Archiwum kategorii: Książka

Lektura na wakacje: Andrzej Janeczko, „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie”

Andrzej Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie, wyd. Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2017

Janeczko książka

Kończy się ostatni, deszczowy weekend tych wakacji. W moim mini cyklu o wakacyjnych lekturach chciałabym jeszcze wspomnieć o książce, której recenzję, autorstwa Andrzeja Domagalskiego, już publikowałyśmy gościnnie na naszym blogu. Tutaj więc nie będzie wyczerpującej recenzji, raczej spis kilku prywatnych wrażeń i przemyśleń. Ta pozycja wydaje mi się znakomicie spełniać wymogi książki odpowiedniej na wakacje, i nie tylko. Ja nie mogłam się oderwać.

Andrzej Janeczko napisał „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie” w sposób lekki i przyjemny w odbiorze, ujmując historię Kaczuch w serię anegdotycznych opowiastek. Jest o czym opowiadać. A do bohaterów tych historii natychmiast czuje się sympatię. Podoba mi się nie do końca linearne przedstawienie faktów, które przypomina snucie opowieści przy ognisku, a nie spisywaną punkt po punkcie, według ścisłego planu, biografię w encyklopedii.

Książka jest pięknie wydana, zawiera wiele czarno-białych zdjęć oraz ilustracji, w tym grafik wykonanych przez autora. Czyta się ja niemal jednym tchem, odkrywając z zadowoleniem kolejne smaczki. Dodatkowo książka zawiera nieco tekstów piosenek Trzeciego Oddechu Kaczuchy, co dla mnie stanowi wartość dodaną.

Co ciekawe, opowieści z życia prywatnego autora oraz Mai Piwońskiej czyta się z podobnym zainteresowaniem, jak wszystkie anegdoty związane ze sceną i kulisami. Teraz naprawdę muszę lepiej poznać twórczość Kaczuch. Dla mnie to raczej nietypowa kolejność bo zazwyczaj, zanim sięgnę po czyjeś zapiski kronikarskie, biograficzne itp., już bardzo dobrze (lub w zadowalającym mnie stopniu) znam twórczość ich bohatera. W przypadku Trzeciego Oddechu Kaczuchy znałam zaledwie kilka tytułów. Nic straconego – będę nadganiać te zaległości z przyjemnością.

Tym bardziej, że wraz z książką otrzymałam na stronie tytułowej przepiękną, osobistą dedykację, za co Panu Autorowi z całego serca dziękuję. Dzięki niej czytało mi się te opowieści życiowo-sceniczne jeszcze przyjemniej.

Polecam serdecznie. Znajdziecie tutaj wiele znajomych nazwisk, trochę realiów ze słusznie minionej epoki, liczne zwierzaki (przy)domowe, nieco sztuki graficznej i całe garście humoru, ale i powagi, tam gdzie trzeba. Książka spodoba się artystycznym duszom i wszystkim tym, którzy szukają swojej drogi w świecie sztuk scenicznych. Może nie sprzeda Wam złotego środka rozwiązującego wszystkie problemy, które na tej drodze spotkacie, ale pokaże Wam, że nawet jeśli natraficie na szlaban, zawsze można go jakoś obejść, by iść dalej. A przy tym jest po prostu barwną opowieścią o barwnych ludziach.

PAULINA JARZĄBEK

Reklamy

Lektura na wakacje: Tadeusz Żeleński, „Reflektorem w mrok”

Tadeusz Żeleński (Boy), Reflektorem w mrok, Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985.

reflektorem w mrok.jpg

Najpierw deszcze niespokojne, teraz upały – tyle okazji do sam na sam z książką! Korzystajcie! Wśród książek, do których lubię wracać, znajduje się zbiór felietonów Boya, „Reflektorem w mrok”. Moje wydanie pochodzi z 1985 roku, ma pożółkłe kartki i zalicza się do grona książkowych „cegieł”. Jest także jedną z najprzyjemniejszych w odbiorze książek, jakie miałam w swoich rękach.

Jeśli lubicie czytać biografie i książki dokumentalne, w tym tomie znajdziecie wiele dla siebie. Teksty Tadeusza Żeleńskiego są pisane pięknym językiem, pełne humorystycznych anegdot o świecie dawnej, krakowskiej (i nie tylko) bohemy, przemyśleń na temat kultury i społeczeństwa sprzed wieku i tego wszystkiego, co stanowiło pożywkę dla publicystów i satyryków z tamtych lat. Znajdziecie tutaj plotki, półprawdy i całe prawdy o dawnym Krakowie, Zielonym Baloniku, teatrze, salonach, dziennikach, artystach i wydarzeniach, z zastrzeżeniem, że nie zawsze wiadomo, do której kategorii można zaliczyć wpis Boya.

Sama czytałam ten zbiór już kilka razy i na pewno jeszcze do niego wrócę. Choć każdą z 650 stron wypełnia drobny druk, pozbawiony ilustracji, nie przeszkadza mi to w wyświetlaniu sobie w wyobraźni całych filmów, opartych na tych tekstach. Zwłaszcza, że Boy pisze plastycznie, obrazowo i tak, że czytelnik odnosi wrażenie dotykania mebli Wyspiańskiego, wdychania dymu cygar w kawiarni i stąpania po nierównym bruku.

Zanim sięgnie się po znane wszystkim „Słówka”, dobrze jest zanurzyć się na chwilę w tym świecie widzianym oczami Boya-prozaika, publicysty i kronikarza. „Reflektorem w mrok” to świetny pomysł na letni wypoczynek z książką. Znajdziecie tutaj sprawy poważne i mniej poważne, lekkie i wagi ciężkiej, a wszystko to spisane sprawnie i w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury aż do ostatnich stron.

PAULINA JARZĄBEK

Lektura na wakacje: Jeremi Przybora, „Piosenki prawie wszystkie” [recenzja]

Jeremi Przybora, Piosenki prawie wszystkie, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2005.

Jeremi Przybora - Piosenki prawie wszystkie

Wakacyjne lektury kojarzą się zazwyczaj z powieścią kryminalną albo lekkim romansem. A ja mam dla Was inną propozycję: tomik (a raczej tomiszcze) poetyckich tekstów piosenek Jeremiego Przybory.

Jeremi Przybora pisał pięknie i dowcipnie, czasem lżej, czasem poważniej, zawsze jednak wspaniałą polszczyzną, pełną gier słownych i niespodziewanych rymów. Wyłaniający się z jego tekstów świat, to świat fraków, dam, hrabin, ale i tanich drani, trupów w szafie czy na swój sposób uroczych upiorów.

To teksty, które kreują własną rzeczywistość, istnieją poza czasem i przestrzenią. Są uniwersalne, bo mówią o tym, co wspólne dla wszystkich epok, choć nie brakuje w nich aluzji do czasów, w których powstawały. Rozbawiają i wzruszają po równo – do łez.

Ich bohaterami są pewne typy ludzkie, stworzone na potrzeby tych właśnie małych fabułek, zamkniętych w formie piosenki. To daje nam dziesiątki mini historii w liryczno-zadziornej stylistyce.

W tym zbiorze znajdziecie teksty znane m.in. z Kabaretu Starszych Panów oraz te mniej popularne, pisane w różnych okresach i przy różnych okazjach. Poza piosenkami takimi jak „Jesienna dziewczyna”, „W kawiarence Sułtan”, „Ząb zupa dąb” czy „Przeklnij mnie!” książka ta zawiera więc także na przykład teksty z musicalu „Piotruś Pan” czy pisane dla Teatru Niedużego. Ten cały piękny, bogaty świat słów czeka tylko na to, abyście po niego sięgnęli i, strona za stroną, odkrywali wszystkie jego niuanse.

A ubawić można się przy tym wspaniale, zwłaszcza, gdy w pamięci szumią jeszcze znane melodie i majaczą czarno-białe obrazki z telewizyjnych realizacji. Jest co zwiedzać wśród tych tych poetyckich pejzaży, zabarwionych odrobiną ciepłego humoru, a czasem wybrzmiewających nieco ostrzejszym i przaśniejszym tonem. Lektura idealna na lato. I na każdy dowolny okres roku.

PAULINA JARZĄBEK

„Gupik ma szczęście”, czyli wiersze dla dzieci Tomka Nowaczyka [recenzja]

Tomek Nowaczyk, Gupik ma szczęście, il. Marcin Skoczek, wyd. BOOKflow, Poznań 2015.

Gupikmaszczęście

1 czerwca będziemy świętować Dzień Dziecka. Jeśli szukacie prezentu, który rozwija wyobraźnię, przyciąga uwagę i równocześnie powoduje ciągłe rozbawienie, pomyślcie o książce. Konkretnie o książce z wierszami Tomka Nowaczyka, „Gupik ma szczęście”.

Sama kupiłam ją kilka miesięcy temu – żałuję, że nie od razu po premierze. I nie, nie zamierzam nią obdarowywać żadnego dziecka, zachowam ten egzemplarz dla siebie. Też lubię dobrze zrymowane wiersze, choćby i dla dzieci. Chętnie natomiast kupię kiedyś kolejną sztukę na prezent dla kogoś  innego.

Wierszom towarzyszą zabawne ilustracje Marcina Skoczka, razem z nimi tworząc barwną całość, której odbiór to prawdziwa przyjemność. Pamiętam taką serię książeczek dla dzieci z mojego dzieciństwa, „Poczytaj mi, mamo” – teraz chyba wznowioną w innych wydaniach. Zawsze mnie do nich mocno ciągnęło. Zresztą nie tylko do nich. Książkom zawsze trudno było się oprzeć i zazwyczaj rozsądek przegrywał z argumentem „Jeszcze tylko kilka stron i kończę”. Cóż, wierszy Tomka Nowaczyka nie odłożyłam, aż skończyłam. Nie byłam w stanie się od  nich oderwać.

Bardzo podobają mi się te wierszowane historyjki fauny i flory, z mniej lub bardziej poważnymi morałami. Uśmiechałam się przy każdej zwrotce. Oczywiście moim ulubionym wierszem jest ten o biedronce, nie mogło być inaczej – jak tak dalej pójdzie, cała moja garderoba będzie w grochy i kropki. Znajdziemy tu również opowieść o łosiu cykliście, misiowym śnie zimowym, gruboskórnym grejpfrucie, czy o tytułowym gupiku.

Wspaniałe są te wszystkie zabawy z polskimi porzekadłami, gry słów i własne interpretacje różnych zjawisk. Inteligentne rymowanki, pełne humoru i zabawnego komentarza do rzeczywistości tworzą razem barwny, literacki świat, niezwykle plastyczny, także dzięki ilustracjom Marcina Skoczka.

Książka jest pięknie wydana na dobrej jakości papierze, w twardej oprawie, szyta (!) i klejona, ilustracje mają soczyste, nasycone kolory i obecnie jest jedną z najładniejszych książek na moich półkach. Polecam serdecznie, małym i dużym.

PAULINA JARZĄBEK

Antykwariat z recenzjami: Wspomnienia Klowna. Din-Don (Edward Manc)

Edward Manc, Zbigniew Adrjański, Wspomnienia Klowna. Din-Don, Czytelnik, Warszawa 1961.

Wspomnienia klowna.png

W kąciku z książkami wydanymi kilka dekad wcześniej, dzisiaj mam dla Was niewielką książeczkę ze wspomnieniami Edwarda Manca, znanego jako klaun Din-Don. Wspomnienia te zebrał Zbigniew Adrjański. Wiem, że cyrk to nie kabaret. Jednak czytając tę książkę, którą udostępnił mi zresztą inny klaun, Klaun Feliks, czyli Andrzej Talkowski (dziękuję!) odniosłam wrażenie, że przedwojenna sztuka estradowa i cyrkowa miały ze sobą wiele wspólnego.

Klown Din-Don

„Panie i Panowie!

Jestem klownem… Jestem klownem niejako z urodzenia, profesji oraz zamiłowania. Moim dziadem był dyrektor wędrownego cyrku, matką tancerka na linie i akrobatka, ojcem zaś słynny ongiś „ryży klown”, znany P. T. Publiczności wszystkich cyrków Europy i Azji”.

Tak zaczyna się opowieść o życiu Klauna Din-Dona, znanego polskiego „białego klowna”. Bo trzeba Wam wiedzieć, że klaunada dzieliła się na kilka specjalizacji. Byli klauni repryzowy, którzy występowali w przerwach pokazów jeździeckich, klauni dywanowi, którzy pojawiali w czasie zmiany rekwizytów. Oraz klauni „entre”, którzy przygotowywali całe programy ze skeczami, piosenkami, akrobacjami itd. Ci ostatni dzielili się na klaunów ryżych, najczęściej występujący typ, białych – o których zawsze było znacznie trudniej, i czarnych. Ta opowieść snuje historię białego klauna, który sam siebie określił „ostatnim cyrkowym białym klaunem”.

Din-Don.png

Din i Don, ilustracja z książki

Cyrk

A historia ta zaczyna się w 1881 roku, kiedy Adam Pincel, dziadek naszego bohatera, zakłada obwoźną Panoramę, pokazując po wsiach i miasteczkach obrazy religijne, z muzyką na żywo. Szybko jednak zatargi z konkurentami z wędrownych trup teatralnych zmusiły Adama do weryfikacji planów i już wkrótce, zainspirowanym właśnie otwartym cyrkiem Cinisellich w Warszawie, postanawia założyć własny cyrk. W drodze spotyka także piękną Annę, miłość swojego życia. I zaczyna się przygoda.

Nie będę tutaj streszczać wszystkich wątków tej niewielkiej, acz wypełnionej po brzegi treścią książeczki. Dość powiedzieć, że czyta się ją jak najlepszą powieść. Wędrowni artyści, osiłkowie, dzikie zwierzęta, cyrkowe szapito, wielkie nazwiska, bieda i bogactwo, luksusy i więzienia, zabawa i łzy, humor i społeczne interwencje. Piękne, barwne, pełne życie kilku pokoleń artystów cyrkowych. Życie na walizkach. Gdyby ktoś zechciał zrobić serial na podstawie tych wspomnień, jakiż to byłby serial! Nie uwierzyłby nikt, że to wszystko istniało.

Kiedy czytałam te wszystkie opisy, myślałam o pierwszych kabaretach. O radości rozbawiania, wzruszania, dzielenia się emocjami. O Jarosym i Niebieskim Ptaku. O Panu Piotrusiu z Kabaretu Olgi Lipińskiej. O Ordonce. O Boyu. O korowodzie Czarnego Kota przez nocny Paryż. I nie wiedzieć czemu, o Wyspiańkim. Ta sama wolność. I podobne ograniczenia. Te same emocje, różne środki wyrazu.

cyrk staniewskich

Cyrk Cinisellich, ilustracja z książki

Ludzie

Wiktor i Edward Mancowie. Ojciec i syn. Dwa pokolenia, dwie twarze klaunady. Jaki powinien być dobry klaun?

„Dobry klown, Panie i Panowie, powinien mieć tyle umiejętności, że przerasta to nieraz możliwości jednego, nawet wybitnie utalentowanego człowieka; klown musi być wspaniale wygimnastykowany, musi mieć doskonałe warunki zewnętrzne i nieodzowną „vis comica”, musi być znakomitym aktorem, mieć wspaniałą dykcję, donośny i melodyjny głos, musi tańczyć, śpiewać i grać na wielu instrumentach. To wszystko jeszcze mało, bo cóż to za klown, który nie ma wyrobionego smaku literackiego, daru improwizacji, talentu satyrycznego, pomysłowości i inteligencji?”

Biały i ryży klaun najczęściej występowali w parze. Ten pierwszy, odziany w biały strój, ucharakteryzowany na pierrota, reprezentował typ wytwornego ironisty. Drugi występował w ryżej peruce, zbyt dużym ubraniu i wysłużonym kapeluszu. Biały klaun zazwyczaj starał się ośmieszyć ryżego kolegę, ale największą radość widzów wzbudzała sytuacja odwrotna. Wiktor i Edward występowali jako Din i Don.

Ale ta książka to nie tylko nasi klauni. Pojawia się tutaj wiele nazwisk związanych z areną i estradą. Są więc Staniewscy, właściciele najpopularniejszego polskiego cyrku. Jest Stanisław Halama, ojciec tancerki Lody. Jest Teodor Sztekker – zapaśnik. Jest Ben Ali, urządzający seanse spirytystyczne. Jest także Klaun Friko, który został dyrektorem cyrku oraz słynni bracia Durow. Wiele tu barwnych żywotów, nakreślonych pokrótce w tej historii.

Friko

Klaun Friko, ilustracja z książki

Życie

Życie pisze najlepsze scenariusze. Frazes, ale ile ma w sobie prawdy. Biografia Edwarda Manca i jego cyrkowej rodziny to materiał na najlepszą powieść, serial, film czy sztukę teatralną. Są w niej wątki miłosne, a nawet kryminalne. Są uniesienia i szara codzienność. A wszystko to w cieniu cyrkowego szapita. Polecam tę książkę każdemu, kto lubi poznawać barwnych ludzi.

Autor wspomnień cytuje debiutancki monolog Edwarda Manca, który wydaje mi się znakomitym podsumowaniem tego tekstu. Pozwolę go sobie zatem tutaj przytoczyć w całości:

Życie niełatwe. Życie wciąż
Problemy stwarza nowe.
Człek by odpowiedź znaleźć rad –
Lecz ma za małą głowę.
Pytanie trochę dziwne jest –
Lecz może kto odpowie:
Czy tu jest cyrk? Czy życie cyrk?
Gdzie jest ten cyrk, panowie?

No właśnie, gdzie?

PAULINA JARZĄBEK

Trzeci Oddech Kaczuchy: zaskakująco ciekawa książka

Dzisiaj gościmy na naszym blogu tekst autorstwa Andrzeja Domagalskiego – recenzję wydanej w zeszłym roku książki Andrzeja Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie.

Panu Andrzejowi dziękujemy za podzielenie się swoim tekstem, a my zapraszamy do lektury.

Janeczko książka.JPG

Fot. A. Janeczko

Trzeci Oddech Kaczuchy: zaskakująco ciekawa książka

Długo oczekiwana książka jest już na rynku. I stanowi nader przyjemne zaskoczenie. Owszem, planowana była na 35-lecie tego wielce kiedyś popularnego, a dziś może i nieco zapomnianego, kabaretu piosenki, obchodzone – przypomnijmy – w 2016 roku. Rok poślizgu jest przysłowiową betką, bo czytelnik w książce autorstwa Andrzeja Janeczko znajduje to, na co czekał. Warto było uzbroić się w cierpliwość, bowiem 340-stronicowa publikacja przygotowana przez łódzką oficynę Księży Młyn zasługuje na uwagę i staranną lekturę. Jest co czytać, jest co wspominać; i do śmiechu, i do łezki! Jest również i co oglądać, ponieważ książka ta została wzbogacona plastycznie przez dyplomowanego artystę – plastyka, autora publikacji.

Przełomowy dla zespołu był rok 1981 i pierwsze miesiące działalności olsztyńskiej grupy, które zasługują na szczególną uwagę. Wtedy to popularne „Kaczuchy”, występujące jeszcze w trzyosobowym składzie ze zmarłym w lipcu 2011 r. gitarzystą Zbigniewem Rojkiem, zresztą współzałożycielem tej grupy, zdobyły w kwietniu wzmiankowanego roku na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie Grand Prix i Nagrodę Dziennikarzy za bezbłędne i brawurowe wykonanie piosenki Wódz. Kilka miesięcy później zostali laureatami I Nagrody w koncercie Interpretacje na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej Opolu.

Nie zdawali sobie wtedy sprawy, iż ta krakowska nagroda wywróci do góry nogami ich późniejsze życie. Na drugi dzień był koncert laureatów w Hali Wisły, a potem bankiet w Rotundzie. – Za całą naszą nagrodę wszyscy pili do oporu. Stawialiśmy każdemu, kto tylko chciał pić. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Na szczęście wtedy już graliśmy dużo imprez w całej Polsce z kabaretem „Ostatnia Zmiana” Bohdana Wrocławskiego i było za co żyć. W pewnym momencie podszedł do nas Wojciech Młynarski. – Wiecie co? Nigdy nikomu tego nie mówiłem tu na festiwalu krakowskim, ale uważam, że powinniście robić to zawodowo. To znaczy: śpiewać! Było nam bardzo miło, tym bardziej że nasz „idol”, na wyżej wspomnianym bankiecie, przeszedł z nami na ty – wspomina lider grupy Andrzej Janeczko w swojej książce. Ten jeden koncert zmienił całe ich życie. Z dnia na dzień stali się ulubieńcami całej Polski, a ich Kombajnista był swego czasu drugi na liście przebojów radiowej Trójki za Johnem Lennonem. Paradoks? Niekoniecznie! Zawsze zadawano im pytanie: – Dlaczego Trzeci Oddech Kaczuchy? Odpowiadali niezmiennie: – Ano dlatego, że była ich trójka, a Kaczuchy? – W dziecięcych czasach ich idolami był Kaczor Donald.

Andrzej Janeczko w swojej publikacji zabiera Czytelnika w zajmującą podróż, w trakcie której on, „poeta i łachmyta”, wspomina przyjaciół artystów, a książka dosłownie skrzy się od zabawnych anegdot z udziałem znanych polskich twórców estrady. – Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego wyjazdu do Nowego Jorku z zacną ekipą m.in. w składzie: Wojciech Młynarski, Wojciech Siemion, Halina Kunicka, Jurek Derfel, Lucjan Kydryński, Wiesław Gołas, Marlena Drozdowska – wspomina autor publikacji – Na lotnisku kupiłem pół litra Soplicy i poszedłem do toalety by łyknąć co nieco przed lotem. Spotkałem tam Wiesława Gołasa. – Pan też się boi latać?- spytał. Kiwnąłem głową. – To wypijmy z jednej, mojej buteleczki, a pańska będzie na później. Tak tez zrobiliśmy. Warto dodać, iż wówczas – a było to w 1993 r. – panowała swoista „pogoda dla pijących” na pokładzie samolotu, bowiem przymusowa awaria samolotu jeszcze na płycie lotniska, ułatwiła miłośnikom odprężenia drugie – równie solidne – podejście do Soplicy, oczywiście w WC. – W całej kabinie widać było przestraszone twarze pasażerów. Tylko dwóch, Wiesław Gołas i ja odprężeni, czekaliśmy z godnością i obojętnością na rozwój wypadków – konkluduje twórca Wodza. Dodać należy, iż książka ta, pełna przeciekawych zdarzeń, krąży nie tylko wokół tematu alkoholowego rauszu. „Trzeźwych” anegdot jest bowiem zatrzęsienie, m. in. o tym, iż w trakcie Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” w Gdańsku rodzimi piosenkarze byli bardzo blisko „Prawdy”, ale ciekawych tego wydarzenia odsyłamy do wspomnień artysty.

Andrzej Janeczko od kilku lat jest sołtysem pełną gębą w podłódzkich Ługach, w gminie Stryków, niczym estradowy legendarny sołtys Kierdziołek z Chlapkowic, czyli Jerzy Ofierski, wcielający się w swoich kabaretowych monologach w postać wiejskiego filozofa i komentatora bieżących wydarzeń, zaczynającego swoje monologi od sformułowania „Cie choroba!”. Janeczko raczej stroni od tego rodzaju filozofowania, tworząc przez ponad trzy dekady piosenki nader mądre, zapadające w pamięć, do których się z wielką przyjemnością wraca i które niewiele tracą na aktualności, żeby tylko wspomnieć, oprócz wymienionych wcześniej, jeszcze tylko kilka tytułów: Pytania syna poety, Nie umieraj nam inteligencjo, W naszej klasie, Te dwadzieścia kilka lat. Śpiewa je od 37 lat w duecie w towarzystwie rodowitej olsztynianki Mai Piwońskiej, zawsze uśmiechniętej i pełnej wigoru życiowej partnerki artysty. Piosenkarki, której wiek się nie ima!

Andrzej Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie, wyd. Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2017

ANDRZEJ DOMAGALSKI

Anioł Piosenki. Recenzja książki „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.

czarny anioł.jpg

Ostatnio sporo w moim życiu Piwnicy Pod Baranami. Właściwie związanych z nią artystów, bo na wieczór kabaretowy Pod Barany jeszcze nie dotarłam. I chyba nawet nie czuję takiej potrzeby. Co ciekawe, ta „moja” Piwnica widziana jest z zupełnie innej perspektywy, niemal wyłącznie od kulis. I choć historycznie Piwnica Pod Baranami nadal jest dla mnie zjawiskiem fascynującym, ta współczesna zaczyna być po prostu jednym z elementów mojego życia, co dzieje się zupełnie naturalnie. I jeśli bym się nad tym chwilę nie zastanowiła przy okazji tego wpisu, nie zauważyłabym postępowania tego procesu. Ewa Demarczyk pozostaje jednak częścią legendy tego krakowskiego kabaretu. Tym fascynującym urywkiem historii, skrytym za mgłą czasu.

Książka, o której piszę, nie jest właściwie linearnym zapisem biografii artystki. To raczej suma portretów, jakby zebranych w jednym szkicowniku, choć nakreślonych przez różnych obserwatorów. To właśnie „Opowieść o Ewie Demarczyk”, w której urywki myśli i wspomnień mieszają się z fragmentami korespondencji, nie tylko z czasów piwnicznych. Wiele tu poetyckich detali, adnotacji do legendy, szczypta gorzkiej prawdy i sporo momentów ukazujących wyjątkowość interpretacji Ewy Demarczyk.

Książka nie jest objętościowo zbyt rozbudowana – to zaledwie 190 stron zasadniczego tekstu , okraszonego czarno-białymi fotografiami. W tej liczbie stron zawiera się jednak esencja artystki i jej sztuki, bez zbędnego ingerowania w jej prywatność, poza prywatnością rzutującą na życie artystyczne. Szkoda, że brakuje w tym tekście komentarza samej artystki, nie licząc fraz zaczerpniętych z dawnych wywiadów. Brak komentarza jest jednak jej wyborem i jej prawem.

Książka Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze zdaje się komentować artystyczną działalność Ewy Demarczyk raczej obiektywnie, przytaczając opinie i opowieści wielu osób, z wielu perspektyw, nieraz sprzecznych. Pozostawia tym samym czytelnikowi możliwość wyboru tych elementów „legendy i prawdy” artystki, które tworzą jego własną historię interpretatorki. Autorki pokazują, że kabaret, jak każdy rodzaj twórczości, ma Twarz. Wiele Twarzy. Jedną z nich jest oblicze Czarnego Anioła.

Dla mnie to przede wszystkim opowieść o piosence i zaklętych w niej emocjach. O kryjących się za piosenkami znaczeniami i o ich braku. O spotkaniach z autorami i ich konfrontacji z interpretatorką, która skupiała, i nadal skupia na sobie niemal wyłączną uwagę. Muzyka, choć doskonała, stanowi tło dla jej głosu. Choć książka opowiada o artystce z tak wielu perspektyw, jest spójna i czyta się ja płynnie, niemal jednym tchem. Zwłaszcza piękne opisy kabaretowej estrady i wieczorów w Piwnicy.

Daleko mi do bałwochwalczego uwielbienia dla głosu pani Ewy. A jednak trudno odmówić jej uroku i hipnotyzującego oddziaływania. Cieszę się, że znaczną część książki „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk” stanowi opowieść o jej piosenkach. To w nich mieszka legenda, której trudno się oprzeć.

PAULINA JARZĄBEK