Archiwa tagu: Kraków

Radiowy standup [relacja/recenzja]

i tyle

KTO?

Kabaret I tyle

CO?

Kabaret „I tyle” idzie na solo

KIEDY?

21.05.2018 r., godz. 20:00

GDZIE?

LostBar

W miniony poniedziałek odbyło się wyjątkowe wydarzenie. Dziennikarze radia RMF FM wyszli na standupową scenę! Mało tego, że wyszli to jeszcze opowiadali śmieszne historie z życia wzięte. Dobrze się ich słuchało – co nie zaskakuje, wiadomo, przecież są znakomitymi dziennikarzami radiowymi, ale zaskakująco dobrze się na nich patrzyło, co nie było tak oczywiste. Nie mogło mnie zabraknąć na tej imprezie, tak więc prowadzona ludzką ciekawością zawitałam w progi LostBaru. Szłam bez żadnych oczekiwań, w głowie piętrzyły mi się tylko pytania: czy dadzą radę? Czy będą śmieszni? Czy uda im się wejść w ramy standupu? I najważniejsze: jak wyglądają?

Publiczność zgromadziła się dość tłumnie, jak na małą przestrzeń knajpy, co było dodatkowym atutem, stwarzając kameralną atmosferę.

Wieczór otworzył Wojtek Pięta, który od kilku lat występuje jako standuper. Miał za zadanie rozgrzać publiczność, m.in. swoimi monologami, w których opowiedział swoich historię oświadczyn, a także nawiązał interakcje z widownią. Ponadto by jeszcze bardziej zaktywizować publiczność wykorzystał popularne w improwizacjach gry rozgrzewające. Wojtka na scenie widziałam po raz pierwszy. Sprawiał wrażenie trochę nieprzygotowanego i momentami improwizującego, co dla jednych mogło być niezauważalne, mi odrobinę przeszkadzało.

Po Wojtku na scenie pojawił się Przemysław Skowron, który każdego ranka budzi nas słowami: „Wstawajcie, szkoda dnia!”. Opowiadał o pracy w radiu, zdradzając kilka radiowych tajemnic oraz o bardzo popularnym trendzie w dzisiejszych czasach, mianowicie byciu fit i chodzeniu na siłownię. Miał utrudnione zadanie, ponieważ występował jako pierwszy i lekki stres dało się odczuć, przynajmniej na początku, bo potem było już tylko lepiej.

Następnie przyszedł czas na Tomasza Olbratowskiego, który wywołuje u nas uśmiech, często w drodze do pracy, porannymi felietonami radiowymi. Nie zawiódł i tym razem. Monologiem o swoim wyglądzie, pokazał jak duży dystans ma do siebie, co jest ważną cechą wśród artystów kabaretowych. Poruszył także temat przekleństw w żartach. Uświadomił tym samym, że w niektórych sytuacjach konieczne jest użycie przekleństwa, by oddać panujące wówczas emocje. Mam bardzo podobne zdanie na ten temat.

Ponownie na scenie pojawił się Przemysław Skowron, który przybrał rolę trochę konferansjera, trochę tzw. „przerywnika”. Zabieg ten wprowadził, przynajmniej dla mnie, niewielki chaos. Rolę właśnie takiego „przerywnika” mógł przyjąć Wojtek Pięta, który rozpoczął ten wieczór. Skoro on otworzył ten wieczór, naturalną rzeczą było dla mnie to, że poprowadzi go do końca.

Kolejnym dziennikarzem, który zaprezentował się podczas tego wieczoru był Jacek Tomkowicz – specjalista do spraw piosenek tych nowych i tych ciut starszych. To on codziennie puszcza hity muzyczne, które umilają nam godziny spędzone w pracy. W swoim monologu poruszył temat krakowskiego smogu i ogólnie mówiąc show biznesu, w którym zawarł sporo pobocznych wątków. Mimo mnogości tych wątków, w jego wypowiedzi nie było chaosu, co może tylko oznaczać, że ma posiada bardzo cenną umiejętność płynnego przechodzenia z tematu na temat.

Przyszedł czas na ostatniego członka kabaretu „I tyle” – Roberta Karpowicza. To właśnie między innymi dzięki niemu, macie codziennie od 14:00 do 18:00 lepszą połowę dnia! W swoim monologu opowiedział między innymi o miejscowości z której pochodzi, o dzieciństwie, przechodząc do tematu wychowania swojego syna. Widać, że dobrze czuje się na scenie i ma tzw. „flow”, trzymając publiczność cały czas na najwyższych obrotach… śmiechu oczywiście. 😉

Ponownie na scenie pojawił się Tomasz Olbratowski, kontynuując wątek z poprzedniej części swojego monologu. Moim zdaniem nie był to dobry zabieg, ponieważ niepotrzebne jest robicie jednego, bardzo dobrego monologu na dwie części. Widz traci wtedy orientację, skupia się na tym, by przypomnieć sobie to co artysta mówił parę minut temu, tym samym nie skupiając się na tym co mówi teraz. Przez co widz automatycznie jest zdekoncentrowany. Niemniej jednak druga część monologu nie gorsza od pierwszej!

Debiut dziennikarzy radiowych w roli standuperów oceniam na dobry, nawet bardzo dobry. Ich dużym plusem jest to, że każdy z nich posiada swoją, odrębną tematykę, wokół której się porusza, a przede wszystkim, w której czuje się dobrze, co widać podczas występu. Każdy z nich jest inny na scenie, w wyrażaniu emocji, gestykulacji czy mimiki. I mimo tego, że kompletnie się od siebie różnią, razem tworzą całość, która wzajemnie się uzupełnia i idealnie ze sobą współgra. Widać, że darzą się sympatią nie tylko na antenie radia, ale także i poza nią. Posiadają także w sobie taki pierwiastek, że wychodzą i od razu dają się lubić. Emanują życzliwością i ciepłem, bez dwóch zdań. I najważniejsze bawią się tym, mają z tego przyjemność i radość, ale nie tylko oni, widzowie również. Wieczór zaliczam do jak najbardziej udanych, mimo tych paru niuansów, o których pisałam powyżej.

ANETA TABISZEWSKA

Reklamy

Artur Andrus, „Człowiek i Orkiestra” [recenzja]

Artur Andrus Człowiek i Orkiestra

Co?

Artur Andrus – „Człowiek i Orkiestra”

Kto?

Artur Andrus, Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej

Kiedy?

10.02.2018 r.

Gdzie?

ICE Kraków Congress Centre

 

Mógłbym przestać chodzić na koncerty Artura Andrusa. Widziałem ich już tyle, że zazwyczaj jestem w stanie przewidzieć jakie piosenki zostaną zaprezentowane zgromadzonej publiczności, jakie żarty padną itp. Nieliczne wyjątki stanowiły do tej pory jedynie spektakl Dużo kobiet, bo aż trzy oraz wydarzenia z cyklu Artur Andrus – Człowiek i Orkiestra, które jakimś sposobem zawsze omijały Kraków. Dlatego, gdy we wrześniu ubiegłego roku dowiedziałem się, że mój ulubiony Artysta pojawi się w Grodzie Kraka wraz z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Andrzeja Borzyma Juniora, natychmiast zakupiłem bilet.

Artur Andrus standardowo powitał zebraną publiczność tekstem, w którym przedstawił się jako „ulubiony artysta tego wieczoru”, po czym wykonał piosenkę Nie zaczynaj przerywaną dygresjami i żartami na temat proszenia się o brawa.

Nie zabrakło też dedykowanej Marii Czubaszek Baby na psy przeplatanej opowieściami o wynikach „amerykańskich badań naukowych” głoszących, że jeśli w jednym miejscu spotkają się „inteligentna i wrażliwa publiczność” oraz „świetny artysta”, to dojdzie do tego, że widzowie będą klaskać, a nawet śpiewać z wykonawcą.

Z bólem serca zauważyłem, że publiczność zebrana w ICE Kraków Congress Centre była trudna do rozruszania, dlatego o wspólnym śpiewaniu z połową sali na miarę tego, w którym brałem udział podczas koncertu w Bagateli w 2015 roku czy w Nowohuckim Centrum Kultury niespełna dwa lata później, mogłem zapomnieć. Zresztą, ludzie pomimo zachęt Artura Andrusa nie rwali się specjalnie do współpracy również przy Szalonej krewetce, Cynicznych córach Zurychu i Piłem w Spale, spałem w Pile – ogromna szkoda!

Po Babie na psy przyszedł czas na utwór Mona Lisa – rodowód tradycyjnie zmodyfikowany tak, aby pochodzenie rodziców tytułowej bohaterki odpowiadało miastu, w którym aktualnie odbywa się koncert.

Kolejne piosenki zaśpiewane przez Artura Andrusa nie odbiegały zbytnio od utartych standardów. W bloku „piosenek sportowych” usłyszeliśmy „szantę narciarską” Nazywali go Marynarz oraz Prawdziwą historię Leonidasa z Rodos (nadal uważam, że wersja koncertowa ze zmienioną melodią jest lepsza od oryginału z YouTube’a). Sekcja utworów „tłumaczonych” z języków obcych zawierała Petersburg, Quando, quando, quando i Diridondę. Nie zapomniano również o Królowej nadbałtyckich raf.

Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, w ramach promocji regionu z którego pochodzą Artur Andrus i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej zaśpiewano jedną z moich ulubionych piosenek, tj. Duś, duś gołąbki, zaczynającą się od słów „Na Podkarpaciu, w prastarych lasach”. Byłem z tego powodu niezmiernie zadowolony. Do pełni koncertowego szczęścia brakuje mi jeszcze usłyszenia na żywo Jeśli chcecie gdzieś przenosić, to w Bieszczady.

Nie zabrakło też kolejnego punktu programu występów Artura Andrusa – Warszawskiej ballady dziadowskiej stworzonej na podstawie informacji z lokalnych gazet. W ramach czterokrotnego bisu Artysta zaśpiewał Piłem w Spale, Spałem w Pile, połączone z zagrażającymi życiu wygibasami Glanki i Pacyfki, Piosenkę o podrywie na misia oraz wyrecytował skierowany do kłopotliwej publiczności Wiersz rozpędzający.

Sobotni koncert Artura Andrusa nie różnił się praktycznie w ogóle od tych, które odbyły się w Krakowie w minionych latach (te same żarty i niemal te same piosenki). Jednak o jego uroku i sukcesie stanowiły specjalne aranżacje znanych utworów, przygotowane przez orkiestrę symfoniczną. Dlatego jeśli znacie repertuar Artura Andrusa na wylot i chcielibyście odkryć jego twórczość na nowo, zachęcam Was do wzięcia udziału w koncercie z cyklu Człowiek i Orkiestra. Mnie oczarowały niemal wszystkie piosenki, w wyniku czego bawiłem się świetnie.

 

MARCIN CHUDOBA

 

PS Marcinowi serdecznie dziękujemy za podzielenie się swoimi wrażeniami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piotr Bałtroczyk „Mężczyzna z kijowym peselem” [relacja/recenzja]

Co?

Mężczyzna z kijowym peselem

Kto? 

Piotr Bałtroczyk

Kiedy?

23.04.2017 r.

Gdzie?

Krakowski Teatr Variete

23 kwietnia 2017 roku, o godzinie 20:00, w Krakowskim Teatrze Variete miał miejsce występ znanego wszystkim konferansjera, Piotra Bałtroczyka. Program, z jakim artysta przyjechał do Krakowa, nazywa się „Mężczyzna z kijowym peselem”.

Drodzy Czytelnicy, jak już wiecie (a jest to prawda bardzo powszechnie znana) Piotr Bałtroczyk jest dla mnie GUREM*. Osobistością estradową jedyną w swoim rodzaju, znakomitym opowiadaczem przygód życiowych, a co za tym idzie i prawd życiowych (szczególnie cenię sobie Bałtroczykowe tezy, gdyż są najprawdziwszą prawdą), co tu dużo mówić, po prostu jest moim Mistrzem.

Zatem, drodzy Czytelnicy, ostrzegam Was przed tym tekstem! Nie znajdziecie tu faktów, ani stricte konstruktywnych uwag, a tym bardziej obiektywizmu.

Jednocześnie zapraszam Was do przeczytania tej relacji / recenzji, abyście mogli się dowiedzieć, co czuje osoba, która z Bałtroczykiem spotyka się już… Szósty? Siódmy raz? Jak zaśmiewa się przy nowych monologach, zastanawiając się, dlaczego ona tego wcześniej nie zauważyła. A z jaką przyjemnością przypomina sobie stare, dobre monologi, które gdzieś na drodze życiowej uleciały jej z pamięci.

Artysta rozpoczął swoje wystąpienie od legendarnego powiedzenia: „Witam Państwa w tej klimatyzowanej sali!”. I było wiadome, mimo że to nie jest TA klimatyzowana sala w Rotundzie, że będzie to dobry występ. Bałtroczyk zaczął od opowiedzenia anegdotek o miastach: Krakowie, Katowicach i Rzeszowie, z którymi był związany, a których jednocześnie się boi (bardziej Rzeszowa niż Krakowa i Katowic). I tak publiczność zgromadzona w teatrze dowiedziała się, że swego czasu festiwal pieśni w Rzeszowie trwał tydzień, właśnie dzięki  Bałtroczykowi, że artysta był w latach 80. kierownikiem Klubu „Pod Jaszczurami” (czego nawet ja nie wiedziałam! Rozumiecie to? Umknął mi taki fakt z życia Mistrza!) oraz, że miał jedną przygodę z hejnalistą.

Przy okazji Piotr rozwiązał zagadkę lekarskich drewniaków: dlaczego właśnie taki rodzaj obuwia zmiennego noszą lekarze w szpitalach? Odpowiedź  jest bardzo prosta, a nikt na nią nie wpadł, poza artystą: „Żeby pacjent, kurwa, czuwał.”

I ja również dowiedziałam się nowej prawdy życiowej: czasem człowiek może mieć mało krwi w alkoholobiegu. To jest tak życiowe, a przy tym tak prawdziwe i logiczne, że aż nie do uwierzenia. I powiedzcie mi, jak go nie wielbić?

Nie zabrakło również anegdotek na temat dworców autobusowych oraz kolejowych i gwarantuję Wam, że nie mijają się one z rzeczywistością, bo jeżdżę pociągami przynajmniej raz w tygodniu i niekiedy sama mam wrażenie, jakbym była w ukrytej kamerze. Przejedźcie się, a sami zobaczycie.

Ciekawą rzeczą, która pojawiła się podczas tego wieczoru, była reakcja występującego na spóźnialskich. Powszechnie artyści raczej nie zwracają uwagi na te osoby, nie przerywają swojego występu, lecz czasem zdarza się, że zażartują. Moim zdaniem  Piotr wybrnął z tego mistrzowsko  i muszę tę sytuację przytoczyć. Spóźnialska para schodziła schodami, praktycznie pod samą scenę. Wtedy artysta zachęcił ich do zajęcia swoich miejsc, po czym dodał: „Przepraszam, że musiałem zacząć. Trochę ludzi było przed Wami”. Ale na tym się nie skończyło. Druga osoba przyszła jeszcze bardziej spóźniona, na co Bałtroczyk znów postanowił zareagować. Tym razem zapytał, skąd owa spóźnialska przyjechała, na co ta mu odpowiedziała, że z Krakowa. Po tej odpowiedzi Piotr skwitował: ,,A ja z Olsztyna i się nie spóźniłem!”. Trafił w samo sedno, zarówno za pierwszym, jak i drugim razem, nie tylko według mnie, bo zebrał salwę oklasków.

Oczywiście nie zabrakło punktów programu potocznie zwanych „odgrzewanymi kotletami”, którymi były opowieści m.in. o Zdzisławie Habilitowanym, o przygodzie podczas Festiwalu Piosenek Serialowych w Opolu czy o przygodach z policją. Akurat o tych wątkach pisałam we wcześniejszej relacji, do odświeżenia tutaj. Jednak i to nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie, bo przynajmniej miałam okazję przypomnieć sobie historie, które gdzieś po drodze mi uleciały. Miło było je sobie powspominać.

Znanym zagraniem Piotra z publicznością jest pytanie o imię kobiety. Wiecie, o co chodzi: „Pani w pierwszym rzędzie, jak Pani ma na imię? –Aneta. – No trudno”. Słyszane siódmy raz już tak nie śmieszy, wywołuje jedynie lekkie podniesienie jednego kącika ust, ale pozostali zaśmiewają się w niebogłosy. I powiedzcie teraz, że w prostocie nie tkwi siła, taki prosty zabieg, a jaki przynosi efekty.

Wiele rzeczy działo się przez te dwie godziny występu i wiele opowieści snuł występujący, lecz nie chciałabym zdradzać wszystkich smaczków, coby nie psuć Wam zabawy, gdy sami wybierzecie się na występ Bałtroczyka. Przedstawiłam Wam jedynie parę opowieści, by Was zachęcić do wybrania się na monologi Piotra. No i też kolejna rzecz, nie chcę Wam za długo przynudzać, bo ja mogę go słuchać i pisać o nim godzinami, ale ja, to ja. 😉

Jednakż mam kilka przemyśleń na temat niedzielnego performance’u. Przez cały występ próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ja właściwie tak go uwielbiam? Początkowo trudno mi było znaleźć odpowiedź, ale, w miarę rozwijania się Piotra na scenie, olśniło mnie. Po prostu mamy podobne poczucie humoru, podobnie opowiadamy historie, choć mi do Mistrza jeszcze dużo brakuje. Ale coś w tym jest. Tak, to sposób w jaki snuje te swoje opowieści, jakich emocji przy tym używa, jaką ma ekspresje na scenie, to właśnie jest mi bliskie. Nawet bardzo bliskie. Złapałam się parę razy na tym, że w jego sposobie opowiadania zobaczyłam siebie. Zastanawiam się,  czy mam tak od urodzenia, czy nieświadomie zaczęłam czerpać inspiracje z jego występów. Wydaje mi się, że to pierwsze, ale głowy nie dam sobie uciąć. 😉

Dalej bardzo intryguje mnie, na ile jego opowieści są realne i wydarzyły się w jego życiu, a na ile ponosi go fantazja… I powiem szczerze – nie wiem. Dalej nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Choć prawdziwości niektórych opowieści jestem pewna, to innych w dalszym ciągu nie mogę rozszyfrować.

Przy każdej burzy śmiechu utwierdzałam się w przekonaniu, że Piotr Bałtroczyk nie jest mężczyzną z kijowym peselem. I wbrew temu, co zapowiadał na scenie, że pora kończyć karierę kabaretową, nie powinien tego robić. Bo jest w bardzo dobrej formie. Wiele monologów miał nowych, żeby nie powiedzieć, że większość. Energia, świeżość i entuzjazm dalej od niego biją. To czuć i widać. Scena to jego żywioł, co również można odczuć. Smutno byłoby nie móc już usłyszeć jego opowieści na żywo.

Polecam całym sercem występ pt. „Mężczyzna z kijowym peselem”, naprawdę warto!

*Nie wytykajcie mi błędu, to zabieg specjalny, kto słuchał monologu, ten wie o co chodzi, a kto nie słuchał, niech zajrzy do mojej poprzedniej recenzji, której link w tekście.

PS Zdjęcia z Mistrzem niestety brak, bo się śpieszył…

ANETA TABISZEWSKA

Archiwum z recenzjami: Powrót do Jamy, Jan Paweł Gawlik

Jan Paweł Gawlik, Powrót do Jamy, Wydawnictwo Artystyczno-Literackie, Kraków1961.

powrot-do-jamy_jpgawlik

Jan Paweł Gawlik spisał portret Jamy Michalika, Daniel Mróz uzupełnił ten zapis słowny o kompozycje grafik i fotografii. Efektem tej współpracy jest pięknie wydana książka Wydawnictwa Artystyczno-Literackiego, Powrót do Jamy.

Solidna robota

Mój egzemplarz nabyłam w antykwariacie. I nie przestaje mnie zdumiewać jakość tego wydawnictwa. Książka w twardej, płóciennej oprawie, wprawdzie nieciekawej pod jaskrawożółtą obwolutą z zielonym balonikiem, ale idealnie chroniącej wnętrze. A wnętrze jest bajeczne. Niemal każda strona ozdobiona jest grafiką lub fotografią. Część z nich jest kolorowa.

jama-10

Strona tytułowa jednego z podrozdziałów Powrotu do Jamy.

Całość jest oczywiście zszyta, nie klejona. Kredowy papier pożółkł nieco, a obwoluta naddarła się na krawędziach, ale jak na swoje pięćdziesiąt kilka lat książka trzyma się naprawdę nieźle. W dodatku ma też za sobą co najmniej jednego właściciela, bo grupa seminarzystów podarowała ją swojemu profesorowi rok po wydaniu, czyli w 1962 roku, o czym świadczy wpisana na pierwszej stronie dedykacja. Musiała być swego czasu cennym podarunkiem. Ja zapłaciłam za nią tylko dziesięć złotych. To była bardzo dobra inwestycja w solidnie wykonaną książkę, która jest nie tylko ładna, ale i o czymś.

 

jama-9

Przykładowa strona książki, ze zdjęciem Boya-Żeleńskiego z czasów Balonika.

 

 

 

Balonik w pigułce

Historia spisana przez Jana Pawła Gawlika to skondensowana wersja tego, co zaproponował Tomasz Weiss w swojej monografii, Legenda i Prawda Zielonego Balonika. Dostajemy więc pigułkę z konkretną wiedzą, podaną w bardzo przyjemny, gawędziarski wręcz sposób. Zdecydowanie lżej, niż we wspomnianej Legendzie i Prawdzie… Lżej nie znaczy, że mniej wartościowo. Szkoda, że historia urywa się w 1957 roku (data posłowia). Byłoby jeszcze tyle do opisania.

Autor poświęca sporo miejsca nie tylko Zielonemu Balonikowi, ale i wnętrzom lokalu Jana Apolinarego. W tej książce Kabaret bardzo wyczuwalnie jest Miejscem. Przenoszą nas do niego fragmenty szopek, wiersze, Boy, Leszczyński, Noskowski, Sichulski, Frycz – słowo i obraz.

Twarze we mgle

Ta książka to było kolejne z moich kabaretowych objawień. Wyłaniające się z niej obrazy uzupełniały moje mgliste wyobrażenia o tamtym galicyjskim świcie. O Krakowie, którego już nie ma. Z mgły domysłów wynurzyły się konkretne twarze.

jama1

Dzięki tym dwóm planszom można pobawić się w grę…

jama-2

…”Gdzie jest Boy?”. Piękne zdjęcie.

Zaproszenia, grafiki, witraże – to wszystko już znałam. Było też oczywiście kilka fotografii. Ale dopiero tutaj ujrzałam całe grupy bywalców Zielonego Balonika. W książce Pawlika znajdują się bowiem duże fotografie z balonikowych Redut, czyli  karnawałowych zabaw, balów maskowych. Zobaczyłam twarze braci Żeleńskich, ich żony, Stasinka Sierosławskiego, Helenę Sulimę, Manghę Jasieńskiego, Michalika, Ludwika Puszeta, i tylu, tylu innych, których twórcy książki nie zidentyfikowali. To były twarze tamtego Krakowa. A więc tak wyglądała Jama Michalika, wypełniona po brzegi Zielonym Balonikiem i jego sympatykami.

Słowo i obraz  mają wobec siebie znaczenie komplementarne. Ta książka udowadnia to z całą siłą.

Czekamy

Nie znam tych czasów, ale trochę za nimi tęsknię. Pewnie, byłoby ciężko bez Internetu i komórek, bez różnych technicznych udogodnień. Bez Wielkiego Krakowa. Bez wolności. Ale mimo tego zewnętrznego zniewolenia w tamtym Krakowie nawet zatwardziali konserwatyści żyli jakoś tak lżej, nawet jeśli były to żywoty tragiczne. Może bardziej w zgodzie z instynktami? Tak czuję tę dokumentalną opowieść.

Jan Paweł Gawlik kończy swoją historię m.in. fragmentem, który już kiedyś cytowałam, bo wydaje mi się niezwykle trafnym podsumowaniem:

„Nasza epoka wciąż jeszcze czeka na swój «Zielony Balonik». Czeka na wybuch śmiechu, który obali pozory, ustali nowe wartości, a ludzi przyzwyczajonych dotychczas do powielania schematów, nauczy krytycznie patrzeć na autorytety i mity”.

 

Od czasów Balonika było takich kabaretów kilka. W książkowej Jamie, Jama Michalika, w telewizji Dudek i Kabaret Starszych Panów. Współcześnie chyba nie jesteśmy tego jeszcze w stanie ocenić. Ja mam co prawda kilka podejrzeń, być może nawet o niektórych już gdzieś wspominałam, ale zweryfikuję je za kilka dekad.  Mam nadzieję. A na razie – czekamy. Najlepiej z Powrotem do Jamy pod ręką.

PAULINA JARZĄBEK

PS Wszystkie grafiki pochodzą z omawianej książki.

Verbumowe podsumowanie krakowskiego roku kabaretowego 2016

podsumowanie-roku_2016_brooke-campbell

Fot. Brooke Campbelle [źródło: unsplash.com]

Rok 2016 zbliża się do końca. Wraz z nim odchodzi wielu wspaniałych artystów, wśród nich Maria Czubaszek i Bohdan Smoleń. I nie były to jedyne niewesołe wieści z okolic kabaretowych. Na szczęście w świecie kabaretu wydarzyło się też wiele dobrego. W tym tekście podsumowujemy, co według nas, redakcji Verbum Na Polu, znajduje się wśród najważniejszych wydarzeń kabaretowego świata Krakowa w 2016 roku.

 

Kabaretowy rok według Anety

Dla mnie rok 2016 był rokiem szczególnym pod każdym względem. A jeśli chodzi o świat kabaretu, nie dość, że był szczególny, to jeszcze nieziemsko szalony. I mimo, że wchodziliśmy w ten mijający rok trochę ze smutkiem, bo Mariusz Kałamaga wraz z Pawłem Pindurem odeszli z Łowcy.B, okazał się on jednak nie taki najgorszy jak można by przypuszczać.

Dla mnie najważniejszym wydarzeniem była 32. EDF PAKA. Każda jest dla mnie wyjątkowa, jednak ta była niezwykła. Nieoczekiwanie zadebiutowałam na scenie krakowskiej Rotundy i mimowolnie stałam się rozpoznawalna dla niewielkiej grupy ludzi, nie tylko na korytarzach Rotundy (pozdrawiam Cię, Marcin :D). To nie jest jedyny powód, dla którego była dla mnie niezwykła. Jest jeszcze jeden: wyjątkowi ludzie, którzy zrobili mi mega niespodziankę i mogłam z nimi świętować swoje urodziny.

Przez ten rok przewinęłam się przez wiele imprez kabaretowych, których nie zliczę. Każda z nich pozostanie w mojej pamięci na długo. A wspominając je na pewno na mojej twarzy pojawi się uśmiech od ucha do ucha.

Jednak nie obeszło się bez smutnych wydarzeń. Jednym z nich było niewątpliwie odejście Pani Marii Czubaszek oraz Pana Bogdana Smolenia. Drugim zamknięcie Rotundy, które wstrząsnęło mną do granic możliwości i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie wstrząsać, ponieważ było to dla mnie miejsce wyjątkowe.

Rok 2016, pod względem krakowskiego kabaretu, zaliczam do jak najbardziej udanych, mimo tych smutnych wiadomości, które uświadomiły nam, że nic wiecznie nie trwa i trzeba cieszyć się każdą chwilą. Był rokiem wyjątkowym, intensywnym i nadzwyczajnie szalonym.

Mam nadzieję, że nadchodzący Nowy Rok, będzie równie szczególny, co odchodzący, czego Wam i sobie życzę (może być jeszcze bardziej, nie pogniewamy się przecież 😉 ).

 

Kabaretowy rok według Pauliny

Po pierwsze cieszę się, że naszemu krakowsko-historycznemu blogowi o kabarecie udało się przetrwać ponad rok i zachować regularność wpisów, mimo różnych perturbacji. To taki nasz mały, osobisty sukces. I już po raz drugi z naszej inicjatywy przyznano Nagrodę SuperWolo (po festiwalu PAKA). Nie zamierzamy zwalniać.

Ważnym wydarzeniem było dla mnie także zawieszenie działalności kabaretu 7 minut Po, który uważam do tej pory za kabaret idealny. Na szczęście powstał kabaret BudaPesz.

W serii rozstań znalazło się także zamknięcie klubu Rotunda oraz kabaretowe pożegnanie Wrzosu. Obydwa miejsca mają się odrodzić po generalnych remontach. We Wrzosie nową siedzibę znajdzie Teatr KTO. Dla ogółu społeczeństwa to dobrze, dla mnie to koniec pewnej epoki. Ale też początek czegoś nowego.

Było zamknięcie, ale pojawiło się też otwarcie: przy ulicy Karmelickiej 3 swoje podwoje otwarła nowa scena komediowa, zarządzana przez Andrzeja Talkowskiego, czyli Teatr Szczęście.

I jeszcze coś z optymistycznych prognoz na przyszłość: kabareton telewizyjny, Kabaret 2000+, choć może nie jest ideałem (no ale kto jest?) wykazuje dobre chęci środowiska kabaretowego w podzieleniu się sławą, sięgającą poza Kraków i inne sceny lokalne, z młodymi (także duchem) artystami sceny kabaretowej. Oby stało się to tendencją ogólną.

Tak prezentuje się nasz subiektywny wybór wydarzeń kabaretowych 2016 roku. A jak wygląda Wasze podsumowanie kabaretowego roku w Krakowie?

Życzymy Wam, by Nowy Rok wpisał się w Wasze  kabaretowe marzenia. Wejdźcie w ten rok z uśmiechem i optymizmem, na przekór wszystkiemu.

 

Wasze VERBUM NA POLU

Rotundo, w dal odpływasz… Czyli kabaretowy portret Klubu Rotunda

Rotunda to miejsce, które zapada w pamięć. Nieważne, czy spędziło się tam rok, kilka lat, kilka dekad, czy kilka godzin. My znałyśmy je od piwnicy po dach. Widziałyśmy każdy kąt. Znałyśmy tajne przejścia, garderoby, kuchnie, magazyny, scenę, widownię małej i dużej sali, Kabaretową. W biurze Stowarzyszenia PAKA (i w tym starym, i w tym nowym, wywalczonym) czułyśmy się u siebie, zwłaszcza, że i tam zdarzało się przechowywać sterty rzeczy na krzesłach. Znałyśmy ściany obwieszone plakatami nadchodzących imprez. Śmiech, dudniący w hallu, a czasem bywało, że gęstniejącą wokół niezręczną ciszę, ale zdecydowanie częściej to pierwsze. Wiedziałyśmy, skąd wynoszone są krzesła i że w poniedziałki i środy w małej sali grano w karty. I nawet najlepszy odświeżacz powietrza nie był w stanie zabić tej unoszącej się w powietrzu, specyficznej, peerelowskiej mgiełki starych murów.

Kabaretowa. Zdjęcie z 35-lecia Rotundy, Alicja Rzepa.

Kabaretowa. Zdjęcie z 35-lecia Rotundy, Alicja Rzepa.

Budynek, w którym znajduje się ten klub, ma już ponad sto lat. Klub w tym roku miałby ich ponad czterdzieści. W styczniu tego roku opublikowałyśmy obszerny artykuł o Rotundzie, w cyklu Krakowskie Miejsca Kabaretowe (przeczytacie go, klikając tutaj). Nie przypuszczałyśmy wtedy, że dzisiaj tamto podsumowanie może wybrzmieć tak symbolicznie.

Koniec epoki

Z Rotundą związane są początki tego bloga. Tam się poznałyśmy i tam postanowiłyśmy pisać o kabarecie rzeczy, które same chętnie byśmy poczytały. Z Rotundy pochodzi wiele naszych relacji z konkursów i przeglądów. Mówi się, że niektóre miejsca mają duszę. Ta rotundowa rozproszy się teraz po różnych zakątkach w Krakowie. Bo miejsca takie, jak to, ich dusze, tworzą ludzie: ich spotkania, rozmowy, pomysły, ich wejścia, wyjścia, zamknięte i otwarte drzwi. Uchylone okna, szepty w kącie, dyskusje przy stole. Bywało różnie. Nie zawsze wszystko układało się gładko, nie wszystkie chwile były radosne, ale zazwyczaj czas spędzany w Rotundzie był czasem spędzanym dobrze.

Rotunda dopiero co została zamknięta, przynajmniej na kilka lat. Bez niej na pewno nie będzie już tak samo. Chciałybyśmy podziękować za te wszystkie lata, które mogłyśmy w niej spędzić. Wyłączenie Rotundy z życia Krakowa oznacza koniec pewnej epoki.

Retrospektywa, ku pokrzepieniu

Pragniemy przybliżyć Wam obraz Rotundy tej nam najbliższej, kabaretowej, złożony ze wspomnień związanych z nią osób. Takich, które znały ją od dawna i tych, które czasem w niej tylko bywały. Tych, które spędzały w niej całe dnie, i tych, które wpadały przejazdem. Tych, które występowały na scenie, lub stały poza nią. Widzów. Artystów. Organizatorów. Każdy ma swoją Rotundę.

Poprosiłyśmy grupę osób z szeroko rozumianego środowiska kabaretowego, związanych z Klubem Rotunda w różny sposób, by odpowiedziały nam na dwa pytania:

1. Czym jest / była dla Ciebie Rotunda?
2. Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie kabaretowe związane z Rotundą?

Mamy nadzieję, że czytając te wspomnienia przypomnicie sobie własne ulubione chwile, spędzone w Rotundzie, wzruszycie się, a może uśmiechniecie. Nie cenzurowałyśmy odpowiedzi i nie ingerowałyśmy w ich treść, poza drobną korektą. Dostajecie więc destylat z rotundowych wspomnień autorów.

Nie chcemy dzielić wypowiedzi na te kabareciarzy i pozostałe, w końcu tworzymy to środowisko wszyscy razem. Dlatego też zamieszczamy je w porządku alfabetycznym, według imion przepytywanych.

Zobaczcie, jak wiele imion ma kabaretowa Rotunda.

ADAM WACŁAWIAK

Kabaret BudaPesz, zdobywca Grand Prix 29. PAKI (2013) z Kabaretem 7 minut Po

O Rotundzie

Nie można przenieść PAKI. Można paczkę ale PAKĘ ciężko już ruszyć. PAKA to przesyłka tylko w jedno miejsce. Do Rotundy. Tam można ją tylko otworzyć. W żadnym innym miejscu.

adamwaclawiak_polfinaly-29-paki

Adam Wacławiak w skeczu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

AGATA NOWAKOWSKA
Wolontariuszka w PACE

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie miejscem szczególnym z kilku, a może i kilkunastu powodów. Ograniczę się do dwóch, które jako pierwsze wpadły mi do głowy, bo gdybym chciała wymienić wszystko, co zawdzięczam Rotundzie i ludziom z nią związanym, to nasz artykuł rozrósłby się do niewyobrażalnych rozmiarów. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym aspektem są ludzie, których miałam szczęście poznać. Wspólnie podczas mniejszych i większych imprez kabaretowych przeżyliśmy nie jedno, a czas spędzony podczas pracy jak i odpoczynku zawsze kojarzył się z czymś przyjemnym. Kolejny powód, a właściwie cała grupa powodów związana jest z nowościami, czymś czego nigdy wcześniej przed wejściem do Rotundy nie doświadczyłam. To w Rotundzie pierwszy raz zostałam wolontariuszką, uczestniczyłam w organizacji festiwali, oglądałam na żywo najlepsze w kraju kabarety. Z tych mniej poważnych rzeczy to np. sprawdziłam w 10 minut bilety 400 osób wchodzących na widownię i zrobiłam moje pierwsze w życiu „blajtki”. Zaczęłam też wierzyć, że rzeczy niemożliwe nie istnieją.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie dotyczy 30 PAKI, czyli mojej pierwszej. Idealnie odzwierciedla też to, o czym wspomniałam przy wcześniejszym pytaniu – rzeczy niemożliwe nie istnieją. Szczególnie jeśli chodzi o PAKĘ i Rotundę. Na pewno ciężko jest to sobie wyobrazić lub można uznać za niewykonalne, ale salę Rotundy da się w blisko 30 minut zamienić w salę balową z prawdziwego zdarzenia. Nie brakowało niczego, nawet czerwonego dywanu. A już na pewno naszej gigantycznej satysfakcji z tego, czego udało się dokonać.

Kuchenne selfie. ImproFest 2015.

Kuchenne selfie. ImproFest 2015.

AGNIESZKA KOZŁOWSKA
Autorka książek o PACE, rzecznik prasowy PAKI, współorganizatorka festiwalu od pierwszych PAK

O Rotundzie

Rotunda to dla mnie nie miejsce, lecz ludzie, których tu spotykałam przez lata. To dawni kabareciarze z każdym rokiem starsi i młodzi – zaczynający swoją karierę. Przez wiele lat było oczywiste, że to właśnie tu spotkamy się przynajmniej raz w roku – wiosną. To moi koledzy ze studiów, z którymi „walczyliśmy o wolność”. To osoby przez duże O – zasiadające w Jury PAKI, z którymi udało się nawiązać nici przyjaźni. To moje koleżanki i koledzy z biura, wolontariusze, technika i inni pracownicy.
Mam nieodparte wrażenie, że aby bywać i pracować w Rotundzie trzeba być wyjątkowym typem człowieka.
Szaleńcem?

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień jest cała masa. O tym, jak na przykład Władek Sikora wydawał odgłos trąbką i z całej Rotundy, ze wszystkich jej kątów wybiegali ludzie, aby zobaczyć „pięterko”, albo jak szedł na kolanach wokół budynku a z nim cała zielonogórska ekipa. O tym, jak Kabaret Moralnego Niepokoju częstował wszystkich „smalcem moralnego niepokoju” z dodatkiem ogórka i wódeczki. Jak Tosiek z baru serwował znakomite, ogromne golonki i można było palić, ale nie było takiej potrzeby, bo stężenie dymu było tak duże, że wystarczyło oddychać. O tym, jak odbyli się pierwsi „Spadkobiercy” z Tymem, Rewersem i Wujasem (który wówczas użył epokowego stwierdzenia, że „córka to prawie jak syn”) i pierwsze kabaretowe pojedynki, o tym, jak…
Mówiłam, że masa?

1012901_770993796245764_1011797852_n

Agnieszka Kozłowska i Władysław Sikora na scenie Rotundy. W tle Kabaret 7 minut Po i Agata Słowicka. Fot. Anna Jackowska

Jury i publiczność. Fot. z archiwum PAKI

Jury i publiczność. Fot. z archiwum PAKI

AGNIESZKA TREMBECKA
Była barmanka Kabaretowej Cafe

O Rotundzie

Krótko mówiąc, Rotunda to miejsce z niezwykłym klimatem i charakterem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień jest wiele. Bardzo fajnie było pracować na wszelkiego rodzaju eventach, a także zawrzeć nowe znajomości.

Artur Andrus przy barze Kabaretowej. Fot. z archiwum PAKI

Artur Andrus przy barze Kabaretowej. Wtedy jeszcze rządził tam legendarny Tosiek. Fot. z archiwum PAKI

A JAK
Zdobywczynie II miejsca i Nagrody Publiczności 32. PAKI (2016)

O Rotundzie

Rotunda to miejsce, w którym po raz pierwszy wystąpiłyśmy razem, jako kabaret A JAK! To taka nasza „scena-matka” 😀

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepszym wspomnieniem jest dla nas występ na deskach Rotundy podczas finałów 32. PAKI. Dostałyśmy wtedy nasze pierwsze sceniczne kwiaty 😉 A tak na serio – tej atmosfery, reakcji publiczności, życzliwości prowadzącego i organizatorów nie zapomnimy nigdy! Nagroda Publiczności od widzów PAKI jest jednym z naszych najważniejszych wyróżnień 🙂

Kabaret A JAK podczas 32. PAKI. Fot. Anna Jackowska

Kabaret A JAK podczas 32. PAKI. Fot. Anna Jackowska

ALAN PAKOSZ
Kabaret PUK, Grupa AD HOC, organizator Festiwalu ImproFest

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie wspaniałym miejscem. Miejscem, w którym zaczęła się moja przygoda z kabaretem. Miejscem, w którym spędziłem mnóstwo dobrych chwil i grałem niezliczoną ilość kapitalnych występów. Miejscem, w którym odbywała się PAKA i ImproFest. Miejscem, w którym rozwijałem się jako kabareciarz, improwizator i organizator. Rotunda jest dla mnie wspaniałym miejscem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepszych wspomnień związanych z Rotundą na pewno było sporo. Pamiętam doskonale jak awansowaliśmy do finału PAKI i tam otrzymywaliśmy nagrody. Pamiętam jak popłakałem się ze szczęścia po cudownym spektaklu The Mischief na festiwalu ImproFest parę lat wcześniej. Mam też mnóstwo dobrych wspomnień związanych z Cabaretowa Cafe i rozmów, które tam odbyłem 😉

13063241_1165410520137421_8563660990908808478_o

Alan Pakosz improwizuje. Fot. Anna Jackowska

ALICJA RZEPA
Organizatorka PAKADEMII, współpracowniczka Stowarzyszenia PAKA, rotundowa Pani Fotograf

O Rotundzie

Rotunda to dla mnie spory kawałek życia – ¼ można by rzec. Do Rotundy trafiłam w listopadzie 2010 roku, czyli de facto równe 6 lat temu. Od tamtej pory Rotunda i imprezy pakowskie wyznaczały rytm mojego krakowskiego życia. Pamiętam kiedy pojawiłam się tam po raz pierwszy, błądziłam po parterze szukając jakiegoś biura. Ciemno, nic nie widać. W końcu dotarłam pod jakiś czerwony neon i wkroczyłam do zadymionej (jeszcze przed zakazem palenia) Kabaretowej. Po zajęciach lub w przerwach między wykładami przesiadywałam w sekretariacie wypisując plakaty i pomagając ówcześnie pracującej w sekretariacie Asi w pracach biurowych. Od tego zresztą zaczęła się moja przygoda z pracą w kulturze.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Pierwsza PAKA to był dla mnie taki szok pomieszany z euforią; uczucie porównywalne z momentem, kiedy pierwszy raz wchodzisz na wysoki szczyt i podziwiasz te piękne widoki wokół. Niby słyszałeś jak tam jest i widziałeś całkiem fajne zdjęcia, ale jeśli sam tego nie przeżyjesz to nie poczujesz. A jak już poczujesz to na pewno wrócisz.
I takim wspomnieniem, które chyba mogę nazwać pierwszym, jest sytuacja kiedy stoję w oknie sekretariatu, słyszę wrzawę, piski i śmiechy, patrzę na dół, a na parking koło Żaczka zajeżdża samochód z wychylającym się (chyba) Marcinem Wojciechem w stroju żołnierza, a za nim biegnie grupka osób. Wtedy pomyślałam sobie „WOW, ja tu jestem”.
A później to już sama magia: magia wydarzenia, magia ludzi i nie do zastąpienia niczym magia miejsca. Atmosfera dusznej – i może nie do końca pachnącej fiołkami – Rotundy, to był jednak taki czar jedyny w swoim rodzaju. Klub logistycznie fantastyczny, pełen zakamarków, miejsc do siedzenia. Lubiłam przesiadywać w loży na dolnej sali i myśleć nad historią tego miejsca, wyobrażać sobie tych wszystkich ludzi, którzy wiele lat wcześniej też przeżywali w tym miejscu wspaniałe chwile. To się unosiło w powietrzu.
Chociaż od dwóch lat już w Rotundzie nie pracuję, to wiedziałam, że w każdej praktycznie chwili dnia i nocy mogę wejść do środka i na 110% spotkam tam kogoś znajomego – w jednym z biur, przy barze, za barem. I spędzę tam świetny czas przy kawie czy moim „małym piwie”, które było owiane wieloma śmiesznymi docinkami, bo chyba tylko ja tam piłam małe piwo. No i Gibki też takie pił. A Gibki nauczył mnie robić łódeczki z paragonów. I to też było w Rotundzie. Dużo jest takich drobnych sytuacji związanych z Rotundą, które na zawsze pozostaną mi w pamięci i wywołają uśmiech na ustach.

4

David Mbeda Ndege błogosławiony między niewiastami 32. PAKI. Fot. Karolina Koniecko

ANDRZEJ DOMAGALSKI
Współautor książki Kabaret w Polsce 1950-2000, animator imprez Rotundy w pierwszych dekadach jej działalności, dziennikarz

O Rotundzie

Studenckie Centrum Kultury Rotunda, od momentu otwarcia w 1974 – po 8-letnim remoncie – było klubem, który kochało się od pierwszej w nim bytności. Liczyła się bogata oferta programowa, jak i atmosfera, dzięki której klub ściągał do siebie młodych, utalentowanych twórców z legitymacją studencką w kieszeni. W minionym wieku klub zaliczany był do najlepszych centrów kultury studenckiej. Dominowało wówczas kilka: uświęcone tradycją „Pod Jaszczurami” na krakowskim Rynku, wrocławski „Pałacyk”, stołeczne „Stodoła” i „Hybrydy”, gdański „Żak” z legendarnym Bim-Bomem, poznańska „Od Nowa” czy też łódzkie „77”.
Rotunda przez cztery dekady stała się kultowym miejscem, które swoją legendę zbudowało na szerokim rozumieniu kultury i promowaniu jej różnorodnych form. Miałem wielką przyjemność pracować w klubie przy Oleandrach przez kilka lat. Jako tzw. programowiec, realizowałem przez kilka sezonów setki, jeśli nie tysiące imprez, począwszy od teatru (od I Krakowskich Reminiscencji Teatralnych w 1975 r., m. in. stworzyłem i realizowałem imprezy: Jazz Juniors i Konkurs Inicjatyw Kabaretów Studenckich), piosenki, kabaretu, muzyki poważnej, występy zespołów folklorystycznych, koncerty muzyki chóralnej, teatru, a skończywszy na filmie. To była moja młodość, jak zawsze szalona, pełna pasji, nie do powtórzenia. Jedyna, a Rotunda była jej kwintesencją.
Dzień bez artysty na scenie klubowej był dniem straconym. Czuwała nad tym kilku- lub też kilkunastoosobowa ekipa z działu programu. Nader często byli to studenci krakowskich uczelni – z Krakowa, jak i z pobliskiego akademika. Przy okazji studiów wchodzili w kulturę i sztukę niejako od środka. Byli niezawodni, podziwiani w skrytości przez potentata na rynku imprez – krakowską Estradę. Jesienią ub. roku zawitałem po latach do Rotundy, mieliśmy z Leszkiem Kwiatkowskim spotkanie autorskie. Ogarnęła człowieka rozpacz, dolna sala, tzw. trumna, wymalowana była na czarno. Ponura, przygnębiająca atmosfera, zbierało człeka na wymioty. Siedliśmy z kolegą i piliśmy wódkę bez słowa, niemal ze łzami w oczach. Wspomnienia niezapomnianych koncertów nie dawały nam spokoju, przebijały się przez czarny nastrój/wystrój.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

W latach mojej działalności kabaret stał na wysokim poziomie. Na wysoką jakość tej sceny składały się świetne teksty literackie i równie dobrzy aktorsko wykonawcy. Rotundę uwielbiali artyści nie tylko krakowscy, ale i warszawscy. Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jan Pietrzak, Jan T. Stanisławski bywali częstymi gośćmi klubowych imprez. Stworzyliśmy nie tylko KIKS, kilka lat później powstała PAKA. W naszym KIKS-ie po laury sięgał m. in. Jacek Kaczmarski i Przemek Gintrowski, jak i Andrzej Poniedzielski. Tłumy widzów z miasta waliły ponadto na Akademię Humoru, comiesięczną porcję satyry (rektor Bruno Miecugow, dziekan Marek Pacuła, amfiteatralny układ widowni na scenie). W rolę wykładowców wcielała się czołówka polskich mistrzów artystycznej satyry: Wojciech Młynarski, Jan T. Stanisławski, Jonasz Kofta, Jacek Fedorowicz, Adaś Kreczmar, artyści z Piwnicy pod Baranami i wrocławska Elita, żeby tylko poprzestać na nich.
Podczas jednej z imprez Sceny Kabaretowej na dolnej scenie zaprezentował się Tercet na Luzie z Elą Jodłowską i Jackiem Nieżychowskim w składzie i z gościnnym udziałem mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą – Władysławem Komarem. Złoty medalista w tym kabarecie śpiewał dwie piosenki Tewje Mleczarza z musicalu „Skrzypek na dachu”. Przed pierwszym wejściem pytam kulomiota: – Pięćdziesiątka starczy?, na co rozochocony Komar rzecze: – No coś ty, Andrzej, daj coś większego. Zacząłem szukać większego naczynia, od pań z kuchni pożyczyłem popularną dawniej wtedy tzw. musztardówkę. Nalałem mistrzowi, wypił jednym duszkiem i wyszedł na scenę, zaśpiewał. Wrócił do mnie, przechylił kolejną, podobnie było przy drugiej piosence. Musiałem szybko załatwić drugą służbową butelkę. Opłacało się, Komar zebrał gromkie brawa, osobiście wyraził mi wdzięczność za dopingowe wsparcie, wpisując stosowne słowa, łechcące próżność człowieka, do klubowej księgi pamiątkowej. Słowa historyczne, pełne liryzmu, ale i niemal złośliwej satyry w wydaniu Komara i Jodłowskiej zapisane są w księdze pamiątkowej Rotundy, która spoczywa w moim archiwum domowym.

Grafika
1. Od lewej Andrzej Pacuła, Marek Materna i Jerzy Pyżalski. Połowa kabaretów Kit i Ssak, działających w Rotundzie. Fot. Marian J. Curzydło

Grafika
2. Satyrycy związani z Rotundą, bracia Marek i Andrzej Pacułowie. Fot. Marian J. Curzydło


3. Grzegorz Bukała i Wały Jagiellońskie na Scenie Kabaretowej Rotundy. Fot. Marian J. Curzydło

ANDRZEJ TALKOWSKI
Zdobywca Grand Prix 16. PAKI (2000) z kabaretem Kuzyni, artysta Piwnicy Pod Baranami, właściciel Teatru Szczęście

O Rotundzie

Rotunda była dla mnie cudownym miejscem, gdzie odbywał się najbardziej niesamowity festiwal artystyczny – PAKA! To był festiwal na najwyższym światowym poziomie artystycznym. Żyło się od PAKI do PAKI, bo Świętem Bożego Narodzenia i Sylwestrem były Finały PAKI, a dzień po PACE zaczynał się nowy rok. Rotunda to dla mnie było miejsce, gdzie można było spotkać życzliwych, wspaniałych ludzi, z Mirkiem, Aliną i Agnieszką na czele 🙂

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie to oczywiście Grand Prix PAKA 2000 :), ale również spektakle, skecze, numery, żarty kabaretów Koń Polski, Potem i Grupy Rafała Kmity, Fajf, Bez Nas i wszystkich innych finalistów… oraz najważniejsze (!) – występ na scenie PAKI mojego poczętego dziecka 🙂

Andrzej Talkowski z Kabaretem Kuzyni i publiczność przykryta gazetą. Fot. z archiwum PAKI

Andrzej Talkowski z Kabaretem Kuzyni i publiczność przykryta gazetą. Fot. z archiwum PAKI

ANETA TABISZEWSKA
Miłośniczka kabaretów, wolontariuszka w PACE, dziennikarz Verbum Na Polu

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie miejscem wieloznacznym. Na pierwszym miejscu jest moim domem. Po prostu. Domem wypełnionym sympatią, śmiechem, zabawą, ale także domem wypełnionym miłością. Tak, miłością. Wzajemną miłością ludzi do siebie, miłością do wspólnej pasji, miłością do artystów kabaretowych, miłością do skeczy, piosenek. Nie mniej ważnym od domu rodzinnego. Rotunda jest dla mnie także miejscem, gdzie totalnie odpływam w inny wymiar. Jest odskocznią od życia. Wchodząc zaciągam się tym specyficznym zapachem i przenoszę się w inny świat, w świat mojej pasji- kabaretu. I wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Zapominam o trudach dnia codziennego i o problemach, odkładam telefon i odpływam w ten mój świat…

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wspomnień z nią związanych mam mnóstwo… Pamiętam swoją pierwszą PAKĘ, 30. Pamiętam ogrom włożonej przez nas wszystkich pracy, ale także i tą satysfakcję, że wszystko się udało. Ach, ten pamiętny bal… To było przeżycie… Pamiętam swój pierwszy ImproFest, gdzie Rotunda zamieniła się w dom strachów, a ja prowadzałam ludzi po jej nieznanych zakątkach. Pamiętam pojedyncze występy, kiedy to na jednym z nich wykonaliśmy coś wręcz niemożliwego: sprawdziliśmy bilety ponad 400 osobom w niespełna pół godziny. Pamiętam jak siedziałyśmy w małym pomieszczeniu w ścianie i puszczałyśmy prezentacje i tablice wyników pojedynków. Pamiętam jak z tego też pomieszczenia rzucałyśmy piłeczkami w ludzi, przy jednej z piosenek Łowców.B Pamiętam jak malowałam jednego z artystów tuż przed występem. Pamiętam jak jechałam wózkiem sklepowym przez aleje do Rotundy. Pamiętam wspólnie wykonaną pracę przy reanimacji królików czy scenografii. Pamiętam swój przypadkowy i spontaniczny występ na PACE. Pamiętam te liczne rozmowy z artystami i z moimi kochanymi współtowarzyszami, przy kawie, soku, piwie, w Kabaretowej, na dolnej sali, w garderobie czy biurze, o 12 w południe czy o 1 w nocy. Pamiętam wszystko, bo najlepszych chwil w życiu i wspaniałych ludzi się nie zapomina.

12272905_953624464704553_687506009_n

Pokój gotowy na przyjazd improwizatorów! ImproFest 2015. Fot. Małgorzata Dutkiewicz

 

DAVID MBEDA NDEGE
Laureat 32. PAKI

Wstawiamy wypowiedź Davida, którą przysłał w formie video. Przepisanie jej odebrałoby jej cały urok.

O Rotundzie:

GRZEGORZ POROWSKI
Niestrudzony archiwizator koncertów PAKI, organizator Tarasowych Spotkań Kabaretowych

O Rotundzie

To trudne pytanie. To miejsce, które przyciąga mnie na wiosnę do Krakowa, by spotkać przyjaciół i obejrzeć najnowsze spektakle kabaretowe podczas PaKI. To pamięć o Panu Tośku i jego barze, którą podtrzymujemy razem z żoną, przekazując, podobnie jak czynił to Pan Tosiek, skrzynkę piwa dla najlepszego naszym zdaniem konkursowego kabaretu. Bo Rotunda to nie tylko kabaret, to przede wszystkim ludzie. I dla tych ludzi przyjeżdżam tu od 1997 roku.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Nie mam jednego, najlepszego wspomnienia kabaretowego związanego z Rotundą. Mam masę wspaniałych wspomnień. To pierwsze obejrzenie spektaklu „Wszyscyśmy z jednego szynela” i to od razu z udziałem orkiestry. To krzesła połamane przez Smutnego. To pierwszy kontakt z działalnością Grupy MoCarta. Wspaniały koncert o tym co się wydarzyło od PaKI do Paki w reżyserii Tomka Jachimka i piosenka o pogrzebie Czesława Miłosza, Jego autorstwa. To wielka radość, że większość tych wspomnień mogę odświeżyć dzięki moim nagraniom wideo.

IGOR SUMARA
Inspicjent 32. PAKI, człowiek niezastąpiony, który potrafi zastąpić kilku innych

O Rotundzie

Miejscem zagadkowym. Pracując kilka lat z rzędu na Pace za każdym razem byłem w stanie odnaleźć w niej drzwi lub schowek o którym wcześniej nie miałem pojęcia. Na czas festiwalu stawała się moim drugim, a w zasadzie pierwszym domem bo to tam spędzałem większość doby. Rotunda kojarzy mi się jeszcze z kurzem, który był na zapleczu w ilościach hurtowych. Śmiem twierdzić, że gdyby ktoś wynalazł efektywną technologię przetwarzania roztoczy na surowce budowlane, Rotundzie nie groziła by żadna katastrofa.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Te najlepsze wspomnienia są zamazane, bo pochodzą z późnych godzin nocnych z dolnej małej sali rotundy.
Jeśli chodzi o wspomnienie kabaretowe, to chyba moja pierwsza w życiu wizyta w Rotundzie, za dzieciaka byłem na kabarecie Potem (końcówka lat 90.) niewiele pamiętam, ale chyba od tego momentu Potem stał się moim ulubionym kabaretem 🙂

14793904_10210141453669390_1044803007_n

Igor Sumara w skeczu Kabaretu Ani Mru Mru, z Waldemarem Wilkołkiem. 32. PAKA. Fot. Anna Jackowska

IZABELA LEONARCZYK
Do niedawna część biura Stowarzyszenia PAKA, Komisarz Konkursu 32. PAKI

O Rotundzie

Rotunda, to dla mnie, mówiąc górnolotnie – Legenda, a mówiąc tak życiowo – miejsce pracy. Spędziłam w niej 6 lat. I to dosłownie, przychodząc codziennie od poniedziałku do piątku do biura. To naprawdę ciekawe połączenie, gdy jedno miejsce ma dla ciebie 2 twarze, gdy spędzasz w nim wiele wieczorów na wspaniałych koncertach relaksując się w towarzystwie znajomych, a następnego dnia rano tam wracasz i kompletnie zmienia ono charakter w Twojej głowie, będąc areną, na której realizujesz swoje zawodowe obowiązki, gdy z jednej strony masz z tyłu głowy historię „klimatyzowanej sali krakowskiego klubu Rotunda”, a z drugiej strony po prostu dbasz o rozstawienie na niej właściwej ilości krzeseł dla publiczności i rozmieszczenie materiałów reklamowych. Zatem Rotunda jest dla mnie legendą która stała się częścią mojej codzienności.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Zacznijmy od tego, że 90% moich wspomnień związanych z Rotundą jest „kabaretowych”, a jest ich tak dużo i są tak piękne, że trudno mi wyróżnić jedno. Naprawdę, byłoby to niesprawiedliwe. Oczywiście, najwspanialsze wiążą się naturalnie z Przeglądem Kabaretów PAKA, który od strony organizacyjnej przeżyłam w Rotundzie 6 razy, począwszy od 27. PAKI, na 32. skończywszy, a każdą z nich w nieco innym charakterze. Na podkreślenie i specjalne zaznaczenie zasługują na pewno 2 rzeczy:
– Ogólny klimat panujący podczas PAKI. I nie chcę tu rozstrzygać, czy większy wpływ na to ma specyfika środowiska kabaretowego, ludzi, którzy niejednokrotnie doskonale się znają, często spotykają i tworzą po prostu zgraną grupę zdolnych ludzi, którzy się lubią; czy właśnie specyfika miejsca, która sprzyja takiej integracji, ze swoimi wszystkimi zakamarkami, surowością i tajemniczością, ciasnotą Kabaretowej Cafe i pierwszym wiosennym ciepłem ogródka przed nią.
– 30. PAKA, która była wyjątkowa ze względu na swoją jubileuszowość. Wszystko podczas niej było bardziej dostojne i ważne. Przy okazji był to czas wspomnień i powrotów do przeszłości, początków kabaretu w Rotundzie. A zwieńczeniem był uroczysty bal – nigdy nie zapomnę, jak sala Rotundy w pół godziny naszymi rękami przeistoczyła się z sali widowiskowej z ponad 400 krzesełkami po występie w piękną i elegancką salę balową. I to niech będzie podsumowanie – to miejsce magiczne, i wszystko jest tam możliwe.

14800770_1168441606556170_1450230457_n

Balujemy na 30. PACE. Fot. Anna Jackowska

JULIA KOZŁOWSKA
“Dziecko PAKI”, zna Rotundę od urodzenia, czyli od dobrych -nastu lat

O Rotundzie

Czym jest dla mnie Rotunda?
Obecnie – pustostanem – pięknym, choć starym… wyjątkowym pustostanem, fabryką wspomnień, dobrych i złych chwil…
Gdy zaczynam wspominać Rotundę, przed oczami ukazuje mi się moje własne dzieciństwo (od 3-ego roku życia przychodziłam na Festiwal), każdą Pakę w niej spędzoną, Rockotekę, pierwszy koncert, włożoną pracę i wszystkie pozytywne i mniej pozytywne znajomości, emocje.
Czym była dla mnie Rotunda?
Była, i mimo, że jest tym wyjątkowym pustostanem – dalej jest dla mnie drugim domem, pracą i pasją. Każdy korytarz, każdy metr Rotundy ma swoją historię – piękną i tą mniej… Być może dlatego jest tym jedynym, niezwykłym pustostanem.

julka_soniabohosiewicz-fot-agnieszka-kozlowska

Julka i Sonia Bohosiewicz. Fot. z archiwum Agnieszki Kozłowskiej

julka_dariuszkamys_fot-agnieszka-kozlowska

Julka i Dariusz Kamys. Fot. z archiwum Agnieszki Kozłowskiej

KAROLINA KORNESZCZUK-PODOBA
Koordynator biura Stowarzyszenia PAKA, Organizatorka PAKI, Jazz Juniors i innych imprez Rotundy

O Rotundzie

Rotunda jest dla mnie drugim domem.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Pierwsze takie wspomnienie mam jeszcze z lat 90-tych, kiedy to członkowie Kabaretu Czyści Jak Łza potrzebowali podstawionej osoby z publiczności, i żyjący jeszcze wtedy Mirek Wujas “podstawił” im mnie.
Drugie, to jak Kabaret Młodych Panów zaśpiewał na scenie, specjalnie dla mnie, piosenkę Dziewczyna z inkubatora.

Karolina_Agata_Aneta_fot. M. Grabowski

Karolina Korneszczuk-Podoba z Agatą Nowakowską i Anetą Tabiszewską. Fot. Mariusz Grabowski, FotoBudka

MAREK STAWARZ
Kabaret BudaPesz, Teatrzyk O Rety, zdobywca Grand Prix 29. PAKI (2013) z Kabaretem 7 minut Po

O Rotundzie

Lubię to miejsce, zawsze kojarzy mi się z duszną, nerwową atmosferą, ze zdenerwowaniem, koreczkami z serem i winogronami, z ganiającymi chłopami podpinającymi wijące się tu i ówdzie kable… babeczkami z identyfikatorami oraz takimi w cieście, a właściwie z ciasta, a właściwiej z ciasta w cieście… z rozbitą szybą w moim passacie i Karoliną Korneszczuk kombinującą odpowiednich rozmiarów tekturę mającą zapełnić puste miejsce po niedawno co wybitej szybie… z stertą ubrań, potem, długimi bezsensownymi rozmowami i komentarzami po dopiero co zakończonych występach lub jeszcze nudniejszymi z perspektywy czasu i pozbawionymi sensu rozmowami na temat „rozmów z żyri”. PAKA w innym miejscu, to nie PAKA. Tyle.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Półfinały PAKI, program z kucharzem… To był dobry program i dobry występ, a nas nie puścili dalej… Co prawda rok później zdobyliśmy granda ale wspomnienie zostało. Rotunda zawsze mi się kojarzy z PAKĄ. Poza PAKĄ nie wiele tam zaglądałem. Nie żebym coś miał przeciw, po prostu busy mi nie jeżdżą przez aleje.

Marek Stawarz w monologu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

Marek Stawarz w monologu Kabaretu 7 minut Po. Półfinały 29. PAKI. Fot. Anna Jackowska

PAULINA JARZĄBEK
Kabaretowa maniaczka, redaktor naczelna Verbum Na Polu

O Rotundzie

Rotunda była dla mnie miejscem legendarnym, do odkrywania.
Pojawiła się w moim życiu za sprawą kabaretów lata świetlne temu. 27. PAKĘ spędziłam już jako wolontariuszka Stowarzyszenia. Wtedy zaczęło się dla mnie odkrywanie labiryntu korytarzy, biur, schowków. Pamiętam tak zwany Prysznic obok głównego biura PAKI. Tego małego, ciasnego, gdzieś w lochach, a ściślej na końcu korytarza przylegającego do kulis sceny na malej sali. Nie mam pojęcia, jak udawało nam się wyciągnąć stamtąd te wszystkie banery i roll-upy. Pomieszczenie obok Prysznica służyło zazwyczaj za magazyn, czasem za garderobę, a sporadycznie za… biuro. Spędziłam w tych dwóch małych pomieszczeniach wiele pięknych, dziwnych, strasznych chwil. Miałam wrażenie, że ściany magicznie się rozciągają, by pomieścić to wszystko.
Zapamiętam hasła, określające różne punkty Rotundy. Dla niewtajemniczonych to brzmi jak szyfr. Bo zazwyczaj wyglądało to tak, że ktoś rzucał: “Zanieś to …” i tu następował wspomniany szyfr: do pokoju Wiktora, do Łukasza, do garderoby (- Górnej, czy dolnej? – Górnej.), za bar, do Kabaretowej, za ladę, do Etiudy, na małą salę, na dużą salę. Albo po prostu “do chłopaków”, albo “dziewczynom”. A zdarzało się, że padało tylko “Weź to rzuć gdzieś tam tam, no wiesz, gdzie”. I wiedzieliśmy.
I ta cała toponimia w jakiś sposób wiązała się z ludźmi. Bo moja Rotunda to przede wszystkim spotkania, również takie, które wpłynęły na moje życie w znaczący sposób. To chwile przegadane w Kabaretowej, z dziewczynami z baru, z kabareciarzami, wolontariuszami. To loże przy małej sali, to schody, przez które najpierw wchodziłam jako widz, a potem sama sprawdzałam bilety. Rotunda to osobny świat, który uwielbiałam odwiedzać, nawet, jeśli nie zawsze bywało kolorowo.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Kabaret 7 minut Po na 29. PACE! Moje kabaretowe objawienie. Zakochałam się wtedy w tamtym ich świecie. Kabaret się rozpłynął, a miłość trwa.
Ale takich wspomnień jest wiele. Zdecydowanie zbyt wiele, jak na tak krótką formę wypowiedzi. Na przykład zbiorowe wykonanie piosenki Blok na 30. PACE. Tańczący Sikor. Kabaret A Jak na pierwszej, i miejmy nadzieję, nie ostatniej, Niebywalencji. ImproFestowe króliki. Dużo królików. Występ legendarnego kabaretu Ucho (ktoś to jeszcze pamięta?). I te wszystkie chwile, gdy oglądałam kabaret Hrabi na żywo. Artur Andrus w stroju świnki. I jak usłyszałam na scenie piosenkę z moim tekstem w wykonaniu Grupy PS. Długo by wymieniać. Rzeczywiście, trudne pytania wymyśliłyśmy.

remontujemy-pake_lipiec-2012

Remontujemy PAKĘ. Lipiec 2012. Fot. Karolina Korneszczuk-Podoba

plakat_biuro

Fot. Alicja Rzepa

PAULINA TROJECKA
Dyrektor Stowarzyszenia Promocji Sztuki Kabaretowej PAKA

O Rotundzie

Jestem związana z Rotundą od ponad 10 lat, co wiąże się z ogromnym bagażem doświadczeń zawodowych, wspomnień, radości i smutków. Setki koncertów, kabaretonów, wydarzeń – to coś, o czym nie zapomnę do końca życia. Ale Rotunda to dla mnie przede wszystkim ludzie, których tu poznałam, a wśród nich przyszły Mąż 🙂

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Uczestniczyłam w wielu wydarzeniach kabaretowych w Rotundzie, stąd i dużo wspomnień. Ale chyba najmilszym jest moment, kiedy okazało się, że to co jest rozrywką i zabawą, może stać się wyzwaniem zawodowym.

W pracy. Pakowanie PAKI, 2016. Fot. Aneta Tabiszewska

W pracy. Pakowanie PAKI, 2016. Fot. Aneta Tabiszewska

PIOTR GUMULEC
Kabaret Chyba, konferansjer

Mój Boże. Całe moje kabaretowe życie się z tym wiąże. Byłem na każdej Pace od 2009 roku. Z Rotundą wiąże się mój największy zawodowy stres czyli występ na benefisie Roberta Górskiego. Zrobiłem tam jego parodię, kosztowało mnie to miliard siwych włosów. Poza tym to moje pierwsze konferansjerskie początki… Ciężko w to uwierzyć, że to se ne vrati.

Guma na 32. PACE. Fot. Anna Jackowska

Guma na 32. PACE. Fot. Anna Jackowska

WŁADYSŁAW SIKORA
Kabaret ADI, animator Zielonogórskiego Zagłębia Kabaretowego

O Rotundzie

Pytania są dla mnie trochę trudne. Ilość przeżyć i emocji, które przeżyłem w tym klubie jest ogromna. Ale te emocje są związane z ludźmi a nie z miejscem. Rotunda była miejscem sprzyjającym takim kontaktom, rozmowom, emocjom – ale to ludzie byli przyczyną tych przeżyć.
Kiedy Rotunda była pełna interesujących ludzi – to konstrukcja klubu, wielość miejsc – dawała możliwość przeżywania w sposób zagęszczony spotkań z nimi. Ale to ludzie stanowili o atrakcyjności tych spotkań.

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Wybranie jednego wspomnienia spośród bardzo wielu jest dla mnie niemożliwe. Z 30 lat wybrać jedno tylko – jak?

Władysław Sikora podczas Koncertu I dekady PAKI. 30. PAKA. Fot. Anna Jackowska

Władysław Sikora podczas Koncertu I dekady PAKI. 30. PAKA. Towarzyszy mu kabaret Hrabi i Kabaret Róbmy Swoje. Fot. Anna Jackowska

ZUBI LECH
Dyżurny Widz Kabaretowy Kraju, od lat wierny PACE

O Rotundzie

Chyba każdy ma takie miejsce, do którego lubi wracać. Dla mnie, jednym z takich miejsc jest właśnie Rotunda.
Nawet jeśli nic się tam nie dzieje, coś mnie ciągnie na Oleandry. Nie pamiętam, kiedy zaczęła się ta przyjaźń, czyli zapewne bardzo dawno. Rotunda to nie tylko miejsce. To także ludzie, kabarety, dobra zabawa i rozmowy do świtu (a to już raczej pod Rotundą ;)).

Najlepsze wspomnienie kabaretowe

Najlepsze wspomnienie kabaretowe związane z Rotundą?
To chyba to, kiedy stałem się częścią kabaretu Inaczej (za co jestem ogromnie wdzięczny) i wystąpiłem na scenie Rotundy. To była najgorsza Wróżka w historii teatru, ale dla mnie bardzo ważna rola :).

Oczywiście brak mi będzie tego miejsca, ale mam nadzieje, że kabarety tam jeszcze wrócą.
To tylko kwestia czasu.

Dzinsowa Wrózka w akcji. Fot. Anna Jackowska

Dżinsowa Wróżka w akcji. Fot. Anna Jackowska

10985922_974923902519418_5535024770746759140_n

Dżinsowa Wrózka roztacza czar. Fot. Anna Jackowska

POST SCRIPTUM

Zdajemy sobie sprawę, że lista wymienionych tutaj nazwisk powinna być dłuższa. Nie udało nam się dotrzeć do wszystkich, do których chciałyśmy dotrzeć, a może wręcz powinnyśmy. Wszystkim, którzy odpowiedzieli na naszą prośbę, jesteśmy wdzięczne za poświęcony nam czas.

Pozostawiamy ten artykuł jako formę otwartą. To oznacza, że jeśli w przyszłości ktoś chciałby dołączyć swoje odpowiedzi na nasze pytania, by współtworzyć obraz naszej kabaretowej Rotundy, będzie to mógł zrobić, a my dołączymy tutaj jego wypowiedź.

Czekamy na Wasze zgłoszenia drogą mailową:
verbumnapolu@gmail.com

ANETA TABISZEWSKA, PAULINA JARZĄBEK, AGATA NOWAKOWSKA

Aneta_1

Archiwum z recenzjami: Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss

Legenda i prawda Zielonego Balonika, Tomasz Weiss, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.

balonik

Kabaret Zielony Balonik zaistniał w świadomości publicznej głównie za sprawą wspomnień Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który właściwie stworzył jego legendę, wspierany przez innych kronikarzy tamtych lat. Jak wiadomo, w legendach drzemie ziarno prawdy, w tej Boyowej może nawet i spore, jednak Tomasz Weiss w swojej monografii udowodnił, że i w prawdzie drzemie ziarno legendy.

Nie dla każdego, ale może właśnie dla Ciebie

 Ta pozycja jest moją ulubioną książką dotyczącą tego okresu. Nie jest to lektura łatwa, bo tomiszcze owo liczy ponad 400 stron objętości i jest skąpo okraszone ilustracjami (za to bardzo istotnymi). Niemniej jednak warto poświęcić czas i zapoznać się z zawartością tej książki. Nie jest to więc książka dla tych, którzy szukają wyłącznie zabawnych anegdot o pierwszym polskim kabarecie. Nie nadaje się również do szybkiego przewertowania celem ekspresowego odnalezienia treści (chyba, że dokładnie wiemy, czego szukać, albo już znamy zawartość).

Jest za to znakomitą pozycją wyjściową pod wszelkie prace naukowe, dotyczące albo konkretnie Zielonego Balonika, albo sytuacji Galicji przełomu XIX i XX wieku. Styl książki nie jest trudny, ale treść jest naprawdę imponująca i warta poznania.

O czym szumią prasy drukarskie

Pierwsza część monografii poświęcona jest Krakowowi i środowisku intelektualno-artystycznemu, w którym narodził się Zielony Balonik. Wiele fragmentów opracowania dotyczy dziennikarstwa, czasopiśmiennictwa galicyjskiego Krakowa, pism satyrycznych, wiodących dzienników, wskazując na te dziedziny, jako jedno ze źródeł powstania kabaretu.

W tym miejscu analizowany jest również aspekt socjo-kulturowy, łącznie z ekonomiczną sytuacją tej części kraju. Jest to ważne ze względu na mocne powiązanie estrady z życiem codziennym konkretnej społeczności, w tym przypadku galicyjskiego Krakowa.

Kilka słówek na temat

Druga część koncentruje się już na twórcach Zielonego Balonika i rozprawia się z narosłą wokół tego przybytku legendą. Książką prezentuje rzetelnie stan ówczesnych (to znaczy z 1897 roku) badań na temat pierwszego polskiego kabaretu i punkt widzenia autora. Tomas Weiss przedstawia fragmenty ocalałych utworów,  szopek satyrycznych, wspomnień i relacji, tworząc barwną mozaikę faktów, tekstów źródłowych, przypuszczeń i interpretacji. Pokaźną część materiału źródłowego tworzą oczywiście niezastąpione Słówka Boya-Żeleńskiego.

 

Nie tylko Kraków

W Legendzie i Prawdzie Zielonego Balonika pojawia się także skrócony kurs historii kabaretu w Europie i co nieco na temat dalszych losów twórców Balonika. Dodatkowo z kart tej monografii można wyczytać między wierszami wiele smaczków obyczajowych, dotyczących całej Galicji i życia codziennego. Przeczytałam tę książkę dwukrotnie, często zdarza mi się czytać jej fragmenty. Nieodmiennie jestem zafascynowana jej dbałością o szczegóły.

 

Na zakończenie anegdota:

Dzięki tej książce dotarłam na wspaniałą wystawę, Nie tylko Młoda Polska, którą organizowano całkiem niedawno w kamienicy Szołayskich.

Było to tak: w omawianej książce znalazłam czarno białe zdjęcia płótna z Paonu z 1898 roku (kawiarni, w której prym wiódł Stanisław Przybyszewski), na którym znajdowały się malowidła, rysunki i teksty bohemy artystycznej Krakowa. Płótno uważano za zaginione. Oczywiście ten temat nie dawał mi spokoju i pewnego dnia, po licznych poszukiwaniach, trafiłam na artykuł, który stwierdzał, że owo płótno znajduje się w magazynach Muzeum Polskiego w Krakowie. Po kolejnych poszukiwaniach trafiłam na reklamę wspomnianej wyżej wystawy. Ależ to była euforia.

Wystawa prezentowała twórców Młodej Polski, w tym także karykatury, obrazy i rysunki z Paonu i Zielonego Balonika. W sali im poświęconej spędziłam naprawdę dużo czasu, z nosem przyklejonym niemal do tych wszystkich grafik i płócien. Tak właśnie książka wpłynęła realnie na moje życie. A to tylko jeden przykład.