Archiwa tagu: kabaret

35 wspomnień na 35. Festiwal PAKA

35 paka

Choć już od kilku lat nie uczestniczę w organizacji festiwalu, nadal mam do niego sentyment. Te sześć lat, które spędziłam w PACE jako wolontariuszka, zapewniły mi wiele wspaniałych chwil i smaczków do kolekcji wspomnień. Właśnie zaczyna się się PAKA numer 35. Z tej okazji przytaczam 35 wspomnień i skojarzeń z PAKĄ. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

1. Labirynty Rotundy.

Dzięki PACE dowiedziałam się o wielu przejściach, drzwiach i bramkach, o których jako widz nie miałam zielonego pojęcia.

2. Kabaretowa.

To była kawiarnia! Zanim dołączyłam do pakowej ekipy, przychodziłam tam na kawę. Ot tak, z miłości do kabaretu, bo lubiłam to miejsce. A potem nadszedł czas legendarnych afterów i godziny spędzone na rozmowach przy oczekiwaniu na werdykt konkursowy.

3. Ludzie

Oczywiście rozmów by nie było, gdyby nie otaczali mnie wspaniali ludzie: z wolontariatu, z biura, z kabaretów. Z niektórymi mam kontakt do dzisiaj

5. Werdykty w małej sali Rotundy

Poprzedzone albo dzikimi imprezami, albo heroicznymi próbami dotrwania do rana. No i oczywiście słynne okrzyki: „Hańba!”, „Ujma!”, „Gdzie jest Macież?”, w trakcie ogłaszania werdyktu.

6. 25. PAKA

Moja pierwsza jubileuszowa PAKA, ale jeszcze „w cywilu”. Ależ mnie fascynowali ci wszyscy kabareciarze na korytarzach. After i nocną Kabaretową pamiętam do dzisiaj. Wszystko tonęło w mgiełce papierosowego dymu a my z przyjaciółką wyszłyśmy z Rotundy nad ranem.

7. Fascynacja

Coś, co utraciłam, a było mi dane na samym początku bycia w PACE, to kompletne, nieokiełznane zafascynowanie tym, że obok mnie właśnie przeszedł Jabbar, Grzegorz Halama, Góral, albo, daj Boże, Władysław Sikora. Już nie mówiąc o składzie Łowcy.B, Kabarecie Hrabi i mojej wczesnej miłości kabaretowej, Formacji Chatelet.

8. Kulisy kabaretowego przeglądu

Dzięki PACE po raz pierwszy mogłam zobaczyć, jak wygląda organizacja festiwalu kabaretowego od kuchni. To było bardzo ważne dla mnie doświadczenie. Od zawsze interesowało mnie, co dzieje się za tymi wszystkimi zamkniętymi drzwiami, gdzie widz nie ma dostępu.

9. Konkurs

Odkąd pamiętam w PACE najważniejszy był dla mnie etap konkursowy. Zawsze starałam się obejrzeć tyle pokazów konkursowych, ile tylko mogłam. Polecam. Tam zawsze zdarza się coś ciekawego.

10. 30 PAKA

30. PAKA obfitowała w świetne imprezy. Był przekrojowy kabareton, podsumowujący trzy dekady przeglądu i bal, po którym zostało mnóstwo kwiatów. I piękny plakat Ali Rzepy, mój ulubiony.

11. Telefon przy tyłku

Pamiętam, że specjalnie na PAKĘ zaopatrzyłam się w sukienki z kieszeniami, żeby zawsze mieć telefon przy sobie, choć postulat o tej tematyce, wystosowany do wolontariuszy i nie tylko, brzmiał bardziej dosadnie…

12. Kanapki

Nie macie pojęcia, jak potrafią smakować kanapki, uszczknięte w biegu z cateringu. Ratowały nam życie.

13. Biuro

Najbardziej lubiłam pierwsze biuro, w ciemnych zaułkach Rotundy, składające się z biura właściwego, oraz biura numer dwa, z bardzo pojemnym prysznicem, który służył za magazyn rzeczy wszelakich.

14. Pergola

Ach, ta nieustępliwa pergola, strzegąca przejścia na małą salę przed ciekawskim wzrokiem widza… A ja mogłam przez nią przechodzić kiedy tylko chciałam. Fajnie, nie?

15. Kanapa

Pamiętam jak nosiliśmy kanapę z biura na dole na scenę dużej sali Rotundy, bo miała zagrać w kolejnym epizodzie „Spadkobierców”.

16. Red Bull

Swój pierwszy napój energetyczny wypiłam właśnie w czasie PAKI, kiedy było już naprawdę źle z moją percepcją, a recepcja sama by się nie obsłużyła.

17. Rotunda piąta rano

Tak nazywaliśmy stan, w którym znajdowaliśmy się po kilku dniach festiwalu. Stan magiczny, graniczący z cudem, lub apokalipsą zombie.

18. Tańczący kabareciarze

To były widoki. Kilku nigdy nie zapomnę. Niby tylko zwykła dyskoteka, niepozorne after party, a piorunujące wrażenia zapewnione.

19. Zubi

Nie było PAKI bez Zubiego. Miło wspominam pogawędki z nim. No i zawsze przywoził ze sobą coś smacznego. Wszystkiego dobrego, Zubi!

20. Artur Andrus w przebraniu świnki.

Myślę, że tutaj komentarz jest zbędny 😉

21. Aaaaaaaa!

Ale skoro jesteśmy przy Arturze Andrusie, to pamiętam, że ja i moje koleżanki nie mogłyśmy sobie odmówić żywiołowej choreografii do pewnej piosenki o starym Tacie Turku, co miał 6 zaradnych córek.

22. Kabaret 7 minut Po

Nadal jest to mój ideał kabaretu klasycznego. Jeśli któryś kabaret musiałabym nazwać swoim ulubionym, to byłby nim właśnie ten. A objawił mi się właśnie na PACE, dokładnie 29. No, co prawda mógł i wcześniej, gdyby nie to, że pokaz z wcześniejszej PAKI przedrzemałam na balkonie.

23. Balkon

O właśnie, balkon Rotundy był w czasie PAKI cenny jak złoto. Miejsce na balkonie oznaczało potrzebną chwilę wytchnienia i odpoczynku. Choć czasem ten odpoczynek mógł zamienić się zbyt niebezpiecznie w relaks przechodzący w drzemkę. Nie zdarzało mi się to zbyt często, ale jednak.

24. Garderoby

Po raz pierwszy mogłam zobaczyć, jak wyglądają garderoby, a także uczestniczyć w ich przygotowaniu. Zobaczyłam też, jak wygląda wejście na scenę. To było super.

25. Pozytywne zmęczenie

Po festiwalu potrafiłam spać do popołudnia, a potem i tak jeszcze kilka dni dochodziłam do siebie, ale to było dobre zmęczenie.

26. Roll-upy

Trochę się tego naustawialiśmy. Ja to nawet zaczęłam nosić własne haczyki do niektórych sztuk, bo nie zawsze były one kompletne. Pamiętam zbiorową pracę nad rozwijaniem roll-upów i banerów.

27. Recepcja

Na recepcji spędziłam wiele godzin. Za ladą też działo się wiele. Przede wszystkim wciąż ktoś przychodził pytać o różne rzeczy: od programu, po żelazko.

28. Prasowanie ściany

Zdarzało się i tak. Ścianę (a właściwie materiał z nadrukiem rozwieszony na ścianie) z wielką miłością i starannością prasowała między innymi Aneta. Widok był niezapomniany. Good Job!

29. Pierwsze recenzje

Dzięki PACE po raz pierwszy zaczęłam szerzej publikować swoje recenzje z wydarzeń kabaretowych. Wcześniej też mi się to zdarzało, ale PAKA pomogła mi rozwinąć tę umiejętność.

30. Wzajemna pomoc i wsparcie

Często doświadczałam takich dobrowolnych aktów pomocy w różnych sytuacjach okołopakowych, najczęściej ze strony innych wolontariuszy, ale nie tylko. Może to nie jest bezpośrednio związane z festiwalem, ale pamiętam, że tak było. Drobne akty życzliwości mają naprawdę ogromną moc.

31. Tablica

Przy okazji 30. PAKI powstała tablica z nazwiskami osób, które w czasie tych trzech dekad były dla PAKI w jakiś sposób ważne. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam się tam również ja. To było naprawdę miłe.

32. Dyskusje kabaretowe

PAKA to godziny spędzone na rozmowach o kabarecie, często z zainteresowanymi.

33. Pizza

Pamiętam taką scenkę: siedzimy w drugim biurze PAKI (tak, tym z magazynem pod prysznicem) z kilkoma osobami, czekając na werdykt. Jest po północy. A przed nami leżą pudełka z pizzą. Nigdy mi tak pizza nie smakowała, jak w czasie PAKI.

34. Sen

Kiedy jakoś trzeba było dotrwać do gali, a wracać do miejsca noclegu już się nie opłacało, bo już było bardziej rano niż noc, spało się w każdym dostępnym miejscu. Ach te drzemki. Odkryłam, że spać można naprawdę wszędzie.

35. Pudło

Była sobie piosenka „Pudło” Kabaretu 7 minut Po. Było sobie ogromne pudło – mieszkanie Grzesia i jego rodzinki z piosenki. I było zwiedzanie. Tak. Widziałam jak mieszka Grześ od środka. Takie raczej M1.

Tutaj zamknę swoją listę, pokaźnych rozmiarów, choć pewnie jeszcze kilka punktów bym wydobyła z czeluści pamięci. Ach, wspomnienia! Bywało różnie, ale cieszę się, że byłam blisko przez te sześć lat.

A wszystkim miłośnikom kabaretu nieustannie polecam część konkursową PAKI – w tym roku 12 i 13 kwietnia w Nowohuckim Centrum Kultury.

PAULINA JARZĄBEK

Reklamy

Lektura na wakacje: Andrzej Janeczko, „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie”

Andrzej Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie, wyd. Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2017

Janeczko książka

Kończy się ostatni, deszczowy weekend tych wakacji. W moim mini cyklu o wakacyjnych lekturach chciałabym jeszcze wspomnieć o książce, której recenzję, autorstwa Andrzeja Domagalskiego, już publikowałyśmy gościnnie na naszym blogu. Tutaj więc nie będzie wyczerpującej recenzji, raczej spis kilku prywatnych wrażeń i przemyśleń. Ta pozycja wydaje mi się znakomicie spełniać wymogi książki odpowiedniej na wakacje, i nie tylko. Ja nie mogłam się oderwać.

Andrzej Janeczko napisał „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie” w sposób lekki i przyjemny w odbiorze, ujmując historię Kaczuch w serię anegdotycznych opowiastek. Jest o czym opowiadać. A do bohaterów tych historii natychmiast czuje się sympatię. Podoba mi się nie do końca linearne przedstawienie faktów, które przypomina snucie opowieści przy ognisku, a nie spisywaną punkt po punkcie, według ścisłego planu, biografię w encyklopedii.

Książka jest pięknie wydana, zawiera wiele czarno-białych zdjęć oraz ilustracji, w tym grafik wykonanych przez autora. Czyta się ja niemal jednym tchem, odkrywając z zadowoleniem kolejne smaczki. Dodatkowo książka zawiera nieco tekstów piosenek Trzeciego Oddechu Kaczuchy, co dla mnie stanowi wartość dodaną.

Co ciekawe, opowieści z życia prywatnego autora oraz Mai Piwońskiej czyta się z podobnym zainteresowaniem, jak wszystkie anegdoty związane ze sceną i kulisami. Teraz naprawdę muszę lepiej poznać twórczość Kaczuch. Dla mnie to raczej nietypowa kolejność bo zazwyczaj, zanim sięgnę po czyjeś zapiski kronikarskie, biograficzne itp., już bardzo dobrze (lub w zadowalającym mnie stopniu) znam twórczość ich bohatera. W przypadku Trzeciego Oddechu Kaczuchy znałam zaledwie kilka tytułów. Nic straconego – będę nadganiać te zaległości z przyjemnością.

Tym bardziej, że wraz z książką otrzymałam na stronie tytułowej przepiękną, osobistą dedykację, za co Panu Autorowi z całego serca dziękuję. Dzięki niej czytało mi się te opowieści życiowo-sceniczne jeszcze przyjemniej.

Polecam serdecznie. Znajdziecie tutaj wiele znajomych nazwisk, trochę realiów ze słusznie minionej epoki, liczne zwierzaki (przy)domowe, nieco sztuki graficznej i całe garście humoru, ale i powagi, tam gdzie trzeba. Książka spodoba się artystycznym duszom i wszystkim tym, którzy szukają swojej drogi w świecie sztuk scenicznych. Może nie sprzeda Wam złotego środka rozwiązującego wszystkie problemy, które na tej drodze spotkacie, ale pokaże Wam, że nawet jeśli natraficie na szlaban, zawsze można go jakoś obejść, by iść dalej. A przy tym jest po prostu barwną opowieścią o barwnych ludziach.

PAULINA JARZĄBEK

Radiowy standup [relacja/recenzja]

i tyle

KTO?

Kabaret I tyle

CO?

Kabaret „I tyle” idzie na solo

KIEDY?

21.05.2018 r., godz. 20:00

GDZIE?

LostBar

W miniony poniedziałek odbyło się wyjątkowe wydarzenie. Dziennikarze radia RMF FM wyszli na standupową scenę! Mało tego, że wyszli to jeszcze opowiadali śmieszne historie z życia wzięte. Dobrze się ich słuchało – co nie zaskakuje, wiadomo, przecież są znakomitymi dziennikarzami radiowymi, ale zaskakująco dobrze się na nich patrzyło, co nie było tak oczywiste. Nie mogło mnie zabraknąć na tej imprezie, tak więc prowadzona ludzką ciekawością zawitałam w progi LostBaru. Szłam bez żadnych oczekiwań, w głowie piętrzyły mi się tylko pytania: czy dadzą radę? Czy będą śmieszni? Czy uda im się wejść w ramy standupu? I najważniejsze: jak wyglądają?

Publiczność zgromadziła się dość tłumnie, jak na małą przestrzeń knajpy, co było dodatkowym atutem, stwarzając kameralną atmosferę.

Wieczór otworzył Wojtek Pięta, który od kilku lat występuje jako standuper. Miał za zadanie rozgrzać publiczność, m.in. swoimi monologami, w których opowiedział swoich historię oświadczyn, a także nawiązał interakcje z widownią. Ponadto by jeszcze bardziej zaktywizować publiczność wykorzystał popularne w improwizacjach gry rozgrzewające. Wojtka na scenie widziałam po raz pierwszy. Sprawiał wrażenie trochę nieprzygotowanego i momentami improwizującego, co dla jednych mogło być niezauważalne, mi odrobinę przeszkadzało.

Po Wojtku na scenie pojawił się Przemysław Skowron, który każdego ranka budzi nas słowami: „Wstawajcie, szkoda dnia!”. Opowiadał o pracy w radiu, zdradzając kilka radiowych tajemnic oraz o bardzo popularnym trendzie w dzisiejszych czasach, mianowicie byciu fit i chodzeniu na siłownię. Miał utrudnione zadanie, ponieważ występował jako pierwszy i lekki stres dało się odczuć, przynajmniej na początku, bo potem było już tylko lepiej.

Następnie przyszedł czas na Tomasza Olbratowskiego, który wywołuje u nas uśmiech, często w drodze do pracy, porannymi felietonami radiowymi. Nie zawiódł i tym razem. Monologiem o swoim wyglądzie, pokazał jak duży dystans ma do siebie, co jest ważną cechą wśród artystów kabaretowych. Poruszył także temat przekleństw w żartach. Uświadomił tym samym, że w niektórych sytuacjach konieczne jest użycie przekleństwa, by oddać panujące wówczas emocje. Mam bardzo podobne zdanie na ten temat.

Ponownie na scenie pojawił się Przemysław Skowron, który przybrał rolę trochę konferansjera, trochę tzw. „przerywnika”. Zabieg ten wprowadził, przynajmniej dla mnie, niewielki chaos. Rolę właśnie takiego „przerywnika” mógł przyjąć Wojtek Pięta, który rozpoczął ten wieczór. Skoro on otworzył ten wieczór, naturalną rzeczą było dla mnie to, że poprowadzi go do końca.

Kolejnym dziennikarzem, który zaprezentował się podczas tego wieczoru był Jacek Tomkowicz – specjalista do spraw piosenek tych nowych i tych ciut starszych. To on codziennie puszcza hity muzyczne, które umilają nam godziny spędzone w pracy. W swoim monologu poruszył temat krakowskiego smogu i ogólnie mówiąc show biznesu, w którym zawarł sporo pobocznych wątków. Mimo mnogości tych wątków, w jego wypowiedzi nie było chaosu, co może tylko oznaczać, że ma posiada bardzo cenną umiejętność płynnego przechodzenia z tematu na temat.

Przyszedł czas na ostatniego członka kabaretu „I tyle” – Roberta Karpowicza. To właśnie między innymi dzięki niemu, macie codziennie od 14:00 do 18:00 lepszą połowę dnia! W swoim monologu opowiedział między innymi o miejscowości z której pochodzi, o dzieciństwie, przechodząc do tematu wychowania swojego syna. Widać, że dobrze czuje się na scenie i ma tzw. „flow”, trzymając publiczność cały czas na najwyższych obrotach… śmiechu oczywiście. 😉

Ponownie na scenie pojawił się Tomasz Olbratowski, kontynuując wątek z poprzedniej części swojego monologu. Moim zdaniem nie był to dobry zabieg, ponieważ niepotrzebne jest robicie jednego, bardzo dobrego monologu na dwie części. Widz traci wtedy orientację, skupia się na tym, by przypomnieć sobie to co artysta mówił parę minut temu, tym samym nie skupiając się na tym co mówi teraz. Przez co widz automatycznie jest zdekoncentrowany. Niemniej jednak druga część monologu nie gorsza od pierwszej!

Debiut dziennikarzy radiowych w roli standuperów oceniam na dobry, nawet bardzo dobry. Ich dużym plusem jest to, że każdy z nich posiada swoją, odrębną tematykę, wokół której się porusza, a przede wszystkim, w której czuje się dobrze, co widać podczas występu. Każdy z nich jest inny na scenie, w wyrażaniu emocji, gestykulacji czy mimiki. I mimo tego, że kompletnie się od siebie różnią, razem tworzą całość, która wzajemnie się uzupełnia i idealnie ze sobą współgra. Widać, że darzą się sympatią nie tylko na antenie radia, ale także i poza nią. Posiadają także w sobie taki pierwiastek, że wychodzą i od razu dają się lubić. Emanują życzliwością i ciepłem, bez dwóch zdań. I najważniejsze bawią się tym, mają z tego przyjemność i radość, ale nie tylko oni, widzowie również. Wieczór zaliczam do jak najbardziej udanych, mimo tych paru niuansów, o których pisałam powyżej.

ANETA TABISZEWSKA

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XIV]: Krzysztof Jaroszyński

RETROSPEKTYWA

W ostatniej części cyklu – jejku jak to szybko zleciało! – rozmowa z członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, kabareciarzem, satyrykiem, tekściarzem oraz producentem telewizyjnym. Jako młody chłopak występował w kabarecie studenckim „Stodoła”, następnie przeszedł do kabaretu Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Był twórcą magazynu radiowego „60 minut na godzinę” w Programie Polskiego Radia, a także tworzył duet „Dwójka bez Sternika” wraz z Januszem Gajosem. Obecnie pisze teksty kabaretowe dla m.in.: Cezarego Pazury, Janusza Gajosa czy Piotra Fronczewskiego. O kim mowa? Oczywiście, że o Krzysztofie Jaroszyńskim! O czym opowie w wywiadzie – przeczytamy poniżej.

Krzysztof Jaroszyński: Przepraszam za spóźnienie…

Dziennikarki: Teraz każdy za coś przeprasza. Pan przeprasza za spóźnienie, „Przeprasza, że kabaret”, Zbigniew Bujak „Przeprasza za Solidarność”…

K. J: Tytuł mojej najnowszej książki „Przepraszam, że kabaret” nie ma nic wspólnego z tytułem rozliczeń pana Bujaka. Wpadłem na ten pomysł niezależnie i chyba wcześniej. A chciałem na stronie tytułowej przeprosić czytelnika za to, że zbiorem żartobliwych tekstów ośmielam się kwitować ostatnią dekadę – pełną poważnych, patetycznych i dramatycznych wydarzeń.

D: To chyba kokieteria. Przecież w dzisiejszych czasach tytuły codziennych gazet drwią jawnie z poważnych zjawisk naszego życia społeczno-politycznego. I wygląda na to, że publicyści zaczynają odbierać chleb satyrykom.

K. J.: Nie zawsze i nie dla wszystkich tzw. dziennikarze polityczni są wiarygodni. Ludzie zdezorientowani przez środki przekazu nie wiedzą, gdzie leży prawda. My satyrycy też często tego nie wiemy, ale nasza przewaga nad publicystami polega na tym, że jak dotąd nie utraciliśmy jeszcze społecznego zaufania, mówimy do ludzi nie tylko śmiesznym, ale i zrozumiałym językiem.

D.: Mówić zrozumiale, nie zawsze znaczy obiektywnie…

K. J.: Satyryk ma być obiektywny w tym sensie, że powinien reprezentować poglądy uczciwej i myślącej części społeczeństwa. Nie może zaś wysługiwać się elitom władzy, tylko krytycznie im się przyglądać. I tego oczekują od nas ludzie.

D.: Na ile nasza rzeczywistość jeszcze pana śmieszy, a na ile już przeraża?

K. J.: … Parę dni temu, 9 maja, w tak zwanym „Dniu Zwycięstwa” przez okno usłyszałem, jak na podwórku mała dziewczynka gra w klasy, skacząc i podśpiewując „O, Maryjo bądźże pozdrowiona”… Pomyślałem wtedy, że na pewno jest to dowód czyjegoś triumfu, tylko czy mam rzeczywiście powody, żeby się z tego cieszyć.

(…)

D.: … Wygląda na to, że należy pan do pokolenia, które zamyka poczet polskiego kabaretu, bo młodszych kontynuatorów gatunku brak.

K. J.: Przez ostatnich kilkanaście lat niszczono w młodzieży artystyczną inwencję. Na przykład skanalizowano zainteresowania młodzieży w muzyce rockowej. W ten sposób udało się wyeliminować kilka lub kilkanaście roczników potencjalnych twórców kabaretu.

D.: Ale dzięki temu pozycja „dinozaurów” polskiej estrady została niezachwiana.

K. J.: Co nie zmienia faktu, że dla nas, twórców, jest to sytuacja nienormalna, bo odcięta została możliwość sprawdzania się w konfrontacji z młodszymi. Nie zanosi się na to, by w nowych czasach narodził się spontanicznie i szybko młody kabaret. Młodzież jest zbyt niecierpliwa, a autorytet pieniądza wszechwładny; ażeby uzyskać w tym fachu status profesjonalisty, należy przez jakiś czas terminować jako amator.

Kolejny wywiad dwóch dziennikarek: Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, ale tym razem mniej chaotyczny niż poprzedni. Rozmowa utwierdza czytelników w przekonaniu, że satyra w latach 90. zajmowała ważne miejsce w świecie kabaretu. W dzisiejszych czasach proporcje między satyrykami, a tradycyjnymi kabaretami zostały nieco zamazane, stawiając ich na jednym poziomie.

ANETA TABISZEWSKA

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Jolanty Popielarz i Joanny Kawalec, Przepraszamy za wywiad, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

Krakowskie Ćwierćfinały 34. PAKI [recenzja]

Nowohuckie Centrum Kultury,  09.02.2018 r.

paka cwiercfinaly

No i proszę, dopiero co pisałam, że bardzo lubię konkursy, a już mi się ta opinia potwierdziła ponownie. To był bardzo udany wieczór, bardzo różnorodny formalnie i interesujący ze względu na obserwację przekroju tej gałęzi rynku rozrywkowego. No i widzów. Moje umiejscowienie na widowni było idealne: po jednej stronie miałam pana, który chyba nie znalazł się na sali z własnej woli, ale dzielnie dotrwał do końca. Po drugiej moją siostrę, która bawiła się znakomicie. Ciekawe zestawienie reakcji, przyznaję.

Co takiego mogliśmy więc zobaczyć na scenie, co powodowało tak skrajny odbiór u moich towarzyszy? Dwa kabarety, dwie grupy muzyczne i jeden stand-up. Już robi się interesująco. A nie wspomniałam jeszcze o znakomitym prowadzącym, rodowitym Hutasie, Adamie Grzance, który zaserwował nam rewię mody dresowej świata. Bez niego te ćwierćfinały wiele by straciły – nikt tak nie potrafi opowiadać o Nowej Hucie, jak Grzanka.

Zmagania konkursowe otworzył Kabaret Nasz. Od razu spodobała mi się forma tej grupy. Klasyczny kabaret z muzyką na żywo (serduszko za pianistę), z niezłymi piosenkami. Piosenki były rzeczywiście świetne. Pominęłabym może te wszystkie momenty z panami przebranymi za kobiety, bo przecież w zespole jest piękna koleżanka, która te role mogłaby z powodzeniem przejąć. Sam humor prezentowany przez Kabaret Nasz to już rzecz ściśle związana z gustem osobistym, niekoniecznie moim, choć było wiele momentów, w których szczerze się uśmiechnęłam. Natomiast aktorsko i formalnie Kabaret Nasz do mnie trafił. Myślę, że podobnie mogli prezentować swoją twórczość artyści kabaretów z początku XX wieku.

Dużą radość sprawił mi piosenkowy powrót Maćka Kwiatkowskie, którego w konkursie mogliśmy usłyszeć z grupą Kwiatkowski I Bank. Piosenki zawsze były mocną stroną tego krakusa z wyboru. Cieszę się, że znów możemy posłuchać jego autorskich wykonań. A słuchało się tego bardzo dobrze. Najbardziej lubię jednak głos Maćka w utworach lekko lirycznych, tych lżejszych muzycznie, w których muzyka stanowi tło dla wokalu. Podobała mi się zadziorna konferansjerka, łącząca całość w program, czasem nawet ocierając się o brawurę. Na pewno jest to warte uwagi zjawisko na scenie muzycznej i kabaretowej.

Kiedy po występie poprzedniego zespołu techniczni zaczęli znów rozstawiać instrumenty, pan obok mnie westchnął z przejęciem. Chyba nie spodziewał się takiej dawki muzycznych uniesień na tej imprezie (pozdrawiam pana serdecznie, był pan dzielny!). Nie było się czego obawiać! Zespół Inżynieria Środowiska z AGH wykonał szereg zabawnych i lekkich piosenek zabarwionych krakowskim smogiem i chemią, także miłosną, w duchu bieszczadzkich ballad. Podobało mi się i na tym stwierdzeniu poprzestanę. Dodam jeszcze, że zespół ów posiada w zespole wiadrowego, a więc i wiadro. Przydatna rzecz. I funkcja

Drugim kabaretem w konkursie był Kabaret Na Wynos. Dużo, głośno, kolorowo. Czasem w skeczach wionęło lekkim chaosem, ale ogólne wrażenia były bardzo pozytywne. Podobał mi się sposób, w jaki odgrywane były poszczególne role – lekko przerysowany, bardzo umowny. Grupa wizerunkowo jest bardzo spójna, nadal mam w pamięci powiewające szale w kolorach tęczy. Myślę, że po dopracowaniu szczegółów będzie to bardzo dobry program.

Pozytywnym zaskoczeniem okazała się dla mnie Magdalena Kubicka jako stand-uperka. Co prawda stand-up budzi we mnie mieszane uczucia, zasadniczo negatywne, ale fakt, Magda daje radę. Poza kilkoma hardcorami, które zresztą dobrze ograła, monologi były po prostu zabawne. To nadal nie moje klimaty, ale takiego stand-upu mogę słuchać bez obaw o swoje nerwy. Bawiłam się świetnie.

Żałuję, że nie będę mogła zobaczyć Półfinałów 34. PAKI, bo zapowiadają się naprawdę dobrze. Tym bardziej cieszę się, że mogłam obejrzeć krakowskie Ćwierćfinały. Wszystkim, którzy przeszli do dalszego etapu serdecznie gratuluję (listę zakwalifikowanych uczestników znajdziecie na stronie PAKI, o tutaj). I z zainteresowaniem będę czekać na wyniki zmagań półfinałowych. Do zobaczenie w konkursie głównym 34. PAKI!

PAULINA JARZĄBEK

Podróż sentymentalna z Formacją Chatelet [refleksja powystępowa]

Gramy dalej Chatelet

Niełatwo było mi napisać ten tekst, bo dużo w nim osobistych przemyśleń. A jak ja już zacznę nad czymś myśleć, to końca nie widać. Natomiast bardzo chciałam cokolwiek napisać po wieczorze z Formacją Chatelet, „Gramy dalej czyli 20-lecie kabaretu”, który miał miejsce 14 stycznia 2018 roku na Scenie Piast. I oto rezultat.

Na dobre i na złe

Kto mnie zna, wie, że kiedy zostaję czyjąś fanką, jest to związek na dobre i na złe (nigdy nie lubiłam słowa „fan”, ale nie wiem, czym mogłabym je zastąpić, niech więc będzie jak jest). Takich związków w moim życiu jest kilka, każdy związany z innym okresem mojego życia, z innymi emocjami itd. Część z nich przetrwała próbę czasu w stanie nienaruszonym, część, po radykalnej, choć stopniowej zmianie moich preferencji artystycznych, przeszła do sfery sentymentalnej. I właśnie tam trafiła moja fascynacja Formacją Chatelet.

Po latach znowu miałam okazję pójść na program Chateletów. I chociaż od bardzo dawna twórczość tego kabaretu znajduje się poza sferą moich zainteresowań, powodowana czystą sympatią i sentymentem, wybrałam się na chateletowy występ na Scenie Piast. To nie będzie recenzja tego wieczoru. To będzie przegląd towarzyszących mi emocji i garstki wspomnień związanych z Formacją.

Formacja Chatelet – moja pierwsza miłość

Formacja Chatelet to pierwszy kabaret, dla którego straciłam głowę. Wcześniej było jeszcze Ani Mru Mru, ale to taki bardziej przelotny flirt, w dodatku raczej telewizyjny – zostały miłe wspomnienia, ale esencja rozmyła się w czasie. Formacja to pierwsza grupa, którą oglądałam  na żywo, i to wracając wielokrotnie (gdzieś jeszcze mam bilety z tych grań). To też pierwszy kabaret, który wywarł na mnie ogromne wrażenie w przypadkowych spotkaniach pokoncertowych. Pierwsze, zdawkowe co prawda, ale jednak, wymiany zdań na korytarzach. Takie, które fan pamięta długo, a o których obiekt westchnień zapomina natychmiast, bo takich sytuacji ma na pęczki.  Życie. Ale każde takie spotkanie trafiało do kolekcji wspomnień.

Co mnie tak przyciągało do Formacji? Chyba te pokłady absurdu w skeczach i doskonały kontakt z publicznością. Poza tym w czasie, kiedy zaczęły się moje kabaretowe wojaże, Formację tworzyło trzech przystojnych panów, co stanowiło dodatkowy atut. Uwielbiałam sceniczny duet Dwóch Adamów. Do tej pory uważam, że ich konferansjerki były świetne. Uzupełniali się doskonale. Brakowało mi JerzykaPołońskiego w składzie, ale pojawił się Michał. Skecze znałam na pamięć. Potrafiłabym pewnie i dzisiaj zacytować całe fragmenty tekstów, nawet w kilku wersjach, bo przecież ulegały zmianom z różnych powodów.

Na pamięć znałam też wszystkie dostępne w sieci materiały filmowe. Każde nagranie z kabaretonu i wszystko, co udało mi się znaleźć o początkach grupy. Bo historię Formacji też miałam w małym palcu. Niewiele już teraz pamiętam, ale migają mi w pamięci urywki zdań i stare zdjęcia w pierwszych składach. To musiała być prawdziwa miłość.

Już wtedy co prawda pojawiały się elementy, które nie do końca szły w parze z moim gustem, ale bardzo długo uważałam Chateletów za swoją ulubioną grupę kabaretową, nawet jeśli nie ze wszystkimi działaniami scenicznymi się zgadzałam. Po drodze jednak przydarzył się kabaret Hrabi, a jeszcze później 7 minut Po, który do tej pory uważam za najlepszą współczesną grupę kabaretową. Zmiana moich preferencji wiązała się nie tylko ze zmianami stylistycznymi w Formacji, ale może  przede wszystkim z moją rosnącą fascynacją kabaretem historycznym i odkrywaniem klasycznej formy kabaretowej.

Spokojna rewolucja moich zainteresowań

Przez ostatnie dwa-trzy lata prawie nie oglądam kabaretu w telewizji. Monitoruję rynek, ale często nie wykraczam poza odczytanie składu wieczoru. Nie jestem w stanie oglądać kabaretu telewizyjnego. Po prostu męczy mnie taka forma. Niestety, dotyczy to także skeczów Formacji, ale kilka z nich obejrzałam przez ciekawość. I mimo wszystko twarze panów z Formacji wywołują u mnie szereg bardzo miłych wspomnień. Chatelet zawsze będzie miała w mojej pamięci swój kącik. Chyba całkiem przytulny.

Kiedy ze składu odszedł Adam Grzanka, przyznaję, że moje zainteresowanie grupą mocno osłabło, choć nadal co jakiś czas sprawdzam, co tam u nich słychać. Może to głupie, ale każde zawirowanie w grupie bolało mnie psychicznie. Chciałabym mimo wszystko, żeby ludziom, którzy tak wiele dla mnie znaczyli (i w sumie nadal znaczą) było po ludzku dobrze w życiu. Odkąd do zespołu dołączyła Barbara Tomkowiak, nie widziałam Formacji w programie na żywo ani raz – aż do występu w Piaście.

Formacja teraz

Idąc na występ mojej dawnej kabaretowej miłości nie miałam zbyt dużych oczekiwań. Może dlatego bawiłam się jednak dosyć dobrze. Co prawda najlepiej na półgodzinnym materiale archiwalnym, puszczanym przed właściwym koncertem. Przyznam jednak, że gdyby nie mój ogromny sentyment do tej grupy, obecnie nie zakupiłabym biletu na ten program. Mimo wszystko nie żałuję. Był to dla mnie naprawdę sympatyczny powrót do przeszłości. Może nawet jeszcze kiedyś go powtórzę, zwłaszcza, że towarzyszyła mi bratnia dusza, która jak nikt rozumie, jak wiele znaczył i wciąż jeszcze znaczy dla mnie ten kabaret.

Chociaż cały program nadal ma według mnie zbyt dużo aluzji erotycznych i nie wykorzystuje w pełni ogromnego potencjału, jaki drzemie w jego twórcach, z radością odkryłam w nim elementy dawnego absurdu. Ponadto nie wiem, czy sprawiła to obecność pani Basi, czy jakiś inny czynnik, ale mimo wszystko skecze, które zobaczyłam na żywo, wydają mi się dużo lepszymi wersjami od ich telewizyjnych odpowiedników.

Choć ogólnie taka stylistyka kabaretowa to już nie moja bajka, uważam, że wiele z tych scenek miało sporo mocnych momentów. Nie do końca trafiały do mnie wszystkie pointy, ale w kilku miejscach naprawdę szczerze się ubawiłam. Bardzo lubię skecz o castingu, myślę, że widać w nim potencjał aktorski Formacji. Do moich ulubionych fragmentów programu należy także skecz wigilijny z kotem-Adamem, który otrzymał przydział ze schroniska oraz inny koci motyw ze skeczu o taksówkarzu, w którym techniczny Ruski dał popis wspaniałej, nonszalanckiej gry za pomocą sznurka, kartonowego kota i autorskich efektów dźwiękowych. Za takie absurdalne motywy pokochałam dawną Formację i cieszę się, że podobne rozwiązania grupa stosuje także teraz.

Reasumując, dobrze było znowu zobaczyć znajome twarze, choć niełatwo ogląda się program nie do końca osadzony w ulubionej stylistyce. Dzisiaj nie sięgam po takie skecze zbyt często, bywa że w ogóle omijam taki humor. Zawsze jednak uważałam, że Formacja Chatelet to grupa z dużymi umiejętnościami, których w pełni nie wykorzystuje. Myślę, że zwłaszcza Adam Małczyk może nas jeszcze naprawdę pozytywnie zaskoczyć. Chętnie usłyszałabym także kilka klasycznych piosenek w wykonaniu Formacji, zwłaszcza, że Barbara Tomkowiak dysponuje naprawdę ładnym głosem, którego szkoda nie wykorzystać. Cieszę się również, że Michał Pałubski uwolnił się od postaci Bu-By, który zaczynał niebezpiecznie do niego przywierać, poważnie ograniczając jego sceniczne emploi.

Zobaczymy, co nam przyniesie chateletowa przyszłość. Bez względu na wszystko kącik w mojej pamięci wymościłam najlepszymi wspomnieniami i życzeniami szczęścia.

PAULINA JARZĄBEK

Kabaretowe podsumowanie roku 2017

Podsumowanie

Koniec roku to dobry moment na podsumowania. Rok 2017 obfitował w wiele wydarzeń kabaretowych. Jedne były bardziej udane i wyjątkowe, inne trochę mniej. Nastąpiło także kilka istotnych zmian w składach kabaretów. Zapraszam Was na moje kabaretowe podsumowanie  2017 roku.

Pierwszym wydarzeniem, które według mnie zasługuje na uwagę, jest 33. PAKA. Pierwszy raz w całości odbyła się w innym miejscu niż Rotunda. Konkurs Główny oraz towarzyszące mu wydarzenia odbywały się w Kinie Kijów, natomiast inne, mniejsze widowiska miały miejsce w klimatycznej Piwnicy Pod Baranami. 33. PAKA była dla mnie wyjątkowa nie tylko z powodu miejsca, ale także roli, jaką podczas Festiwalu pełniłam. Pierwszy raz byłam odpowiedzialna za pracę wspaniałego grona wolontariuszy, którzy dzielnie walczyli, aby wszystko się udało i… udało się w stu procentach. Oczywiście nie obyło się bez małych wpadek, ale razem daliśmy radę. 😉 Gwiazdy Bez Przesady również nie mogło zabraknąć podczas Festiwalu – wcieliła się tym razem w rolę asystentki swojego scenicznego Tatusia – Tomasza Jachimka. Jak przystało na Najjaśniejszą Gwiazdę Kabaretu, lśniła na scenie niczym Syriusz (najjaśniejsza gwiazda na niebie). Relację z tego wydarzenia mogliście czytać na naszym blogu, a jeśli chcecie je sobie przypomnieć, kliknijcie tu i tu.

Kolejnym wydarzeniem, które pozostanie w mojej pamięci na długo i trochę wiąże się z poprzednim, jest pierwsza edycja Młodszej PAKI, która odbyła się w Miejskim Ośrodku Kultury w Jarosławiu. Przegląd, w którym zaprezentowała się młodzież z województwa podkarpackiego, wywarł na mnie olbrzymie wrażenie z powodu liczby utalentowanych, młodych osób na scenie i bardzo wysokiego poziomu konkursu. Również podczas tej imprezy artystycznej miałam swoje zadanie – pierwszy raz w roli jurora to nie lada wyzwanie. 😉 Relacja z tego wydarzenia do przypomnienia tutaj.

Następnym eventem, zasługującym moim zdaniem na wspomnienie, jest 19. Mazurska Noc Kabaretowa, w której uczestniczyłam po raz pierwszy, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Wspaniałe kabaretowe wydarzenie! Niesamowita atmosfera i miejsce – Amfiteatr w Mrągowie – miejsce magiczne, a miejscowość idealna na wakacje. Dzięki niemu zakochałam się w Mazurach. A i nawet tam nie obeszło się bez specjalnego zadania dla mnie – przez chwilę mogliście mnie zobaczyć na szklanym ekranie. Tak, ta kabaretowa impreza lata z pewnością zagości na długo w moim sercu. Na naszym blogu również pojawiła się relacja z tego koncertu: klik.

IMPROFEST i w sumie tyle by wystarczyło. Największy Festiwal Improwizacji w Polsce. Dotąd odbywający się w CK Rotunda, a w tym roku w Klubie Studio. Całkiem odnowione miejsce zrodziło nowe wyzwania, jednak i z tym poradziliśmy sobie śpiewająco. Utwierdziły nas w tym brawa od widowni oraz pochwały od występujących i Organizatorów. Zdecydowanie hitem tego wydarzenia była piosenka rozpoczynająca Festiwal: dwóch Michałów z Grupy AD HOC przybrało postać różowych królików, z których pod koniec piosenki wydobyli się dwaj eleganccy gentlemani, jak przystało na gospodarzy wieczoru. Oczywiście, nie mogło być inaczej, także i podczas tego wydarzenia znalazłam sobie specjalne zadanie – wcieliłam się w rasową instagramową dziennikarkę, relacjonując na Instastory PAKI zakulisowe smaczki. Zbiorowa relacja z tego wydarzenia jest tutaj.

Ostatnim Festiwalem, który zasłużył sobie na wyróżnienie w moim zestawieniu, jest Rybnicka Jesień Kabaretowa. Kolejne bardzo dobrze zorganizowane i przemyślane wydarzenie kabaretowe. Atmosfera podczas Festiwalu, jak i również podczas afterów, jest niesamowita. Byłam pierwszy raz na tego typu przeglądzie, przypuszczałam, że jest na nim fantastycznie, ale że aż tak?! Tego się nie spodziewałam… I również podczas tego eventu wcieliłam się w rolę… zwykłego gościa. A co? Myśleliście, że Tajnego Jurora? Dla mnie to daleka droga, ale może Gwiazda Bez Przesady by się skusiła? 😉

I tak ten rok upłynął mi pod znakiem wielu festiwali kabaretowych, jak i również na indywidualnych występach kabaretowych.

Chciałabym jeszcze nakreślić zmiany, jakie zaszły w przeciągu tego roku w świecie kabaretu, a zaszło ich dość sporo. Oto te najbardziej zauważalne.

Kabaret Czesuaf zasilił kobiecy pierwiastek w postaci Olgi Łasak. W  Kabarecie Trzecia Strona Medalu również nastąpiły zmiany – z zespołu odszedł w październiku Krzysztof Jasiewicz, którego zastąpił Łukasz Adamus, natomiast z końcem roku z grupą pożegnał się gitarzysta, Marcin Lis. Ponadto Kabaret Paranienormalni postanowił zakończyć wspólną działalność kabaretową, jednak członków grupy wciąż będzie można oglądać na scenach, lecz w solowych numerach. Zostańmy jeszcze przez chwilę w temacie pożegnań i rozstań – Artur Andrus po wieloletniej współpracy z Radiową Trójką postanowił odejść ze stacji.

Zakończę to podsumowanie pozytywnym akcentem: Kabaret Kałasznikof po dłuższej przerwie postanowił wrócić na kabaretową scenę z nowym składem – Beata Kabzińska i Łukasz Zaczek – oraz nowym programem, „Charaktery”, którego premiera odbyła się 10 grudnia 2017 roku. Ponadto zawiązał się nowy duet w postaci Ewy Błachnio i Łukasza Kaczmarczyka (Kabaret Młodych Panów), którzy dosłownie „wykosili” konkurencję podczas tegorocznego Ryjka, zdobywając nagrodę Tajnego Jurora oraz nagrodę publiczności. Oprócz tego rok 2017 był rokiem Jubileuszów. 15-lecie istnienia kabaretu świętowali chłopaki ze Smile’ów, natomiast 10-lecie istnienia Kabaret Nowaki.

Rok 2017 był bogaty w wydarzenia kabaretowe, w których z przyjemnością uczestniczyłam i po których zostaną mi wspomnienia do końca życia. Życzyłabym i sobie, i Wam, aby Nowy Rok 2018 był równie obfity w imprezy kabaretowe, bo cóż innego nam pozostaje, jak tylko cieszyć się życiem i z życia! 🙂

 

ANETA TABISZEWSKA