Archiwa tagu: Cabaret

Cabaret: docieramy do źródeł definicji

KABARET

Ostatnio znowu zaczynam myśleć o definicji kabaretu. I chociaż nadal uważam, że przy dzisiejszym jego obszernym traktowaniu najlepiej sprawdzi się nieskończona definicja opisowa, to postanowiłam bliżej przyjrzeć się francuskim źródłom tej nazwy. Co prawda nie mam na to całych miesięcy, bo może byłoby najciekawiej przekopać się przez tomy słowników różnego rodzaju, ale zajrzałam przynajmniej do jednego z najbardziej znanych słowników francuskojęzycznych.

Definicje podstawowe

Internetowa wersja Larousse’a wymienia trzy definicje słowa cabaret:

1) „Vieux. Débit de boissons, estaminet”.

Przełożone na nasze to mniej więcej: „Przestarzale. Punkt sprzedaży alkoholu, knajpa”, czyli to znaczenie od którego klasycznie wyprowadza się nazwę „kabaret”. Określenie w tym kontekście pewnie już nie używane, skoro uznane za dawne, czy przestarzałe.

2) „Établissement de spectacles dont les programmes comportent des tours de chant, des numéros et des revues”.

„Miejsce spektakli, w których program składa się z cykli piosenek, numerów i rewii”, czyli znaczenie, które pojawiło się mniej więcej pod koniec XIX wieku, a szczególnego znaczenie nabrało wraz z wysypem podobnych przybytków w Europie, choć zapewne przejście od „knajpy” do „knajpy z programem” nastąpiło raczej płynnie.

Powiedziałabym, że u nas i to znaczenie jest już lekko przestarzałe, choć nie do końca, bo przecież jeszcze są miejsca, które te warunki spełniają.

3) „Petite table à plateau creux ou coffret contenant un service à liqueur”.

Tego znaczenie nie znałam, a chodzi o mały stolik, podstawkę, tackę, odkryte, lub zakryte, w których przechowuje się zestaw do likieru: kieliszki, karafkę itp. I tej definicji z naszym rodzimym kabaretem już połączyć nie potrafię. No, chyba że przez sam fakt obecności alkoholu.

Jak widać, żadne z tych znaczeń nie mówi o konkretnej grupie artystycznej, zajmującej się satyrą czy rozśmieszaniem, ale o różnicach w postrzeganiu kabaretu na świecie już pisałam, więc nie będę się tutaj nad tym rozwodzić (chętnych odsyłam do artykułów: część 1 i część 2). Przejdźmy dalej.

Ciekawostki

Pochodzenie słowa „cabaret” w języku francuskim przypisuje się dawnemu językowi niderlandzkiemu, w którym oznaczało ono „oberżę”, ze starego pikardyjskiego „camberete”, czyli „mały pokój”, co w sumie również nieźle oddaje charakter pierwszych małych ciasnych kabaretów.

Wgłębiając się w dalszą część hasła „cabaret” w Larousse’ie, odkryłam takie oto wyrażenia z udziałem tego słowa: „Cabaret des oiseaux” i „Pilier de cabaret”.

„Cabaret des oiseaux” przetłumaczymy jako „Ptasi kabaret”. Poetycko, prawda? To roślina, której inna nazwa po francusku brzmi „Cardère sauvage”, czyli nadal dość ładnie. Być może nazwa „Ptasi kabaret” pochodzi od tego, że liście owej rośliny w czasie deszczu gromadzą u swej nasady wodę. Są więc naturalnym wodopojem dla drobnego ptactwa. A jak jeszcze podtopią się tam różne insekty, to i przegryzki nie brakuje! A po polsku roślina znana jest pod zupełnie niepoetycką nazwą – „Szczeć pospolita”. Jakby przejechać igłą po tablicy, brrrr.

Pilier de cabaret” to zaś po prostu zwykły, klasyczny pijak. Samo słowo „pilier” oznacza kolumnę, filar, słup, więc zapewne chodzi o delikwentów całymi dniami przesiadujących w knajpach, „podpierających” w nich ściany. Jest także określenie „pilier de bar”, które oznacza bywalca barów, możemy zatem wnioskować po konstrukcji, że inaczej powiedzielibyśmy właśnie „bywalec kabaretów”, w domyśle „pijak”.

 

Tak sobie myślę, że obecnie nasz „kabaret” wyszedł daleko poza te francuskie definicje (czasem to dobrze, czasem – niekoniecznie). Trochę się pozmieniało. Teraz oglądamy kabaret w telewizji, w teatrze, w filharmonii, w czasie festiwali i przeglądów. Jakościowo bywa różnie, ale gdybym miała z tego wszystkiego wyciągnąć wspólny mianownik, to chyba chodzi o bycie razem i wspólną zabawę. Może niekoniecznie zawsze przy alkoholu.

PAULINA JARZĄBEK

Estrady wyobraźni. Najsłynniejsze, nieistniejące kabarety

Po moich ostatnich wycieczkach kabaretoznawczych (dotyczących kabaretu na świecie: część 1 i część 2) nabrałam apetytu na poszukiwania. Tym razem w sferze wyobraźni. Poniżej wybór  najsłynniejszych, nieistniejących kabaretów.

estrady-wyobrazni

Der Blaue Engel – Błękitny Anioł

Berliński kabaret, gdzie królowała uwodzicielska Lola Lola. Pojawił się w filmie z 1930 roku, o tym samym tytule, w  którym Marlena Dietrich po raz pierwszy zagrała tak dużą rolę, dzisiaj już kultową. Film oparto na powieści Henryka Manna, Profesor Unrat.

W kabarecie tym występowały tzw. girlsy, skąpo odziane, tańczące i śpiewające, była tam także klaunada czy występy magiczne. Myślę, że można go zaliczyć do tingel-tangli. Najbardziej znaną piosenką z filmu jest Falling in love again, która uczyniła Dietrich prawdziwą gwiazdą.

Kit Kat Klub

Ten lokal znają chyba wszyscy, dzięki musicalowi i filmowi Cabaret. Adaptacje wzorowano na noweli Christophera Isherwooda, Pożegnanie z Berlinem (1939).

Kit Kat Klub to wybuch śmiechu skierowany przeciw narastającemu w Niemczech nazizmowi. Jego gwiazdą jest, malująca paznokcie na zielono (co było szczytem ekscentryzmu), Sally Bowles,  grana przez Lizę Minnelli, a Mistrzem Ceremonii postać kreowana przez Joela Greya. To stamtąd wiemy, że „życie kabaretem jest”.

Obecnie w Berlinie działa Kit-KatClub, założony przez gwiazdora przemysłu pornograficznego. Zainspirował go odważny i frywolny charakter filmowego kabaretu.

Rick’s Café Américain

Kabaret w marokańskiej Casablance. I kolejna produkcja filmowa, która okazała się światowym hitem. Nietrudno się domyślić, że chodzi o film Casablanca, z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman.

Akcja zaczyna się w 1941 roku, kiedy Amerykanin, Rick Blaine, zakłada w Casablance klub nocny, Rick’s Café Américain. W tym miejscu stykają się przedstawiciele różnych krajów i poglądów: oficjele niemieccy, Francuzi z Vichy, uchodźcy, którzy pragną dostać się do Ameryki. Nie będę streszczać całej treści filmu, ale ten skład to dość, by stworzyć wciągającą fabułę. Dodajmy do tego romans i rozterki wewnętrzne  bohaterów,  okraszone słynnym „Zagraj to jeszcze raz, Sam”, które Woody Allen wykorzystał jako tytuł filmu zawierającego odniesienia do Casablanki.

W Casablance istnieje dzisiaj miejsce odtworzone w 2004 roku według tego filmowego. Nazywa się Rick’s Cafe Casablanca.

Czerwony Młyn

W polskim filmie, Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy, z Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej, pojawia się międzywojenny kabaret rewiowy Czerwony Młyn, inspirowany wyraźnie paryskim Moulin Rouge. Nie do końca wiem,  czy taki kabaret istniał naprawdę, nie przypominam sobie, żebym na niego trafiła w opracowaniach, które czytałam, natomiast jego przedstawienie w filmie jest bardzo wiarygodne. Mogło tak być.

Kabaret wystawiał rewie muzyczne, których scenariusze czerpały z aktualnych spraw warszawskiego światka.  Czerwony Młyn był bliski bankructwa (co było wśród kabaretowych scenek powszechne), więc z radością powitał nowego dyrektora, Freda Kampinosa, który pragnął w niego zainwestować. Możemy więc obserwować, jak powstaje rewia kabaretowa, od pomysłu do premiery. Girlsy, pióra, schody, blichtr, piosenki i dużo beztroskiego humoru.

Kabaret Biedronka

Na deser mały kabarecik, o którym pisałam w swojej pracy licencjackiej, więc po prostu wrzucę tutaj ten fragment tekstu, z drobnymi przeróbkami:

„W  filmie Dr Jekyll i Mr Hyde według Wytwórni A’YoY pojawia się także wątek, który można nazwać autotematycznym. Mam na myśli sekwencję scen prezentującą kabaret „Biedronka”, którego pierwowzorem mógłby być paryski „Chat Noir”, monachijski „Jedenastu Katów”, czy polskie „Qui pro Quo” i „Jama Michalika”. [P. J: Teraz myślę, że  może nawet bardziej objazdowy freak show.]

W szerszym kontekście można natomiast odczytać te ujęcia jako autoironiczne spojrzenie artystów kabaretowych, zaangażowanych w produkcję tego obrazu, na sztukę rozśmieszania, z którą mają do czynienia na co dzień. Wyraźnie czytelna jest tutaj formuła starego, przedwojennego kabaretu europejskiego, pomimo, że została ukazana w krzywym zwierciadle komedii. Codzienne widowisko w „Biedronce” prowadzi konferansjer (w tej roli prawdziwy konferansjer współczesnego kabaretu – Artur Andrus), a składa się ono z krótkich scenek komicznych (jak ta w wykonaniu skarpetkowych pacynek animowanych przez nieudolnego brzuchomówcę granego przez Adama Małczyka), piosenek (autotematyczne utwory Madame Lolity [Joanna Kołaczkowska] –  lokalnej gwiazdy) i występów estradowych „ciekawych ludzi”, takich jak turecki artysta Janusz (Artur Walaszek), tańczący z nożami Chacza-Turian (Znany Wojtek Kamiński), czy Kobieta-Zając-Puzon (Agnieszka Litwin-Sobańska). Stali bywalcy wyrażają swoje emocje rzucając w występujących pomidorami.

Jedyną artystką budząca szczery podziw publiczności jest Madame Lolita – długowłosa piękność bardzo wrażliwa na krytykę.  Cała sekwencja „kabaretowych” scen wydaje się być parodią sztuki estradowej, zwłaszcza w świetle wykonywanych przez Madame Lolitę  pieśni. Śpiewa ona m.in.: „Jestem tak piękna jak róża/ co z pączka się wynurza/ jestem jak mała stokrotka/ tak słodka”, a ten „porywający” tekst wzbogaca niewyszukaną choreografią. Po uprowadzeniu przez Hyde’a dokonuje refleksji nad swoim życiem artystycznym i postanawia poszerzyć repertuar: „Puść – człowieku z La Manchy/ Puść – czy ci nie wystarczy/ Zła, co czai się w tobie/ Puść – jeśliś ty człowiek”. To z kolei może być odniesienie do patetycznej piosenki aktorskiej.”

Koniec cytatu. Tak mniej więcej wyglądają wieczory w Biedronce. Akcja filmu dzieje się w Londynie, więc mamy tutaj kabaret angielski w polskim stylu. Ciekawa jestem, jak Biedronka poradziłaby sobie teraz na polskiej estradzie.  Możliwe, że całkiem nieźle.

 PAULINA JARZĄBEK