„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. XIII]: Stefan Friedmann

RETROSPEKTYWA

Dzisiaj na tapetę bierzemy rozmowę dwóch dziennikarek: Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, z satyrykiem, aktorem filmowym i teatralnym, współtwórcą radiowego duetu satyryczno-komediowego, który tworzył cykle „Dialogi na cztery nogi” czy „Fachowcy” oraz prezenterem telewizyjnym – Stefanem Friedmannem. Zapraszamy!

Dziennikarka: Gdzie widzi pan dla siebie miejsce w poczcie polskich kabareciarzy?

Stefan Friedmann:  Przepraszam, ale zaszło tu jakieś nieporozumienie. Myślałem, że chcą mnie Panie umieścić w poczcie k o b i e c i a r z y polskich i dlatego tu przypędziłem.

D.: Nie poszukuje pan preferencji, bo jest nieosiągalna. Czy ucieka pan przed nią ze strachu przed nudą i rutyną?

S. F.: To jest mój wybór, a nie ucieczka. Stale szukam i przez to czuję się młodo. Wiem, że mam predyspozycję, aby być doskonałym, ale drugorzędnym poetą. Być może mam taki typ osobowości, że bez żadnego wysiłku mógłbym być drugorzędnym we wszystkich innych dyscyplinach. Na razie ograniczam się do kabaretu, bo wciąż trzymają się mnie głupie dowcipy. Lata lecą, a ja nadal jestem traktowany jako studencki wykonawca. Rówieśnicy moich synów mówią często do mnie „Cześć Stefan” i to mi schlebia.

D.: Chyba byli za mali, żeby oglądać pana w „Hybrydach”, w czasach gdy występował pan z Koftą, Młynarskim, Kreczmarem…

S. F.: …ale pamiętają mnie z radiowych powtórek „Ilustrowanego Magazynu Autorów” czy „Ilustrowanego Tygodnika Rozrywkowego”. Znają moje „Dialogi na cztery nogi”. Dla niektórych jestem po prostu Majstrem z „Fachowców”, a dla najmłodszych Kozą Mee… z „Trójkowego” KORKA.

D.: Gdzie pan znajduje prototypy bohaterów swoich satyrycznych obrazków?

S. F.: Jestem z tej samej szkoły, co Iredyński, Himilsbach, Kofta i Hłasko. Kiedyś włóczyliśmy się razem po knajpach i melinach, szukając wrażeń i podniet twórczych. Dziś ograniczam się do obserwacji życia społecznego i obyczajowego.

D.: Nigdy nie ciągnęło pana w stronę satyry politycznej.

S. F.: Bo nigdy nie byłem w tym dobry. Moja twórczość zmierza raczej w kierunku purnonsensu, kalamburu, humoru sytuacyjnego. Wiem, że ludzie czekają teraz na krytyczne aluzje polityczne, bo to im przynosi ulgę. Ale mnie polityka w tym kontekście nie interesuje. Ostatnio zapytano mnie, co myślę o „polityku polskim?” Odpowiedziałem: to samo, co o „bułgarskim uczonym” – nie ma takiego zjawiska. Najczęściej jest to człowiek, którego zmusili albo sam się zgłosił, lub też przypadkiem zrobił karierę, jak w książkach Dołęgi-Mostowicza. Tylko to wcale nie jest śmieszne.

D.: Mówi się, że pokolenie „Hybryd” powiedziało już wszystko. Może szansą na odrodzenie sztuki kabaretowej jest pokoleniowa zmiana warty?

S. F.: Dla mnie czymś innym i świeżym, nadzieją na nowe trendy w sztuce kabaretowej była Pomarańczowa Alternatywa – inteligenta, zabawna, otwarta na happeningu i bardzo aktualna. Niestety, trwała krótko. Ostatnio pojawiła się silna grupa tzw. dosadzaczy, którym wystarczy lektura codziennej gazety, aby być mocnym w gębie. Rynek kabaretowy wciąż jest zdominowany przez kombatantów z czasów STS-u i Egidy oraz ich epigonów.

D.:  Do tej pory środowisko kabaretowe było zdeprawowane również pod względem finansowym. Ludzie z tzw. nazwiskiem nie musieli zabiegać o publikację swoich tekstów – dobre czy złe zawsze znajdywały nabywców. Czy teraz coś się zmieni?

S. F.: Niektórzy wciąż są zaskoczeni nową sytuacją. A ja się spodziewałem tego „gościa”, że on wejdzie do środka, zacznie się rządzić, zje mi wszystko i nie da pracy. Mówię o kapitalizmie. Dlatego postanowiłem przestać  być niepokorny. I chętnie dam ogłoszenie, że jestem gotów swoją obecnością uświetniać wesela, pogrzeby, imieniny i wyjścia za kaucją z więzienia.

D.: Czy mógłby nam pan pomóc i wskazać dla siebie miejsce w poczcie kabaretu polskiego?

S. F: Jeśli mogę wybrać sam, to chciałbym znaleźć się obok mojego mistrza Jurka Dobrowolskiego, w niedalekiej odległości od Staszka Tyma, a na przeciwnym biegunie żartu Jana Pietrzaka. Jeśli poczet byłby przedstawiony jako folwark zwierzęcy, to przypomina, że jestem tylko… Kozą Mee…

***

Wywiad interesujący i w miarę konkretny, jednak trochę chaotyczny. Podejrzewam, że przyczyną tego może być liczba dziennikarzy przeprowadzających tę rozmowę. Możliwe, że artykuł tego nie odda, bo starałam się wybrać wątki, które przedstawią czytelnikowi parę ciekawostek o samym rozmówcy, jak również postrzeganiu kabaretu w tamtych czasach. Więc z tym chaosem musicie mi uwierzyć na słowo. 😉 Ponadto pada stwierdzenie, że społeczeństwo w tamtych czasach oczekiwało kabaretów politycznych, co uwidacznia, że po pierwsze, polityka (chyba jako jedyny temat) w kabarecie zawsze będzie tematem uniwersalnym, niezależnie od epoki, a po drugi,e profile kabaretów kształtują się wraz z preferencjami publiczności.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Joanny Kawalec i Joanny Popielarz, Polityk polski, czyli bułgarski uczony, „Rzeczpospolita”, Warszawa, 1991.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s