypek na dachu”. Przed pierwszym wejściem pytam kulomiota: – Pięćdziesiątka starczy?, na co rozochocony Komar rzecze: – No coś ty, Andrzej, daj coś większego. Zacząłem szukać większego naczynia, od pań z kuchni pożyczyłem popularną dawniej wtedy tzw. musztardówkę. Nalałem mistrzowi, wypił jednym duszkiem i wyszedł na scenę, zaśpiewał. Wrócił do mnie, przechylił kolejną, podobnie było przy drugiej piosence. Musiałem szybko załatwić drugą służbową butelkę. Opłacało się, Komar zebrał gromkie brawa, osobiście wyraził mi wdzięczność za dopingowe wsparcie, wpisując stosowne słowa, łechcące próżność człowieka, do klubowej księgi pamiątkowej. Słowa historyczne, pełne liryzmu, ale i niemal złośliwej satyry w wydaniu Komara i Jodłowskiej zapisane są w księdze pamiątkowej Rotundy, która spoczywa w moim archiwum domowym.

Grafika
1. Od lewej Andrzej Pacuła, Marek Materna i Jerzy Pyżalski. Połowa kabaretów Kit i Ssak, działających w Rotundzie. Fot. Marian J. Curzydło

Grafika
2. Satyrycy związani z Rotundą, bracia Marek i Andrzej Pacułowie. Fot. Marian J. Curzydło


3. Grzegorz Bukała i Wały Jagiellońskie na Scenie Kabaretowej Rotundy. Fot. Marian J. Curzydło

ANDRZEJ TALKOWSKI
Zdobywca Grand Prix 16. PAKI (2000) z kabaretem Kuzyni, artysta Piwnicy Pod Baranami, właściciel Teatru Szczęście

O Rotundzie

Rotunda była dla mnie cudownym miejscem, gdzie odbywał się najbardziej niesamowity festiwal artystyczny – PAKA! To był festiwal na najwyższym światowym poziomie artystycznym. Żyło się od PAKI do PAKI, bo Świętem Bożego Narodzenia i Sylwestrem były Finały PAKI, a dzień po PACE zaczynał się nowy rok. Rotunda to dla mnie było miejsce, gdzie można było spotkać życzliwych, wspaniałych ludzi, z Mirkiem, Aliną i Agnieszką na czele 🙂

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie to oczywiście Grand Prix PAKA 2000 :), ale również spektakle, skecze, numery, żarty kabaretów Koń Polski, Potem i Grupy Rafała Kmity, Fajf, Bez Nas i wszystkich innych finalistów… oraz najważniejsze (!) – występ na scenie PAKI mojego poczętego dziecka 🙂

Andrzej Talkowski z Kabaretem Kuzyni i publiczność przykryta gazetą. Fot. z archiwum PAKI

Andrzej Talkowski z Kabaretem Kuzyni i publiczność przykryta gazetą. Fot. z archiwum PAKI

ANETA TABISZEWSKA
Miłośniczka kabaretów, wolontariuszka w PACE, dziennikarz Verbum Na Polu

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie miejscem wieloznacznym. Na pierwszym miejscu jest moim domem. Po prostu. Domem wypełnionym sympatią, śmiechem, zabawą, ale także domem wypełnionym miłością. Tak, miłością. Wzajemną miłością ludzi do siebie, miłością do wspólnej pasji, miłością do artystów kabaretowych, miłością do skeczy, piosenek. Nie mniej ważnym od domu rodzinnego. Rotunda jest dla mnie także miejscem, gdzie totalnie odpływam w inny wymiar. Jest odskocznią od życia. Wchodząc zaciągam się tym specyficznym zapachem i przenoszę się w inny świat, w świat mojej pasji- kabaretu. I wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Zapominam o trudach dnia codziennego i o problemach, odkładam telefon i odpływam w ten mój świat…

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień z nią związanych mam mnóstwo… Pamiętam swoją pierwszą PAKĘ, 30. Pamiętam ogrom włożonej przez nas wszystkich pracy, ale także i tą satysfakcję, że wszystko się udało. Ach, ten pamiętny bal… To było przeżycie… Pamiętam swój pierwszy ImproFest, gdzie Rotunda zamieniła się w dom strachów, a ja prowadzałam ludzi po jej nieznanych zakątkach. Pamiętam pojedyncze występy, kiedy to na jednym z nich wykonaliśmy coś wręcz niemożliwego: sprawdziliśmy bilety ponad 400 osobom w niespełna pół godziny. Pamiętam jak siedziałyśmy w małym pomieszczeniu w ścianie i puszczałyśmy prezentacje i tablice wyników pojedynków. Pamiętam jak z tego też pomieszczenia rzucałyśmy piłeczkami w ludzi, przy jednej z piosenek Łowców.B Pamiętam jak malowałam jednego z artystów tuż przed występem. Pamiętam jak jechałam wózkiem sklepowym przez aleje do Rotundy. Pamiętam wspólnie wykonaną pracę przy reanimacji królików czy scenografii. Pamiętam swój przypadkowy i spontaniczny występ na PACE. Pamiętam te liczne rozmowy z artystami i z moimi kochanymi współtowarzyszami, przy kawie, soku, piwie, w Kabaretowej, na dolnej sali, w garderobie czy biurze, o 12 w południe czy o 1 w nocy. Pamiętam wszystko, bo najlepszych chwil w życiu i wspaniałych ludzi się nie zapomina.

12272905_953624464704553_687506009_n

Pokój gotowy na przyjazd improwizatorów! ImproFest 2015. Fot. Małgorzata Dutkiewicz

 

DAVID MBEDA NDEGE
Laureat 32. PAKI

Wstawiamy wypowiedź Davida, którą przysłał w formie video. Przepisanie jej odebrałoby jej cały urok.

O Rotundzie:

GRZEGORZ POROWSKI
Niestrudzony archiwizator koncertów PAKI, organizator Tarasowych Spotkań Kabaretowych

O Rotundzie

To trudne pytanie. To miejsce, które przyciąga mnie na wiosnę do Krakowa, by spotkać przyjaciół i obejrzeć najnowsze spektakle kabaretowe podczas PaKI. To pamięć o Panu Tośku i jego barze, którą podtrzymujemy razem z żoną, przekazując, podobnie jak czynił to Pan Tosiek, skrzynkę piwa dla najlepszego naszym zdaniem konkursowego kabaretu. Bo Rotunda to nie tylko kabaret, to przede wszystkim ludzie. I dla tych ludzi przyjeżdżam tu od 1997 roku.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Nie mam jednego, najlepszego wspomnienia kabaretowego związanego z Rotundą. Mam masę wspaniałych wspomnień. To pierwsze obejrzenie spektaklu „Wszyscyśmy z jednego szynela” i to od razu z udziałem orkiestry. To krzesła połamane przez Smutnego. To pierwszy kontakt z działalnością Grupy MoCarta. Wspaniały koncert o tym co się wydarzyło od PaKI do Paki w reżyserii Tomka Jachimka i piosenka o pogrzebie Czesława Miłosza, Jego autorstwa. To wielka radość, że większość tych wspomnień mogę odświeżyć dzięki moim nagraniom wideo.

IGOR SUMARA
Inspicjent 32. PAKI, człowiek niezastąpiony, który potrafi zastąpić kilku innych

O Rotundzie

Miejscem zagadkowym. Pracując kilka lat z rzędu na Pace za każdym razem byłem w stanie odnaleźć w niej drzwi lub schowek o którym wcześniej nie miałem pojęcia. Na czas festiwalu stawała się moim drugim, a w zasadzie pierwszym domem bo to tam spędzałem większość doby. Rotunda kojarzy mi się jeszcze z kurzem, który był na zapleczu w ilościach hurtowych. Śmiem twierdzić, że gdyby ktoś wynalazł efektywną technologię przetwarzania roztoczy na surowce budowlane, Rotundzie nie groziła by żadna katastrofa.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Te najlepsze wspomnienia są zamazane, bo pochodzą z późnych godzin nocnych z dolnej małej sali rotundy.
Jeśli chodzi o wspomnienie kabaretowe, to chyba moja pierwsza w życiu wizyta w Rotundzie, za dzieciaka byłem na kabarecie Potem (końcówka lat 90.) niewiele pamiętam, ale chyba od tego momentu Potem stał się moim ulubionym kabaretem 🙂

14793904_10210141453669390_1044803007_n

Igor Sumara w skeczu Kabaretu Ani Mru Mru, z Waldemarem Wilkołkiem. 32. PAKA. Fot. Anna Jackowska

IZABELA LEONARCZYK
Do niedawna część biura Stowarzyszenia PAKA, Komisarz Konkursu 32. PAKI

O Rotundzie

Rotunda, to dla mnie, mówiąc górnolotnie – Legenda, a mówiąc tak życiowo – miejsce pracy. Spędziłam w niej 6 lat. I to dosłownie, przychodząc codziennie od poniedziałku do piątku do biura. To naprawdę ciekawe połączenie, gdy jedno miejsce ma dla ciebie 2 twarze, gdy spędzasz w nim wiele wieczorów na wspaniałych koncertach relaksując się w towarzystwie znajomych, a następnego dnia rano tam wracasz i kompletnie zmienia ono charakter w Twojej głowie, będąc areną, na której realizujesz swoje zawodowe obowiązki, gdy z jednej strony masz z tyłu głowy historię „klimatyzowanej sali krakowskiego klubu Rotunda”, a z drugiej strony po prostu dbasz o rozstawienie na niej właściwej ilości krzeseł dla publiczności i rozmieszczenie materiałów reklamowych. Zatem Rotunda jest dla mnie legendą która stała się częścią mojej codzienności.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Zacznijmy od tego, że 90% moich wspomnień związanych z Rotundą jest „kabaretowych”, a jest ich tak dużo i są tak piękne, że trudno mi wyróżnić jedno. Naprawdę, byłoby to niesprawiedliwe. Oczywiście, najwspanialsze wiążą się naturalnie z Przeglądem Kabaretów PAKA, który od strony organizacyjnej przeżyłam w Rotundzie 6 razy, począwszy od 27. PAKI, na 32. skończywszy, a każdą z nich w nieco innym charakterze. Na podkreślenie i specjalne zaznaczenie zasługują na pewno 2 rzeczy:
– Ogólny klimat panujący podczas PAKI. I nie chcę tu rozstrzygać, czy większy wpływ na to ma specyfika środowiska kabaretowego, ludzi, którzy niejednokrotnie doskonale się znają, często spotykają i tworzą po prostu zgraną grupę zdolnych ludzi, którzy się lubią; czy właśnie specyfika miejsca, która sprzyja takiej integracji, ze swoimi wszystkimi zakamarkami, surowością i tajemniczością, ciasnotą Kabaretowej Cafe i pierwszym wiosennym ciepłem ogródka przed nią.
– 30. PAKA, która była wyjątkowa ze względu na swoją jubileuszowość. Wszystko podczas niej było bardziej dostojne i ważne. Przy okazji był to czas wspomnień i powrotów do przeszłości, początków kabaretu w Rotundzie. A zwieńczeniem był uroczysty bal – nigdy nie zapomnę, jak sala Rotundy w pół godziny naszymi rękami przeistoczyła się z sali widowiskowej z ponad 400 krzesełkami po występie w piękną i elegancką salę balową. I to niech będzie podsumowanie – to miejsce magiczne, i wszystko jest tam możliwe.

14800770_1168441606556170_1450230457_n

Balujemy na 30. PACE. Fot. Anna Jackowska

JULIA KOZŁOWSKA
“Dziecko PAKI”, zna Rotundę od urodzenia, czyli od dobrych -nastu lat

O Rotundzie

Czym jest dla mnie Rotunda?
Obecnie – pustostanem – pięknym, choć starym… wyjątkowym pustostanem, fabryką wspomnień, dobrych i złych chwil…
Gdy zaczynam wspominać Rotundę, przed oczami ukazuje mi się moje własne dzieciństwo (od 3-ego roku życia przychodziłam na Festiwal), każdą Pakę w niej spędzoną, Rockotekę, pierwszy koncert, włożoną pracę i wszystkie pozytywne i mniej pozytywne znajomości, emocje.
Czym była dla mnie Rotunda?
Była, i mimo, że jest tym wyjątkowym pustostanem – dalej jest dla mnie drugim domem, pracą i pasją. Każdy korytarz, każdy metr Rotundy ma swoją historię – piękną i tą mniej… Być może dlatego jest tym jedynym, niezwykłym pustostanem.

julka_soniabohosiewicz-fot-agnieszka-kozlowska

Julka i Sonia Bohosiewicz. Fot. z archiwum Agnieszki Kozłowskiej

julka_dariuszkamys_fot-agnieszka-kozlowska

Julka i Dariusz Kamys. Fot. z archiwum Agnieszki Kozłowskiej

KAROLINA KORNESZCZUK-PODOBA
Koordynator biura Stowarzyszenia PAKA, Organizatorka PAKI, Jazz Juniors i innych imprez Rotundy

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie drugim domem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Pierwsze takie wspomnienie mam jeszcze z lat 90-tych, kiedy to członkowie Kabaretu Czyści Jak Łza potrzebowali podstawionej osoby z publiczności, i żyjący jeszcze wtedy Mirek Wujas “podstawił” im mnie.
Drugie, to jak Kabaret Młodych Panów zaśpiewał na scenie, specjalnie dla mnie, piosenkę Dziewczyna z inkubatora.

Karolina_Agata_Aneta_fot. M. Grabowski

Karolina Korneszczuk-Podoba z Agatą Nowakowską i Anetą Tabiszewską. Fot. Mariusz Grabowski, FotoBudka

MAREK STAWARZ
Kabaret BudaPesz, Teatrzyk O Rety, zdobywca Grand Prix 29. PAKI (2013) z Kabaretem 7 minut Po

O Rotundzie

Lubię to miejsce, zawsze kojarzy mi się z duszną, nerwową atmosferą, ze zdenerwowaniem, koreczkami z serem i winogronami, z ganiającymi chłopami podpinającymi wijące się tu i ówdzie kable… babeczkami z identyfikatorami oraz takimi w cieście, a właściwie z ciasta, a właściwiej z ciasta w cieście… z rozbitą szybą w moim passacie i Karoliną Korneszczuk kombinującą odpowiednich rozmiarów tekturę mającą zapełnić puste miejsce po niedawno co wybitej szybie… z stertą ubrań, potem, długimi bezsensownymi rozmowami i komentarzami po dopiero co zakończonych występach lub jeszcze nudniejszymi z perspektywy czasu i pozbawionymi sensu rozmowami na temat „rozmów z żyri”. PAKA w innym miejscu, to nie PAKA. Tyle.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Półfinały PAKI, program z kucharzem… To był dobry program i dobry występ, a nas nie puścili dalej… Co prawda rok później zdobyliśmy granda ale wspomnienie zostało. Rotunda zawsze mi się kojarzy z PAKĄ. Poza PAKĄ nie wiele tam zaglądałem. Nie żebym coś miał przeciw, po prostu busy mi nie jeżdżą przez aleje.

Marek Stawarz w monologu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

Marek Stawarz w monologu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

PAULINA JARZĄBEK
Kabaretowa maniaczka, redaktor naczelna Verbum Na Polu

O Rotundzie

Rotunda była dla mnie miejscem legendarnym, do odkrywania.
Pojawiła się w moim życiu za sprawą kabaretów lata świetlne temu. 27. PAKĘ spędziłam już jako wolontariuszka Stowarzyszenia. Wtedy zaczęło się dla mnie odkrywanie labiryntu korytarzy, biur, schowków. Pamiętam tak zwany Prysznic obok głównego biura PAKI. Tego małego, ciasnego, gdzieś w lochach, a ściślej na końcu korytarza przylegającego do kulis sceny na malej sali. Nie mam pojęcia, jak udawało nam się wyciągnąć stamtąd te wszystkie banery i roll-upy. Pomieszczenie obok Prysznica służyło zazwyczaj za magazyn, czasem za garderobę, a sporadycznie za… biuro. Spędziłam w tych dwóch małych pomieszczeniach wiele pięknych, dziwnych, strasznych chwil. Miałam wrażenie, że ściany magicznie się rozciągają, by pomieścić to wszystko.
Zapamiętam hasła, określające różne punkty Rotundy. Dla niewtajemniczonych to brzmi jak szyfr. Bo zazwyczaj wyglądało to tak, że ktoś rzucał: “Zanieś to …” i tu następował wspomniany szyfr: do pokoju Wiktora, do Łukasza, do garderoby (- Górnej, czy dolnej? – Górnej.), za bar, do Kabaretowej, za ladę, do Etiudy, na małą salę, na dużą salę. Albo po prostu “do chłopaków”, albo “dziewczynom”. A zdarzało się, że padało tylko “Weź to rzuć gdzieś tam tam, no wiesz, gdzie”. I wiedzieliśmy.
I ta cała toponimia w jakiś sposób wiązała się z ludźmi. Bo moja Rotunda to przede wszystkim spotkania, również takie, które wpłynęły na moje życie w znaczący sposób. To chwile przegadane w Kabaretowej, z dziewczynami z baru, z kabareciarzami, wolontariuszami. To loże przy małej sali, to schody, przez które najpierw wchodziłam jako widz, a potem sama sprawdzałam bilety. Rotunda to osobny świat, który uwielbiałam odwiedzać, nawet, jeśli nie zawsze bywało kolorowo.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Kabaret 7 minut Po na 29. PACE! Moje kabaretowe objawienie. Zakochałam się wtedy w tamtym ich świecie. Kabaret się rozpłynął, a miłość trwa.
Ale takich wspomnień jest wiele. Zdecydowanie zbyt wiele, jak na tak krótką formę wypowiedzi. Na przykład zbiorowe wykonanie piosenki Blok na 30. PACE. Tańczący Sikor. Kabaret A Jak na pierwszej, i miejmy nadzieję, nie ostatniej, Niebywalencji. ImproFestowe króliki. Dużo królików. Występ legendarnego kabaretu Ucho (ktoś to jeszcze pamięta?). I te wszystkie chwile, gdy oglądałam kabaret Hrabi na żywo. Artur Andrus w stroju świnki. I jak usłyszałam na scenie piosenkę z moim tekstem w wykonaniu Grupy PS. Długo by wymieniać. Rzeczywiście, trudne pytania wymyśliłyśmy.

remontujemy-pake_lipiec-2012

Remontujemy PAKĘ. Lipiec 2012. Fot. Karolina Korneszczuk-Podoba

plakat_biuro

Fot. Alicja Rzepa

PAULINA TROJECKA
Dyrektor Stowarzyszenia Promocji Sztuki Kabaretowej PAKA

O Rotundzie

Jestem związana z Rotundą od ponad 10 lat, co wiąże się z ogromnym bagażem doświadczeń zawodowych, wspomnień, radości i smutków. Setki koncertów, kabaretonów, wydarzeń – to coś, o czym nie zapomnę do końca życia. Ale Rotunda to dla mnie przede wszystkim ludzie, których tu poznałam, a wśród nich przyszły Mąż 🙂

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Uczestniczyłam w wielu wydarzeniach kabaretowych w Rotundzie, stąd i dużo wspomnień. Ale chyba najmilszym jest moment, kiedy okazało się, że to co jest rozrywką i zabawą, może stać się wyzwaniem zawodowym.

W pracy. Pakowanie PAKI, 2016. Fot. Aneta Tabiszewska

W pracy. Pakowanie PAKI, 2016. Fot. Aneta Tabiszewska

PIOTR GUMULEC
Kabaret Chyba, konferansjer

Mój Boże. Całe moje kabaretowe życie się z tym wiąże. Byłem na każdej Pace od 2009 roku. Z Rotundą wiąże się mój największy zawodowy stres czyli występ na benefisie Roberta Górskiego. Zrobiłem tam jego parodię, kosztowało mnie to miliard siwych włosów. Poza tym to moje pierwsze konferansjerskie początki… Ciężko w to uwierzyć, że to se ne vrati.

Guma na 32. PACE. Fot. Anna Jackowska

Guma na 32. PACE. Fot. Anna Jackowska

WŁADYSŁAW SIKORA
Kabaret ADI, animator Zielonogórskiego Zagłębia Kabaretowego

O Rotundzie

Pytania są dla mnie trochę trudne. Ilość przeżyć i emocji, które przeżyłem w tym klubie jest ogromna. Ale te emocje są związane z ludźmi a nie z miejscem. Rotunda była miejscem sprzyjającym takim kontaktom, rozmowom, emocjom – ale to ludzie byli przyczyną tych przeżyć.
Kiedy Rotunda była pełna interesujących ludzi – to konstrukcja klubu, wielość miejsc – dawała możliwość przeżywania w sposób zagęszczony spotkań z nimi. Ale to ludzie stanowili o atrakcyjności tych spotkań.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wybranie jednego wspomnienia spośród bardzo wielu jest dla mnie niemożliwe. Z 30 lat wybrać jedno tylko – jak?

Władysław Sikora podczas Koncertu I dekady PAKI. 30. PAKA. Fot. Anna Jackowska

Władysław Sikora podczas Koncertu I dekady PAKI. 30. PAKA. Towarzyszy mu kabaret Hrabi i Kabaret Róbmy Swoje. Fot. Anna Jackowska

ZUBI LECH
Dyżurny Widz Kabaretowy Kraju, od lat wierny PACE

O Rotundzie

Chyba każdy ma takie miejsce, do którego lubi wracać. Dla mnie, jednym z takich miejsc jest właśnie Rotunda.
Nawet jeśli nic się tam nie dzieje, coś mnie ciągnie na Oleandry. Nie pamiętam, kiedy zaczęła się ta przyjaźń, czyli zapewne bardzo dawno. Rotunda to nie tylko miejsce. To także ludzie, kabarety, dobra zabawa i rozmowy do świtu (a to już raczej pod Rotundą ;)).

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie kabaretowe związane z Rotundą?
To chyba to, kiedy stałem się częścią kabaretu Inaczej (za co jestem ogromnie wdzięczny) i wystąpiłem na scenie Rotundy. To była najgorsza Wróżka w historii teatru, ale dla mnie bardzo ważna rola :).

Oczywiście brak mi będzie tego miejsca, ale mam nadzieje, że kabarety tam jeszcze wrócą.
To tylko kwestia czasu.

Dzinsowa Wrózka w akcji. Fot. Anna Jackowska

Dżinsowa Wróżka w akcji. Fot. Anna Jackowska

10985922_974923902519418_5535024770746759140_n

Dżinsowa Wrózka roztacza czar. Fot. Anna Jackowska

POST SCRIPTUM

Zdajemy sobie sprawę, że lista wymienionych tutaj nazwisk powinna być dłuższa. Nie udało nam się dotrzeć do wszystkich, do których chciałyśmy dotrzeć, a może wręcz powinnyśmy. Wszystkim, którzy odpowiedzieli na naszą prośbę, jesteśmy wdzięczne za poświęcony nam czas.

Pozostawiamy ten artykuł jako formę otwartą. To oznacza, że jeśli w przyszłości ktoś chciałby dołączyć swoje odpowiedzi na nasze pytania, by współtworzyć obraz naszej kabaretowej Rotundy, będzie to mógł zrobić, a my dołączymy tutaj jego wypowiedź.

Czekamy na Wasze zgłoszenia drogą mailową:
verbumnapolu@gmail.com

ANETA TABISZEWSKA, PAULINA JARZĄBEK, AGATA NOWAKOWSKA

Aneta_1

Archiwum z recenzjami: Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss

Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

balonik

Kabaret Zielony Balonik zaistniał w świadomości publicznej głównie za sprawą wspomnień Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który właściwie stworzył jego legendę, wspierany przez innych kronikarzy tamtych lat. Jak wiadomo, w legendach drzemie ziarno prawdy, w tej Boyowej może nawet i spore, jednak Tomasz Weiss w swojej monografii udowodnił, że i w prawdzie drzemie ziarno legendy.

Nie dla każdego, ale może właśnie dla Ciebie

 Ta pozycja jest moją ulubioną książką dotyczącą tego okresu. Nie jest to lektura łatwa, bo tomiszcze owo liczy ponad 400 stron objętości i jest skąpo okraszone ilustracjami (za to bardzo istotnymi). Niemniej jednak warto poświęcić czas i zapoznać się z zawartością tej książki. Nie jest to więc książka dla tych, którzy szukają wyłącznie zabawnych anegdot o pierwszym polskim kabarecie. Nie nadaje się również do szybkiego przewertowania celem ekspresowego odnalezienia treści (chyba, że dokładnie wiemy, czego szukać, albo już znamy zawartość).

Jest za to znakomitą pozycją wyjściową pod wszelkie prace naukowe, dotyczące albo konkretnie Zielonego Balonika, albo sytuacji Galicji przełomu XIX i XX wieku. Styl książki nie jest trudny, ale treść jest naprawdę imponująca i warta poznania.

O czym szumią prasy drukarskie

Pierwsza część monografii poświęcona jest Krakowowi i środowisku intelektualno-artystycznemu, w którym narodził się Zielony Balonik. Wiele fragmentów opracowania dotyczy dziennikarstwa, czasopiśmiennictwa galicyjskiego Krakowa, pism satyrycznych, wiodących dzienników, wskazując na te dziedziny, jako jedno ze źródeł powstania kabaretu.

W tym miejscu analizowany jest również aspekt socjo-kulturowy, łącznie z ekonomiczną sytuacją tej części kraju. Jest to ważne ze względu na mocne powiązanie estrady z życiem codziennym konkretnej społeczności, w tym przypadku galicyjskiego Krakowa.

Kilka słówek na temat

Druga część koncentruje się już na twórcach Zielonego Balonika i rozprawia się z narosłą wokół tego przybytku legendą. Książką prezentuje rzetelnie stan ówczesnych (to znaczy z 1897 roku) badań na temat pierwszego polskiego kabaretu i punkt widzenia autora. Tomas Weiss przedstawia fragmenty ocalałych utworów,  szopek satyrycznych, wspomnień i relacji, tworząc barwną mozaikę faktów, tekstów źródłowych, przypuszczeń i interpretacji. Pokaźną część materiału źródłowego tworzą oczywiście niezastąpione Słówka Boya-Żeleńskiego.

 

Nie tylko Kraków

W Legendzie i Prawdzie Zielonego Balonika pojawia się także skrócony kurs historii kabaretu w Europie i co nieco na temat dalszych losów twórców Balonika. Dodatkowo z kart tej monografii można wyczytać między wierszami wiele smaczków obyczajowych, dotyczących całej Galicji i życia codziennego. Przeczytałam tę książkę dwukrotnie, często zdarza mi się czytać jej fragmenty. Nieodmiennie jestem zafascynowana jej dbałością o szczegóły.

 

Na zakończenie anegdota:

Dzięki tej książce dotarłam na wspaniałą wystawę, Nie tylko Młoda Polska, którą organizowano całkiem niedawno w kamienicy Szołayskich.

Było to tak: w omawianej książce znalazłam czarno białe zdjęcia płótna z Paonu z 1898 roku (kawiarni, w której prym wiódł Stanisław Przybyszewski), na którym znajdowały się malowidła, rysunki i teksty bohemy artystycznej Krakowa. Płótno uważano za zaginione. Oczywiście ten temat nie dawał mi spokoju i pewnego dnia, po licznych poszukiwaniach, trafiłam na artykuł, który stwierdzał, że owo płótno znajduje się w magazynach Muzeum Polskiego w Krakowie. Po kolejnych poszukiwaniach trafiłam na reklamę wspomnianej wyżej wystawy. Ależ to była euforia.

Wystawa prezentowała twórców Młodej Polski, w tym także karykatury, obrazy i rysunki z Paonu i Zielonego Balonika. W sali im poświęconej spędziłam naprawdę dużo czasu, z nosem przyklejonym niemal do tych wszystkich grafik i płócien. Tak właśnie książka wpłynęła realnie na moje życie. A to tylko jeden przykład.

 

 

 

 

Małopolskie Festiwale Kabaretowe [III]

Grafika

W kolejnej części naszego cyklu o Festiwalach Małopolskich przyszedł czas na – można by rzec – niemowlę w tej kategorii. Bowiem festiwal, o którym dziś będzie mowa, nie ma nawet roku.

NIEBYWALENCJA

Niebywalencja, czyli Festiwal im. Jeremiego Przybory. Pomysł na ten festiwal zrodził się w głowie Agnieszki Kozłowskiej (dyrektorki artystycznej Niebywalencji), natomiast został zorganizowany przez Stowarzyszenie Promocji Sztuki Kabaretowej PAKA w Centrum Kultury Rotunda. Nasuwają się na myśl dwa pytania: co to Niebywalencja i dlaczego Jeremi Przybora? Już mówię. Zacznę trochę przewrotnie od drugiego pytania. Jeremi Przybora to pisarz, poeta, aktor, piosenkarz i satyryk, a także autor i współtwórca Kabaretu Starszych Panów. Jego twórczość była i jest dla innych punktem odniesienia. Był on wybitną postacią w świecie kultury. Stowarzyszenie Promocji Sztuki Kabaretowej PAKA postanowiło zorganizować festiwal, by upowszechnić jego dorobek artystyczny. A co to jest ta Niebywalencja? To wyjątkowa wyspa, która została stworzona przez Przyborę do musicalu „Piotruś Pan”. Organizatorzy o nazwie festiwalu na swojej stronie piszą tak: „Dla nas jest symbolem całej twórczości Pana Jeremiego. To wyspa wyjątkowości na morzu bylejakości, świat wzruszeń, komizmu i inteligencji w specyficzny sposób połączonych. Chcemy, aby te wartości nadal były w cenie – dlatego tak nazwaliśmy nasz Festiwal.”

Jeremi Przybora

Pierwsza edycja miała miejsce 18-19 grudnia 2015 roku. Festiwal składa się z części konkursowej, części upamiętniającej twórczość Jeremiego Przybory przez współczesnych artystów oraz z koncertu galowego. Gośćmi pierwszej Niebywalencji byli: Teresa Drozda, Magda Umer, Artur Andrus, Krzysztof Jaślar, Fair Play Crew, Karol Kopiec oraz warszawski chór Collegium Musicum z dyrygentem Andrzejem Borzymem, a także laureaci konkursu.

Druga odsłona Festiwalu ma się odbyć w dniach 21-23 października 2016 roku. Programu jeszcze nie znamy.

Niestety nie mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu, dlatego nie przytoczę Wam anegdotki, ale doszły mnie słuchy, że herbatka była wyśmienita! 🙂

Niebywalencja to jak na razie najmłodszy festiwal w Małopolsce, co nie oznacza, że jest gorszy. Wręcz przeciwnie, wprowadził on swego rodzaju powiew świeżości. Mam nadzieję, że powoli raczkując zdobędzie grono wiernych miłośników, bo twórczość Jeremiego Przybory na pewno jest tego warta! A i ja nie omieszkam się wybrać w tym roku na to zacne wydarzenie.

ANETA TABISZEWSKA

To musiało być tak [odc. 1]: Nie do pomyślenia! [impresja]

JamaMichalika_zewnętrze

Kiedy czytałam po raz kolejny fragmenty książki Ryszarda Marka Grońskiego, Jak w przedwojennym kabarecie (z której pochodzi zresztą tytuł tej serii tekstów), zaczęłam zastanawiać się, jak mógłby wyglądać wieczór w Zielonym Baloniku. Znamy co prawda relacje stałych bywalców i twórców, ale co, gdyby spojrzeć na to okiem nieco przypadkowego widza?

Idąc tym tokiem rozumowania, a także biorąc pod uwagę fakt, że jest upalny środek wakacji, postanowiłam dla rozrywki własnej,  i być może Waszej, powołać do życia takiego właśnie widza.  Kabaretowa satyra, dobrotliwa zresztą i z perspektywy czasu mało groźna, choć kłująca, wabiła do lokalu również i częsty obiekt swoich kpin: burżuja.

Zerknijmy więc na harce w Baloniku oczami doktorowej Zarzeckiej. Muszę tutaj dodać, że choć nie wzorowałam tej postaci na żadnej istniejącej osobie, to jednak zainspirowała mnie nieco profesorowa Zofia Szczupaczyńska, ze świetnej powieści Maryli Szymiczkowej (czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego), Tajemnica domu Helclów.

Zapraszam do Zielonego Balonika! 

NIE DO POMYŚLENIA! 

– Droga pani, no niechże pani zezuje tego strusia z głowy! Nic nie widać! – tęgi jegomość sapał z przejęciem, z trudem łapiąc oddech w zadymionej sali.

– Grubianin! – prychnęła zacna mieszczka, która po długich bojach wywalczyła sobie wreszcie upragnione zaproszenie do tej jaskini rozpusty i za nic nie zamierzała pozbyć się swojego upierzonego hełmu. – To paw!

– A niechże będzie i orzeł biały! – odburknął niezrażony pan ze stolika tuż za nią. – Ale niech paniusia zdejmie tego ptaka!

Pawi ogon na głowie mieszczki zatrząsł się z oburzenia, ale po kilku chwilach i rozlicznych namowach współbiesiadników, z całowaniem szanownych rączek włącznie, wylądował wreszcie na stoliku, przed wojowniczą właścicielką.

– We Lwowie nie do pomyślenia! – syknęła dama, wsączając się w swoje wino, by uspokoić nerwy. Szybko jednak na powrót wgapiła się w estradkę, żądna wrażeń, niedostępnych na co dzień poważanej mieszkance grodu Kraka, za jaką doktorowa Zarzecka się uważała.

– Mak, mak, mak! – powtarzał niestrudzony conférencieur, Stasinek Sierosławski, próbując uspokoić rozgadany na potęgę tłumek, który oblegał kawiarnię Michalikową od ściany, do ściany. – Droga publiczności, szanowni państwo burżujstwo! – Po sali przetoczył się śmiech i kilka stłumionych naprędce pomruków niezadowolenia. – Schlebiając gustom szanownego gremium musimy niekiedy powściągnąć język nasz, by nie zranić dobrze wychowanych uszu zbytnimi impertynencjami. Niechże więc nasz drogi artysta zastąpi język słowa językiem obrazu i uraczy co wrażliwsze dusze pięknem swych linii.

Doktorowa wyciągnęła z aksamitnej sakiewki złocone, teatralne lorgnon i zaaferowana przyłożyła je do oczu, by móc jak najdokładniej zobaczyć, jakież to bezeceństwa zaprezentuje na scenie, znany skądinąd, grafik, Karol Frycz. Syknęła, zniesmaczona, gdy część scenki przesłonił jej olbrzymi kwiat w nakryciu głowy jakiejś siedzącej przed nią pani.

– We Lwowie nie do pomyślenia – wymruczała pod nosem, ale nie odstawiła szkieł. Tymczasem wybrzmiał tusz muzyczny redaktora Noskowskiego. Doprawdy, taki szacowny człowiek, takiej poważnej postury, dziennikarz „Czasu” (!) a przebywa w takim towarzystwie!

Na estradkę wszedł zapowiedziany artysta malarz, trzymając kolorowe kartony. Natychmiast któryś z kolegów podbiegł doń, by mu je przytrzymać.

– Toż to ten anarchista, Nowaczyński! Cóż on tutaj robi! – myślała sobie Zarzecka, wspominając skandal sprzed kilku lat, kiedy to młody literat w krakowskiej kawiarni  zakrzyknął „Vive l’anarchie!”, po czym musiał się salwować ucieczką z kraju przed gniewem, słusznym poniekąd, władz austriackich. „Z takiej dobrej podgórskiej rodziny! Z tradycjami!”, oburzała się doktorowa.

Zarzecka spodziewała się jakiegoś pornograficznego rysuneczku, jakiejś niesmacznej ilustracyjki de Sade’a, ale to, co zobaczyła, przerosło jej oczekiwania. Oto Frycz okazywał zebranym projekty Wawelu, opuszczonego lat temu kilka przez wojska austriackie i oddanemu na powrót prawowitym właścicielom. Spory o zagospodarowanie starożytnych murów odbiły się szerokim echem. Frycz prezentował projekty Wawelu podług różnych idei. Był tam i Wawel Zawiejskiego, miłującego się w przepychu secesji, i Wawel w stylu wiedeńskim, schlebiający Jaśnie Panującemu, i zakopiański według Witkiewicza, a i japońskiego projektu Mangghi  nie brakło!

 – Pff, co za bzdura! – rozmyślała doktorowa. – Dorośli ludzie, a bawią się jak dzieci, lalkami! Pstrokate toto, a w głowie konfetti! I te idiotyczne, zielone balony, unoszące się nad zebranymi z wyższością, uwiązane do krzeseł, a co u niektórych nadal jeszcze do przegubów!  Zgroza. Otrząsnęła się na wspomnienie jowialnego odźwiernego, przytwierdzającego opornym nieraz gościom tę absurdalną wejściówkę.

Ach, i to zaproszenie! Z grafiką co prawda wykonaną przez Sichulskiego, ale ten tekst! „I nie waż się przywieść drugiego! Albowiem i ty, i przybysz niechybnie zostalibyście wylani na pysk!” Co za słownictwo!

Sala zabiła brawo, a Stasinek ponownie był na estradce, zapowiadając kolejny punkt programu. Teraz pan Teofil Trzciński miał wykonać wiązankę przyśpiewek, pióra Leszczyńskiego, odkłaniającego się po wywołaniu z jakiegoś kąta sali.

– Powariowali ci ludzie! – grzmiała w myślach Zarzecka. – Sodoma i Gomora! Człowiek sceny w takim otoczeniu. I poeta!

Tajne się w oczach lęgną smutki, bo na pokładzie zbrakło wódki! – huczał Trzciński, przy akompaniamencie niezmordowanego Noskowskiego.

Po lokalu krążyli kelnerzy, roznosząc tace z alkoholem i ciastkami.  Doktorowa rozejrzała się uważnie: pod jedną ze ścian krzykliwa szopka, z figurynkami, które odgrywały tu swe bezbożne role przy karnawale. Zielone ściany pokryte malunkami i freskami z niemal nieprzyzwoitymi scenami, choć nagość postaci okryto bielizną. Rozpoznawała nawet twarze niektórych z wesołej gromadki, a i co szacowniejszych krakusów udało jej się wyłowić wprawnym okiem z morza karykatur. Istny skandal!

A już niemal brakło jej tchu, gdy potoczywszy wzrokiem wokoło, dojrzała kilka pań z towarzystwa, w szykownych sukniach, prosto z teatru miejskiego, w takim miejscu! Sama mówiła sobie, że kto jak kto, ale ona ma prawo tu być, dla celów badawczych, bo nie zamierza się bawić, a jedynie potępić całą tę zbieraninę. Po cichu, co prawda, ale potępić! A potem narzekać, na co jej przyszło! Już widziała te zatroskane spojrzenia pań z towarzystwa dobroczynnego, współczujące  jej, że musiała przesiedzieć w takim miejscu tyle godzin, by jej małżonek, doktor, mógł zachować autoironiczną twarz! Nic to, że sama wierciła mu dziurę w brzuchu, by wystarał się o zaproszenia do Jamy u Pruszyńskiego, lub innego jakiego znajomego z kabareciku. A tu masz! Tu siedziała profesorowa, tam  pani radczyni… No jeszcze hrabiny by brakowało!

Wtem rzeczone niewiasty ożywiły się, bo na estradce pojawił się młody pan z wąsem. Gdyby Zarzecka nie miała swojej godności i była nieco młodsza, rzekła by nawet, że przystojny. I że mocniej zabiło także i jej serce. Żeńska część widowni zaczęła szeptać i chichotać. Doktorowa wychwyciła powtarzane z westchnieniem słowo „Żeleński”. Czyżby to on? Powód jej najgłębszej troski i dociekań. I zainteresowania, matczynego, oczywiście.

 I wtedy dostrzegła w pierwszym rzędzie stolików młodą Żeleńską, de domo Pareńską, która afiszowała się a to z bratem małżonka, a to z redaktorem Starzewskim. Nie znają wstydu te dziewczyniska, doprawdy. Przynajmniej Maryna dobrze wyszła za mąż. Ale to znaczyło, że instynkt doktorowej nie omylił i rzeczywiście na scenie stał mąż Zofii, Tadeusz. Jego matka z pewnością niespokojnie przewraca się w rodzinnym grobowcu.

Ach, żeby tak zmarnować karierę lekarską. Powiadają, że Tadeusz Żeleński porzucił karierę naukową, żeby zostać byle pismakiem od niestosownych wierszyków. Doktorowa szturchnęła swego męża, lekarza internistę Zarzeckiego, co miało oznaczać, że jest w najwyższym stopniu oburzona, że człowiek z jego środowiska dopuszcza się takich uchybień dla honoru. Mąż w odpowiedzi wyszczerzył zęby w uśmiechu. Beznadziejny przypadek! Porozmawia z nim w domu.

Tymczasem Tadeusz wyrecytował osławioną Stefanię, której za każdym razem domagał się spragniony tłum i począł recytować pozostałe wiersze z tetralogii pensjonarki, czy jakoś tak. Już ci tam Zarzecka nie wierzyła, żeby jakakolwiek pensjonarka wypisywała takie rzeczy!

Inna znów dziewczynka była, a wołali ją Ludmiła. Mimo dość tłustego cielska, była bardzo marzycielska. – Żeleński mówił, a Zarzecka traciła dech. Zaczęła wachlować się leżącym obok niej kartonikiem zaproszenia, aż jej mąż zapytał, czy nic jej nie dolega. On bawił się znakomicie, widziała to po iskierkach w jego oczach!

Żeleński mówił dalej. Było coś o rycerzu i oddawaniu cnoty z ochotą. Doktorowa słyszała jak przez mgłę. Widziała podobnie, bo poza nagłymi uderzeniami gorąca, wzrok przesłaniały jej kłęby wonnego dymu z cygar i papierosów.

Wciąż mężniej sobie poczynał, aż łóżko wpadło w Urynał. – Zarzecka głębiej osunęła się na krzesło. Straszne! Takie straszne słowa! Kto publicznie mówi o nocnikach pod łóżkiem! – Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. –  Żeleński skończył recytację i ukłonił się z teatralnie.

– Ignacy! Wody! – wystękała doktorowa wśród burzy braw i okrzyków. Mąż posłusznie, acz niezbyt szybko, bo ze wzrokiem wlepionym w estradkę, ruszył do baru i przyniósł jej szklankę wody. – A jednak wytrzymam! Nie dam satysfakcji żadnym miejskim kumoszkom! Opowiem im o tych wszystkich rzeczach ze wszystkimi, okropnymi szczegółami! – Pomyślała Zarzecka, nie dodając jednakże, że również z wypiekami na twarzy.

Zabawa toczyła się dalej. Doktorowa Zarzecka wyprostowała się dumnie, z mocnym postanowieniem dotrwania do końca i przestrzeżenia każdego, kto będzie chciał jej słuchać, o tragicznych skutkach rozluźnienia wychowania dzisiejszej młodzieży. A może i wystosuje odpowiedni liścik do „Czasu”? Wszak to szlachetna misja, przestrzegać przed złem świata doczesnego. Najlepiej przy proszonej kolacji u jakiej baronowej.

– We Lwowie nie do pomyślenia! – syknęła jeszcze do rozbawionego męża, nim na estradzie Stasinek zapowiedział kolejny numer.

PAULINA JARZĄBEK

Filmy z kabaretowym duchem

Jeszcze trwają letnie sesje egzaminacyjne, a wiadomo, że filmy i seriale nigdy nie smakują tak dobrze, jak w czasie przedegzaminacyjnego przyswajania wiedzy. Połączcie przyjemne z pożytecznym i przy okazji nasyćcie się kabaretową atmosferą. Przed Wami pięć moich ulubionych filmów z kabaretem w tle.

filmy

Fot. Noom Peerapong (źródło: unsplash.com)

1. Miłość Ci wszystko wybaczy (1982)

Hanka Ordonówna jest kabaretową legendą. Polską femme fatale. Ten film nie jest wierna ekranizacją jej biografii, ale przekazuje esencję tego, kim była i jest dla polskiej estrady. Reżyserem tego obrazu jest Jerzy Rzeszewski.

Mamy tutaj warszawskie scenki i porównanie artystycznej stolicy z prowincją lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Te wszystkie smaczki arystokratycznej śmietanki towarzyskiej i aspiracje mieszczaństwa. Warszawa sprzed katastrofy, kolorowa i pełna nadziei po wybuchu wolności.

Tytułową rolę zagrała Dorota Stalińska, ale piosenki wykonała Hanna Banaszak. Dla mnie objawieniem stała się rola Piotra Fronczewskiego – Fryderyk Jarosy. Ot, co znaczyło kiedyś być dobrym konferansjerem. O tym aktorze w filmach o podobnej tematyce pisałam więcej na swojej stronie, w artykule Jarosy à la Fronczewski.

2. Lata dwudzieste… Lata trzydzieste… (1984)
Polski musical. Teksty napisał Ryszard Marek Groński, autor opracowań z dziedziny historii kabaretu, satyryk. Współtworzył również scenariusz. Film jest spektakularny, zwłaszcza jeśli za kryterium przyjąć polskie warunki.

Liza (Grażyna Szapołowska) marzy o karierze artystki estradowej. Gdy Adam Dereń (Tomasz Stockinger) postanawia zemścić się na swoich wspólnikach i utopić pieniądze w mało intratnym interesie – nadarza się okazja. Inżynier chce bowiem zainwestować w kabaret. Niespodziewanie dla niego teatrzyk rozkwita i zaczyna przynosić zyski.

Ale najważniejsza jest atmosfera tamtej Warszawy. Nieco bardziej kiczowata i ubarwiona ze względu na wymogi stylistyki produkcji, ale bardzo wciągająca. I tutaj również pojawia się postać Fryderyka, zagranego przez Fronczewskiego. Być może jest to kontynuacja tego samego snu o międzywojennej Warszawie, z którym stykami się w fabularyzowanej historii Hanki. To nie powinno dziwić. Również i ten film wyreżyserował Janusz Rzeszewski.

3. Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy (1978)

I znów film muzyczny. I znów ten sam reżyser. I znów Piotr Fronczewski, tym razem w roli tytułowej, jako Szpicbródka. Chronologicznie ten obraz był pierwszy. Główną postać kobiecą, Anitę, zagrała Gabriela Kownacka.

W tej historii pojawia się wątek kryminalny. Fred Kampinos, znany jako tajemniczy kasiarz Szpicbródka, oferuje pomoc podupadającemu teatrowi Czerwony Młyn (to chyba nieprzypadkowe odniesienie do paryskiego Moulin Rouge?). Propozycja zostaje przyjęta z wdzięcznością. Inżynier przejmuje prowadzenie i razem z nowym spektaklem, rozpoczyna przygotowania do ostatniego naga padu na bankowy skarbiec, do którego zamierza dostać się przez piwnicę teatrzyku. A potem robi się już tylko ciekawiej.

Miłośnicy sztuki estradowej obejrzą sobie kulisy powstawania rewii, a miłośnicy napadów rabunkowych… Słowem, każdy znajdzie coś dla siebie!

4. Dagny (1977)

Polsko-norweski film biograficzny o pierwszej żonie Stanisława Przybyszewskiego, norweskiej pianistce, Dagny Juel.

Stacha zagrał Daniel Olbrychski. Dagny wykreowała na ekranie Lise Fjeldstad. Jest to obraz dziewięciu ostatnich lat życia muzy berlińskiej i polskiej bohemy. Przy fragmentach obejmujących pobyt Przybyszewskich w Krakowie mamy migawki z Paonu i z szalonego życia tej pary.

Reżyserował Haakon Sandoy.

5. Z biegiem lat, z biegiem dni… (1980)

Idealny przed każdym egzaminem. To właściwie serial (osiem długich odcinków), którego scenariusz oparto na sztuce Teatru Starego z 1983 roku pod tym samym tytułem, w reżyserii Andrzeja Wajdy.

Autorską tekstu scenariusza jest Joanna Olczak-Ronikier. Kolejne odcinki zostały napisane m.in. na podstawie sztuk Michała Bałuckiego, Gabrieli Zapolskiej, czy Jana Augusta Kisielewskiego i tekstów Boya-Żeleńskiego. Jest to znakomity portret dawnego Krakowa, w okresie od 1874 do 1914 roku. Młoda Polska, Paon, Zielony Balonik… I wiele, wiele innych pasjonujących wątków: konflikt cygana i filistra, cena sztuki, piękne stroje i wnętrza, romanse, znajome fabuły w zupełnie nowym świetle. Kraków, jakiego nie znacie.

Mam nadzieję, że teraz sesja jawi Wam się w jaśniejszych barwach. Powodzenia. I pamiętajcie, po sesji też możecie sięgnąć po te filmy. Niech moc Kabaretu będzie z Wami!

PAULINA JARZĄBEK