„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. I]: Tadeusz Drozda

RETROSPEKTYWA

Szukając materiałów do pracy magisterskiej, w gazetach lat 90. XX wieku, trafiłam na cykl zatytułowany „Poczet kabaretu polskiego”. Co tydzień, w weekendowych wydaniach, ukazywał się artykuł, zazwyczaj był to wywiad, z kabareciarzem lub osobą około-kabaretową. Wywiady interesujące, niejednokrotnie pokazujące oblicze kabaretu z tamtych lat. Postanowiłam zrobić z tego użytek i przedstawić je Wam, przynajmniej te najciekawsze fragmenty, na wirtualnych kartach naszego bloga. Zapraszam!

W dzisiejszej części wywiad z Tadeuszem Drozdą, satyrykiem, aktorem, komikiem, konferansjerem, twórcą kabaretu „Elita”, znanym szerzej publiczności jako prowadzący rozrywkowego programu, „Śmiechu warte”. Rozmowę przeprowadził Janusz R. Kowalczyk. Oto jej fragment:

Dziennikarz: Na kabaret w lokalu też się przychodzi raczej z wyboru.

Tadeusz Drozda: Kiedyś, gdy zaczynałem swój program w kawiarni „Nowy Świat”, dobijali się jacyś czterej panowie. Nie było miejsc, ale mieli widać duże przebicie, bo raptem specjalnie dla nich pojawił się stolik. Usiedli, posiedzieli dziesięć minut, wstali, wyszli. Okazało się, że czterech Niemców biznesmenów zobaczyło, że gra kabaret. Postanowili się zabawić. A tu stoi facet, ględzi coś po polsku, ludzie się śmieją, oni „nie kumają”. Zapytali kogoś, czy tak będzie cały czas, ludzie potwierdzili: Ja, ja. Jawohl. Na to oni: Danke schön. No i wyszli. Model kabaretu polskiego jest nieco inny niż światowego. Na świecie kabaret w kawiarni czy w lokalu kojarzy się z tańczącymi panienkami, strip-teasami, bajerami. U nas w kabarecie rozpanoszyła się polityka.

D.: Ale nie w pana tekstach. Pan uderza w obyczaj.

T. D.: Bo uważam, że robić kabaret polityczny to najprostsza rzecz. Myślę, że zabraknie mi pomysłów, to się wezmę do kabaretu politycznego. Wystarczy poszperać w gazetach z tygodnia – tu jakiś cymbał coś powiedział, tam ktoś się wypowiedział w Sejmie, ktoś się z kimś pokłócił, prezydent się odezwał – i już jest dziesięć tekstów. Wolę tworzyć humor, monolog, satyrę na obyczaj, na cechy narodowe, na to, co trwa dłużej niż tydzień.

D.: W telewizji jednak pan od tych „tygodniowych” form nie stroni.

T. D.: Mam w niedzielnym „Express Dimanche” okienko, w którym czasami coś powiem, o tym, co dzieje się dziś, jutro. To idzie po linii najmniejszego oporu. Dla mnie ideałem jest śmieszny utwór, w którym w ogóle nie ma polityki. Aktualny dzisiaj, za rok, a śmieszyłby też dziesięć lat temu. Taki utwór najtrudniej napisać.

D.: Za młodu zaczynał pan w kabarecie „Elita”…

T. D.: Sam go zresztą założyłem i zaangażowałem kolejnych jego członków. To było moje życie we Wrocławiu przez lat dziewięć. Ganiałem wszystkich do roboty, a głównie Kaczmarka. Był to facet, który potwornie nie chciał występować. (…) Lat temu jedenaście założyłem autorski „Kabaret na Parę”, w kawiarni „Galeria” w Warszawie. Wspierali mnie na scenie Łazuka i Gajos. Po „Czterech pancernych” był to drugi kabaret Gajosa. Wchodziłem także w skład ekipy Kabaretu Aktorów ZAKR. W kawiarni „Nowy Świat” miałem swój własny kabaret „Drozd”, w którym występowali również: Janowska, Śnieżanka, Daukszewicz i Komar. W drugim programie zatytułowanym „Piętro wyżej” byłem już samotny jak ten biały żagiel. Brałem też udział w różnych innych programach, np. w „Sekscesach” w Syrenie. Bo lubię.

D.: Jakby pan określił swoją publiczność?

T. D.: Widzę dużo młodzieży ze średnich szkół. Zauważyłem też, że sporo ośmio-, dziewięcioletnich dzieci mówi całymi fragmentami moich monologów z kaset. Ja już niektórych nie pamiętam, a one owszem. Najlepszy kontakt z publicznością mam w lecie na Wybrzeżu, w amfiteatrach czy domach wczasowych. Nie ma tam żadnego naganiania widza, każdy wchodzi na kupiony w kasie bilet. Cena biletu – choć uwielbiający narzekać Polak mówi, że to drogo – nigdy nie przekracza ceny butelki wódki. Ta kwota jest normą tego, co Polak jest w stanie wydać w każdej chwili. Czyli ma, tylko nie chce akurat wydać na czyjś występ i już. (…)

D.: Pan zarówno mówi teksty, jak i śpiewa . Ale nie ma pan przebojów. Czy te pana piosenki to tylko przerywniki do gawęd?

T. D.: Trochę lekceważę piosenki, to niedobrze. Ciągle wracam myślą do tego, żeby nagrać kasetę lub płytę z samymi piosenkami. Nie doceniam siebie jako piosenkarza, co jest chorobą artystów mówiących monologi. Śpiewając piosenkę myślę, że publiczność się nudzi, bo w tekście mówionym częściej przerywała mi śmiechem czy brawami. To kompleks komika. Może się wyleczę.

1

Jeśli miałabym skomentować te fragmenty wywiadu, z perspektywy wielbiciela kabaretu XXI wieku, to nasuwa mi się parę kwestii. Mianowicie: wywiad pokazuje, że kabaret polityczny był obecny w satyrze i w skeczach od zawsze. Nic dziwnego, że w latach 90. XX wieku był on na ustach wszystkich. Kształtowała się bowiem wtedy nasza scena polityczna, wyszliśmy z komunizmu, zapanowała wolność słowa. Nie powinien więc dziwić fakt, że polityka była tematem numer jeden.

Zgadzam się z Panem Drozdą, że jest to najłatwiejszy temat do rozśmieszenia ludzi, ponieważ kabareciarz znajduje inspirację na każdym kroku, tak jak też zauważył satyryk. Jednak polityka jest zagadnieniem uniwersalnym, ponadczasowym, więc, moim zdaniem, nie należy odbierać jako zarzutu czy rzeczy negatywnej stwierdzenia, że jest się kabaretem politycznym. Takie kabarety również są potrzebne, ponieważ jeszcze bardziej przerysowując scenę polityczna, ukazują jej absurdy.

Zgadzam się również w kwestii, że najtrudniej napisać utwór nie polityczny a taki, który będzie ponadczasowy. Według mnie w dzisiejszym świecie jeszcze trudniej taki skecz stworzyć, gdyż współczesne trendy bardzo szybko się zmieniają. Owszem, można się śmiać z przywar Polaków, takich jak narzekanie czy pijaństwo, ale to są długo ucierane zagadnienia, a jednak dzisiejszy świat wymaga płynięcia „z duchem czasu”. To co było modne pół roku temu, dziś już nikogo nie interesuje, bo coś innego jest na „topie”.

Kolejna sprawa to publiczność. Uczestnicząc w wielu wszelakich wydarzeniach kabaretowych, widzę, jak różnorodna ona jest. Młodych ludzi zazwyczaj jest najmniej, chyba, że są to imprezy organizowane specjalnie dla nich. Jednak na występy kabaretowe chodzą ci starsi, podejrzewam, że właśnie ci, o których mówi Pan Drozda w wywiadzie. Znajduję dla takiego stanu rzeczy jeden powód: w tamtych czasach było mniej takich wydarzeń, więc ludzie, w każdym wieku, chcieli w tym uczestniczyć. Dziś nawet nie trzeba z domu wychodzić, aby obejrzeć kabaret, wystarczy odpalić YouTube’a.

I ostatnia rzecz: piosenka. Jak zauważył Pan Tadeusz, jest ona traktowana marginalnie. I w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal tak jest. Z czego więc to wynika? Satyryk przedstawił punkt widzenia z perspektywy występującego, a ja przedstawię z perspektywy widza. Początkowo nie przepadałam za piosenkami tego nurtu, bo idąc na występ kabaretowy chciałam, aby artysta rozśmieszał mnie przez cały czas. Jakbym chciała posłuchać piosenek, to bym poszła na koncert, a nie na kabaret. I podejrzewam, że wiele osób tak ma. Jednak z czasem przekonałam się, że piosenki kabaretowe także potrafią rozbawić i, co najważniejsze, są potrzebne, aby złapać chwilę oddechu przed kolejnymi falami śmiechu. Istotne jest także to, że sfera ta rozwija się coraz prężniej, co bardzo cieszy.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Janusza R. Kowalczyka, Może się wyleczę, „Rzeczpospolita”, Warszawa 1991.

1 komentarz do “„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. I]: Tadeusz Drozda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s