Jesień w twórczości (nie tylko) kabaretowej [zestawienie]

Jesienne utwory

Marcin przygotował dla Was zestaw utworów na jesienną porę. Zapraszamy!

Jesień puka do naszych okien. Jest to czas kojarzony z przemijaniem, smutkiem, nostalgią czy zadumą. Jednak trzecia pora roku ma też swoje pozytywne strony, np. barwne liście mieniące się w kolorach Słońca. Czym jest jesień dla artystów kabaretowych i autorów tekstów piosenek? Zapraszam do zapoznania się z poniższym krótkim zestawieniem.

Wrzesień to miesiąc, w którym młodzi ludzie rozpoczynają naukę w szkołach. Grupa Teatralna Mumio w utworze Jesień zwraca uwagę na pewien fakt – spadające liście mogą być zbierane przez uczniów w celu uzyskania pozytywnej oceny. I choć mijają lata, kontakty z dziećmi w wieku szkolnym wskazują, że jest to tradycja nadal praktykowana. Posłuchajcie wersji z ostrołęckiej OSPY. Nostalgicznie, co?

Krótsze dnie i dłuższe wieczory sprawiają, że stajemy się marudni. Stan ten potęgują długotrwałe ulewy. Dariusz z Kabaretu Hrabi w Piosence płaczliwej udowodnił, że jest mistrzem w narzekaniu na trzecią porą roku. Przed Państwem kwintesencja jesiennego marudzenia! Zobaczcie nagranie tej piosenki z 26. PAKI.

Zastanawiacie się pewnie, co jeszcze można robić jesienią? Odpowiedź jest bardzo prosta – czekać! Tylko na co? Jeremi Przybora i Kalina Jędrusik sugerują, że mężczyźni powinni wypatrywać przyjścia Jesiennej Dziewczyny. Tej z chryzantemami. A na kogo mają czekać panie?

Ta pora roku to również czas, w którym wspominamy bliskich zmarłych. Artur Andrus w wierszu Na każdym liściu komunikat… zachęca, aby chodzić na cmentarze, ponieważ chroni to od ciężkich chorób serca, pychy i niepokory. Cenna wskazówka. Ciekawe, co Wy wyczytacie z jesiennych liści? Tekst Artura Andrusa możecie przeczytać tutaj.

Agnieszka Osiecka w piosence Zaszumiało jesienią przypomina, że nie ważne, czy jesień nas wiatrem zawieje, czy smutkiem zadławi, czy może przyjaznym odezwie się świerszczem to od nas tak naprawdę zależy, jaka ona będzie i jak ją spędzimy.

Mam nadzieję, że ten krótki zestaw jesiennych utworów zbytnio Was nie przygnębił i pokazał, że trzecią porę roku można postrzegać w wielu barwach, najlepiej optymistycznych. Znajdźcie swoją paletę i cieszcie się jesienną twórczością.

MARCIN CHUDOBA

Reklamy

Antykwariat z recenzjami: Ryszard Marek Groński, „Od Siedmiu Kotów do Owcy [recenzja]

Ryszard Marek Groński, Od Siedmiu Kotów do Owcy. Kabaret 1946-1968, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1971.

Jesień to najlepsza pora na czytanie. W Antykwariacie z recenzjami mam dla Was  propozycję opowiadającą o dawnym kabarecie: kolejną z książek Ryszarda Marka Grońskiego. Tym razem autor skupia się na kabaretach z lat 1946-1968.

okładka_7kotów.png

Przednia i tylna okładka.

Anegdotą przez świat kabaretu

Co jest w tej książce wyjątkowego? Jak we wszystkich pozycjach tego autora, które są mi znane, temat jest przedstawiony przekrojowo, w sposób lekki, wręcz anegdotyczny. Nie ma tu co prawda rozbudowanej warstwy historycznej, ale jest sporo tekstów źródłowych. Jest też coś, co mogłabym określić „rysem stylistycznym” – naszkicowanie stylistyki danej grupy anegdotą, cytatem, fragmentem rozmowy.

Przykładowe strony.png

Przykładowe strony. Tutaj fragment rozdziału o Jamie Michalikowej.

Książkowa morfologia

Mój egzemplarz został wydany w 1971 roku, szczerze mówiąc, nie wiem, czy były jakieś wznowienia. To wydawnictwo jest klejone, więc niektóre kartki odrobinę „wiuchają”, ale ogólnie, jak na swój wiek, książka ma się dobrze. Kiedyś posiadała jeszcze żółtą obwolutę, która zaginęła po drodze, jednak sama okładka też daje radę. Podoba mi się także opracowanie graficzne książki, proste grafiki i układ fotografii autorstwa Jerzego Srokowskiego. I ten zapach starego papieru, ach… Format jest klasyczny, zeszytowy, w sam raz do torebki. Co ta książka ze mną przeszła!

U Lopka.png

Strona otwierająca część poświęconą kabaretowi U Lopka (Kazimierza Krukowskiego).

Bohaterowie

Jak pisze autor, wydawnictwo skupia się wokół kabaretów zawodowych z lat 1946-1968, których przekornie uporządkowano od najmłodszego do najstarszego: Owca, Egida, Dudek, Dreszczowiec, Lopek, Jama Michalikowa, Koń, Wagabunda, Szpak, Stańczyk, Siedem Kotów. Jedenaście wspaniałych grup, które kilka dekad temu przyciągały liczną publiczność. Potraficie wskazać grupy z Krakowa?

Każdemu z kabaretów poświęcono osobny rozdział, a w nim krótkie wprowadzenie w stylistykę i klimat, omówienie głównych autorów i aktorów. Co było charakterystyczne dla tych grup, były one kabaretami autorskimi, mocno naznaczonymi postaciami swoich liderów, którzy przy okazji byli także głównymi autorami tekstów i koncepcji. Ale o tym musicie poczytać już sami, do czego serdecznie Was zachęcam.

Wiesław Gołas_Magda Zawadzka.png

Fotosy Wiesława Gołasa i Magdaleny Zawadzkiej, dołączone na końcu książki.

Komu, komu!?

Komu spodoba się ta publikacja? Moim zdaniem każdemu, kto lubi literaturę faktu, satyrę (także literacką) oraz historię kabaretu polskiego. Jeśli szukacie pozycji bibliograficznej do pracy naukowej, ta książka również się sprawdzi, jednak bardziej jako punkt wyjścia do dalszych poszukiwań, bo wątki kolejnych grup są tutaj jedynie zaznaczone. Natomiast jako źródło do niewielkiego artykuły „Od Siedmiu Kotów do Owcy” nada się znakomicie, ze względu na koncentrację sporej dawki informacji ogólnych i kilku smakowitych detali.

Dreszczowiec.png

Strona otwierająca rozdział o kabarecie Dreszczowiec, dla którego pisał m.in. Wojciech Mlynarski.

U źródeł

Na szczególną uwagę zasługują oczywiście cytowane teksty źródłowe, które nieraz bardzo trudno odnaleźć w innych wydawnictwach. Do tej pory krążą mi po głowie urywki zdań od różnych twórców wspomnianych w tej książce. „Pan nie zna Lopka? Lopek i kropka”, „Kup pani tę gęś. Już oskubana, tylko nie miałam serca jej zabić”, „A naokoło sami dobrzy Niemcy”, „W co się bawić”, „Ani be-e, ani me-e-e-e, bo ja jestem declasse-e-e-e”, „Ja tak lubię drukować petitem”…

Ogólnie bardzo polecam tę publikację. Poszukajcie jej w bibliotece, albo w antykwariacie. Warto.

PAULINA JARZĄBEK

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. V]: Marek Majewski

RETROSPEKTYWA

W tym tygodniu nasz cykl odwiedził autor, kompozytor, śpiewający satyryk i poeta, felietonista, konferansjer radiowy, estradowy i telewizyjny, współautor „Szopki całorocznej” oraz członek kabaretu „Pod Egidą” – Marek Majewski. Jaki gust kabaretowy prezentuje? Skąd czerpie inspirację? Tego i nie tylko dowiecie się z fragmentów wywiadu, który prezentujemy poniżej.

Dziennikarz: Czy nie ma sprzeczności między „Szopką całoroczną”, której jest pan współautorem, a kabaretem „Pod Egidą”, gdzie pan regularnie występuje?

Marek Majewski: Sprzeczności nie ma, natomiast „Egida” jest specyficznym kabaretem, kształtowanym przez gust jednego człowieka. Mój gust jest inny, w związku z czym kompromisy są nieodzowne.

D.: Czy wyróżnikiem tego pańskiego gustu nie jest przypadkiem swoiście pojęta literackość?

M. M.: Lubię się bawić odniesieniami do tradycji, do utworów, które zna kulturalny człowiek, do pewnych zdarzeń. Stąd bierze się moja parafraza Majakowskiego, stąd pisanie piosenek hasłowych, z rymami wewnętrznymi jak „Piosenka na 1 kwietnia”, stąd żart z koncertu trzech tenorów.

D.: Żart z koncertu Carrerasa, Domingo i Pavarottiego był przedni, ale czy trafił do każdego słuchacza? Inne pańskie utwory, nawet te „skojarzeniowe”, są bardziej czytelne. Jak najdalszy jest pan od hermetycznego humoru intelektualnego.

M. M.: Jestem przekonany, że w każdym człowieku istnieją wartości intelektualne, które niesłychanie łatwo można wywołać. Jeśli ktoś nie zna pewnych rzeczy i spraw, to tekst trzeba tak napisać, żeby mu je wyjaśnić. Jeżeli chcemy rozmawiać np. o Wilhelmie Tellu, to zaczynamy od tego, że żył taki pan w Szwajcarii itd.

D: Można w ten sposób położyć cały dowcip.

M. M.: To już zależy od autora i wykonawcy tekstu. Publiczność chce się bawić, ale musi wiedzieć w co, trzeba jej zaproponować pewną koncepcję żartu.

D.: Emilian Kamiński wykonując pański przezabawny utwór „Love me tender” z długością opowieści wstępnej chyba przesadza, ale tym śmieszniejsze jest później spuentowanie całej historii o kolejowym tenderze przebojem Elvisa Presleya.

M. M.: Ten tekst zawdzięczam synowi, który od małego interesował się kolejami. Jeździł na dworce, przyglądał się pociągom, szlabanom; (…) Któregoś dnia zagadałem z nim o tym, że tender to węglarka. W związku z tym presleyowskie „Love me tender” można przetłumaczyć jako „Kochaj mnie węglarko”. I już wiedziałem, że z tego skojarzenia będzie żart. Ponieważ jednak w Kongresówce nikt nie wie, co to jest tender (przeprowadziłem w tej materii stosowne badania) a i na ziemiach zachodnich mało komu jest to słowo znane, musiałem jakoś w rzecz całą wprowadzić widza. Wymyśliłem sobie faceta, jednego z tych, których spotykałem włócząc się po Polsce, w zaplutych knajpach, gdzie słuchałem ich monologów: -Pan jesteś człowiek wykształcony, ale wie pan życie trzeba znać itd. Napisałem wiersz, długi, do granic wytrzymałości, który wbija w pamięć słowo „tender”, a potem wystarczył już dźwięk gitary i pierwsze takty „Love me tender”. A że trafiłem na Emiliana, który ma i odpowiednią aparycję, i dobry głos, potrafi przy tym grać na gitarze, nic już więcej nie było potrzebne.

20170316_114035

D.: Nie czuje pan niekiedy ulotności tego, co robi, a także pewnego niedowartościowania? Publiczność rzadko interesuje się tym, czyich tekstów słucha; patrzy na wykonawcę…

M. M.: Ulotność kabaretu jest, istotnie, ogromna. Musi być on aktualny, często tekst po 2 tygodniach od napisania nie nadaje się już do powtórzenia. A trzeba naprawdę dużej dyscypliny, by natychmiast reagować na każde wydarzenie.

D.: Pod tym względem lata komuny były dla satyryków błogosławione.

M. M.: Wystarczyło napisać tekst i można go było odgrywać, no, może nie w nieskończoność, ale przez 3 do 10 lat.

D.: Teraz zamiast „przykładać czerwonym” trzeba wreszcie myśleć.

M. M.: Do tego myśleć subtelniej.

D: Przyznam się, że tej subtelności brakuje mi we współtworzonej przez pana „Szopce całorocznej”. Ma ona jednego świetnego wykonawcę (Jerzego Kryszaka), resztę – możliwą, nie pozostawia jednak najmniejszych złudzeń z kim solidaryzują się panowie Wolski i Majewski.

M. M.: Szopka jest formą dość klasyczną i z tej racji musi być taka, nie inna. Widzimy pewne ludzkie przywary i o nich piszemy, a że to wszystko razem układa się w jakąś logiczną całość, całe to pole wektorowe przybiera generalnie jakiś kierunek, to dobrze.

D.: Czasem jednak wydaje mi się, że najważniejsze persony naszego życia politycznego znajdują się w „Szopce” pod ochroną.

M. M.: Nie ma żadnej ochrony, ale prawdą jest, że satyra „czci urząd, lecz sądzi człowieka”. Inna sprawa, że „Szopka” trochę się spod mojej kontroli wymknęła. Jej wersja telewizyjna to jedno, a programy grane w Polsce – drugie. Kabaret jeździ po kraju, odgrywa kolejne numery, nie mam pojęcia, ile z nich w danej chwili zostało, bo Marcin jest najszybszym autorem w Polsce.

D.: Czy jednak wśród młodych „rozśmieszaczy” są aż tak wielkie talenty?

M. M.: Są chłopcy z kabaretu „OTTO”, jest „Potem” i „Fajf” – grupy przyzwoite pod względem i literackim, i wykonawczym. A przy tym ci młodzi zupełnie inaczej myślą. To, co my opowiadamy, myśląc literaturą, sposobem przeprowadzenia tekstu, konstrukcją, oni zastępują jakąś scenką, blackoutem, gdyż myślą obrazem.

D.: Autorzy w Polsce pchają się na scenę. Prawie każdy dorabia sobie występami, nie zawsze mając zdolności aktorskie. Pan też, pisząc dla innych, nie zapomina o sobie.

M. M.: Dopóki będę to robił poprawnie, nie widzę powodu, żeby schodzić ze sceny. Jestem klasycznym autorem-wykonawcą, przedstawicielem gatunku szczególnie rozpowszechnionego w Polsce. Ktoś słusznie zauważył, że Tuwim i Słonimski dostawali takie honoraria, że nie musieli występować.

Uważam, że jest to jeden z najlepszych wywiadów tego cyklu, ponieważ dziennikarz – Krzysztof Masłoń, który przeprowadził tę rozmowę, orientuje się w tematyce kabaretowej i około-kabaretowej. Nie boi się wyrazić swojego zdania, prowokując rozmówcę do żywej dyskusji, a nie tylko mechanicznego odpowiadania na pytania. Dzięki temu wywiadowi nabrałam chęci do zgłębienia wiedzy na temat twórczości pana Marka Majewskiego.

PS Wiecie gdzie i czy w ogóle znajdę parodię koncertu Carrerasa, Domingo i Pavarottiego? 😉

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Krzysztofa Masłonia Solista w chórze, „Rzeczpospolita”, Warszawa, 1991.

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. IV]: Maria Czubaszek

RETROSPEKTYWA

W tym tygodniu, w naszym retrospektywnym cyklu zagościła nie lada postać. Pisarka, satyryczka, felietonistka, dziennikarka, komentatorka w „Szkle kontaktowym”, babcia Maggie w improwizowanym serialu „Spadkobiercy” – Maria Czubaszek. O czym rozmawiała z Małgorzatą E. Malicką? Odpowiedź w dzisiejszej części. Zapraszamy!

 

Dziennikarka: Jest pani specjalistką od poczucia humoru, czyli czegoś, czego tak mało w naszym życiu. Ale mimo to są kabarety.

Maria Czubaszek:  Ja z kabaretem głównie się stykam jako odbiorca. Sama dla kabaretu w zasadzie nie pisałam.

D.: Dlaczego?

M. C.: Ponieważ kabaret musi być aktualny, a w dodatku zrobiła się moda – nad czym bardzo boleję – na kabaret wyłącznie polityczny. Od kabaretu oczekuje się dowcipów politycznych. Natomiast wydaje mi się, że kobiety wolą innego rodzaju humor, niekoniecznie polityczny. Raczej obyczajowy, na temat miłości, a te kobiety, które są wciągnięte w sprawy polityczne i sprawy społeczne, moim zdaniem, przestają być kobietami, niestety. Nie ma już takich kabaretów, jak np. „Szpak”, „Owca” czy kabarety literackie, gdzie obok aktualnych spraw, które w kabarecie być muszą, są teksty literackie – śmieszne, na zasadzie troszkę purnonsensu, troszkę absurdu, abstrakcji.

D.: Pisze pani więc przede wszystkim dla kobiet?

M. C.: Ja piszę zawsze z pozycji mężczyzny i wydaje mi się, że to, co piszę, jest bardziej dla mężczyzn.

D: Ale polityka pani nie interesuje?

M. C.: Ostatnio nawet się w nią wciągnęłam. Interesuje mnie na tyle, że jestem zupełnie zdezorientowana. Im więcej czytam, im więcej oglądam telewizję i słucham radia, tym bardziej czuję się zagubiona. (…) Tak więc przyznaję, że ostatnio wciągnęło mnie to, co się dzieje, a co jedni nazywają grą o premiera, inni jeszcze jakoś inaczej, ale zawsze w nazwie jest coś z gry i walki, a nie normalnej polityki.

20170316_131745

D.: Kimże więc jest Maria Czubaszek?

M. C.: Zawsze mówię, że jestem autorką małych form, czyli tzw. głupot. Tak siebie określam i na ogół nikt nie chce tego wydrukować, ale jest to prawda. Może wreszcie pani o tym napisze. Ja piszę takie małe, krótkie tekściki – ludzie nie mają czasu czytać długich – na tematy męsko-damskie. Polityka i ekonomia funkcjonują w moich tekstach tylko pośrednio – po prostu i kobieta, i mężczyzna osadzeni są, niestety, w pewnych warunkach polityczno-ekonomicznych, nigdy jednak nie są one tematem moich krótkich form literackich.

D: Czy (…) może pani powiedzieć, skąd się wzięło pani pisanie?

M. C.: Jako mała dziewczynka chciałam być Indianinem, zamiast „Ani z Zielonego Wzgórza” czytałam książki typu „Winnetou”. Potem chciałam być lekarzem, ale i to mi przeszło. W pewnym momencie stwierdziłam, że będę dziennikarzem, i to mi zostało. Gdy robiłam maturę, a było to siedemset lat temu, w Liceum Ogólnokształcącym im. Żmichowskiej, przyszła do szkoły pani z kuratorium i pytała, gdzie kto chce iść. Byłam jedyną osobą, która chciała iść na dziennikarstwo. Wtedy na Uniwersytecie Warszawskim był taki wydział. Dowiedziałam się, że nie mam szans dostać się na wydział dziennikarski, ponieważ nie należałam do ZMP. Złożyłam więc papiery na anglistykę, chociaż wcale mnie to nie interesowało. Dostałam się – nie chcąc. Myślę, że dlatego się dostałam, że nie chciałam. Tak się złożyło, że wydział anglistyki i dziennikarstwa mieściły się w jednym budynku. Jako wolny słuchacz – wciąż marząc o dziennikarstwie – uczęszczałam na zajęcia sąsiedniego wydziału. Zauważył mnie prodziekan wydziały dziennikarskiego, opowiedziałam mu swoją historię i w następnym roku akademickim studiowałam już na wydziale dziennikarskim – od razu na drugim roku. po skończeniu studiów trafiłam do telewizji, potem zainteresował się mną program III Polskiego Radia i tak właściwie zostało do dziś.

 

Wywiad bardzo rzeczowy i konkretny, a przede wszystkim nie „przegadany”, co rzadko się zdarza w przypadku rozmowy dwóch kobiet. 😉 Pani Maria Czubaszek była charyzmatyczną osobą, odważnie wyrażającą swoje zdanie, przez co stała się postacią wyjątkową i podziwianą.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Małgorzaty E. Malickiej Boję się polityków i bandytów, „Rzeczpospolita”, Warszawa, 1991.

,,Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. III]: Wojciech Mann i Krzysztof Materna

RETROSPEKTYWA

W dzisiejszej części cyklu zobaczymy, co ciekawego do powiedzenia miał duet Mann&Materna. Wojciech Mann to pedagog, dziennikarz współpracujący z Radiową Trójką. Krzysztof Materna jest konferansjerem, satyrykiem, aktorem, reżyserem i producentem. Razem tworzyli telewizyjny talk-show Mann do Materny, Materna do Manna, który emitowany był w TVP1, w latach 1994-2001. Program składał się ze skeczy i parodii o różnej tematyce. W wywiadzie pod tytułem Nikt nas nie wymyślił, który przeprowadził Janusz R. Kowalczyk, dowiemy się m.in.: czy partnerstwo jest w Polsce możliwe, co skłoniło ich do współpracy oraz jak się dogadują. Zapraszamy!

Show biznes w rozrywce

Dziennikarz: Panowie zajmują się rozrywką teoretycznie jako redaktorzy, praktycznie jako autorzy i kabareciarze, utylitarnie jako przedsiębiorcy i właściciele firm: reklamowej Publicis FCB Poland i produkcyjnej MM. Dlatego nie postawię panom pytania, czy w Polsce istnieje show biznes. Z czego wynika sytuacja, że panowie zajmują się tym wszystkim naraz?

Wojciech Mann: Stąd właśnie, że w Polsce show biznesu nie ma. Doszliśmy do wniosku, że pewnych rzeczy lepiej dopilnować samodzielnie. W warunkach, jakie są, trudno wykonać produkt idealny, bo jesteśmy tylko sprawnymi amatorami.

D: Życie z rozrywki to nie zawodowstwo?

W. M: Jeśli o tym ma świadczyć pobieranie za coś pieniędzy, to oczywiście każdy jest zawodowcem, a zwłaszcza żebrak. Natomiast nie ma u nas zawodowstwa w sensie osiągnięcia perfekcji w danej dziedzinie. Naturalnie są samorodne talenty. Kulka genialnie gra na skrzypcach, co jeszcze nie znaczy, że Polacy są skrzypkami.

Krzysztof Materna: Zajmowaliśmy się rozrywką w różnych dziedzinach. Wojtek krytyką muzyczą, sferą jej promocji w radiu i kształtowaniem obyczajów na muzycznym rynku. Ja byłem dyrektorem artystycznym w ZPR-ach, gdzie wykonywałem produkcje promocyjne Bajora, Geppert, Obywatela GC. Nasze firmy są wynikiem czasów. Miały połączyć interesy artystów, Wojtka i moje. Tylko okazało się bardzo szybko, że każdy z tych artystów działa troszkę inaczej i zamiast zbierać wszystko do jednego, sztucznie utworzonego worka, woli pracować na własne konto.

Strona z Rzeczpospolitej z wywiadem Janusza R. Kowalczyka,

Strona z Rzeczpospolitej z wywiadem Janusza R. Kowalczyka, „Nikt nas nie wymyślił”, z Krzysztofem Materną i Wojciechem Mannem (zbiory własne).

Stopnie partnerstwa

D: Pan Krzysztof, jeszcze w duecie z Markiem Pacułą, zaczynał w Krakowie od pierwszych ,,Spotkań z Balladą”, które później z radiowych stały się telewizyjnymi. Pan Wojciech tworzył audycje muzyczne. Panowie uzupełniają się łącząc znajomość praktyki i teorii, a wasza współpraca jest jednym z niewielu chwalebnych przykładów na to, że partnerstwo w Polsce jest jednak możliwe…

K.M: Partnerstwo to podobny sposób myślenia na temat żartu. Pierwszą naszą pracą przed laty była żartobliwa audycja w ,,Trójce”. Zetknęło nas poczucie humoru. Drugi stopień partnerstwa wynika – wbrew tradycyjnej polskiej mentalności – z ustęp i uświadomienia sobie płynących z tego korzyści. Jeśli jeden z nas postawi kropkę, to drugi już się nie stara przebić z własnym żartem. Tworzymy duet i nie ma znaczenia, kto w nim jest dominantą, bo rozliczany jest duet, a nie jeden z nas.

W.M: I to jest ogromnie wygodne. Mam ten komfort, że przychodzę i mówię – Krzysiek, pociągnij dzisiaj, bo ja dziś nie bardzo… A gdybym był sam, to sobie bym tego nie powiedział, bo sam sobie niczego nie pociągnę.

Kompleks konferansjera?

D: Zapowiedź artystycznego występu nie może być śmieszniejsza niż późniejsza produkcja. Czy tego, że panowie zajęli się satyrą, nie spowodował swoisty ,,kompleks konferansjera”, który nie może przebić artysty?

W.M: Konferansjerka to jest nasz najpóźniejszy błąd. Artysta mówi monolog przez pięć minut i idzie do domu, a konferansjer musi czekać do końca imprezy, żeby powiedzieć do widzenia. Nasza twórczość kabaretowa wynika z wybredności. Nie objawiamy myśli na temat twórczości kolegów, ale mamy kilka ukochanych, a kilka mniej. Po paru latach wybrzydzania postanowiliśmy spróbować zrobić coś sami i to tak by było dobrze. I wystawiliśmy się na strzał. Łatwo było kogoś zapowiedzieć, zejść i… niech się artysta męczy, niż brać za wszystko odpowiedzialność. Za wszystko – nigdy w życiu nie pracowaliśmy z reżyserem. Nas nikt nigdy nie wymyślił.

K.M: Mój „kompleks” wziął się właśnie z obserwacji, ilu reżyserów zbiło na mnie kapitał. Konferansjerka, czyli rzeczowa informacja, mnie nudzi. Zawsze staram się coś zmienić, sprowokować. Zamiast taniego poklasku za opowiedzenie powtarzanego dowcipu, bazowałem na sytuacji, na zaskoczeniu.

D: Panowie chcą mi powiedzieć, że lubią zwischenrufy, spędzające innym konferansjerom sen z oczu?

W.M: To, co na festiwalu może stanowić trudność dla konferansjera, dla nas jest marzeniem. Kiedy zapowiem, że ktoś śpiewa, to prawdziwa radość zaczyna się dopiero wtedy, kiedy on nie wyjdzie, albo spadnie ze schodów.

K.M: Na festiwalu w Sopocie, na skutek niespodziewanej komplikacji technicznej trzeba było dać na żywo dwadzieścia minut swojego recitalu. Daliśmy – ja wcześniej, a Wojtek pięć lat później – recital konferansjerki. Niezależnie od siebie stworzyliśmy pewną konwencję kabaretowej konferansjerki, łączącej w sobie elementy przygotowania, improwizacji oraz umiejętności wykorzystania ładunku, który niesie koncert. A najważniejszą sprawą jest niezagubienie w tym wszystkim złotego środka, by wykonawcy nie zabić tym, co się robi przed nim.

W.M: Czyli szacunek dla występujących i dla publiczności. Powtarzając ten sam żart zupełnie nowej widowni czujemy się zażenowani. To nam się wydaje rodzajem zdrady. Jest to podejście bardzo niezawodowe! Mistrzowie komedii, taki Bob Hope i jemu podobni, trzaskają te same dowcipy przez tydzień lub dłużej, zanim nie dostarczą im nowych. A u nas to żenada… I nagle zetknęliśmy się z Jackiem Fedorowiczem, którego nie widzieliśmy na żywo przy pracy przez całe lata. Zobaczyliśmy, że on myśli podobnie. Jednego wieczoru wystąpił dwukrotnie, zmieniając czterdzieści procent swoich tekstów.

K.M: To naprawdę satysfakcja widzieć takiego mistrza gatunku, że on nie ma własnych piętnastu minut na estradzie i do widzenia, tylko w czasie ośmiogodzinnego maratonu kabaretowego jest ciągle czujny. Ktoś powiedział żart o Wałęsie – on skreślał ze swego monologu żart o Wałęsie.

W.M: Słuchał wszystkiego, co mówią nieznani mu jeszcze młodzi ludzie, pomagał im, podawał rekwizyty. Był elegancko ubrany i nikomu nie ukazał cienia pozy i dystansu.

Cóż więcej można dodać? Wywiad bardzo ciekawy, przez co przyjemnie się go czyta. Zgadzam się w stu procentach z Panami, że kawał opowiedziany drugi raz już nie działa tak samo (wiecie przecież dobrze, że nie lubię odgrzewanych kotletów). Jednakże należy też zrozumieć artystów, którzy są zapracowani i nie nadążą wymyślać co chwilę nowych żartów. Panowie Mann i Materna robili kawał dobrej roboty, szkoda, że już razem nie działają.

ANETA TABISZEWSKA

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Janusza R. Kowalczyka Nikt nas nie wymyślił, „Rzeczpospolita”, Warszawa, 1991.

Kabaretowa wędrówka szlakiem kabaretu [propozycja]

Kabaretowy Kraków.png

W ulubionym mieście każdy ma swoje ukochane ścieżki, tworzące indywidualną mapę przestrzeni. Trasy, którymi najchętniej się porusza, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Kiedy idę krakowskimi ulicami, wszędzie widzę ślady dawnego kabaretu.
Te sprzed ponad wieku, sześciu dekad a nawet sprzed kilku lat.

Moja droga zazwyczaj zaczyna się przy Placu Inwalidów. Karmelicka to ulica, przy której przez jakiś czas mieszkał Boy, a także Przybyszewski. To ulica Bagateli, dla której Tadeusz Żeleński, według anegdoty, wymyślił nazwę, a która teraz obrała go sobie za patrona. To także, od niedawna, Teatr Szczęście, gdzie Klaun Feliks dzieli się sceną z Andrzejem Talkowskim, Ściborem Szpakiem, Impro KRK, Kabaretem A JAK! I wieloma innymi wspaniałymi artystami współczesnego kabaretu. I wcześniej ulica Rajska z piosenki Agnieszki Chrzanowskiej.

Na rogu Krupniczej w latach 20. XX wieku znajdowały się także kabarety futurystów. Jeden z nich nazywał się Katarynka, ale nie wiem o tych lokalach zbyt wiele. Na razie.

Idąc w stronę Rynku mijam Stary Teatr, w którym mam nadzieję jeszcze długo podziwiać mój ukochany zespół teatralny. Tam zobaczyłam ponad dziesięć lat temu urzekający spektakl Sto lat kabaretu… Krakowskie kabarety XX wieku. Mam wrażenie, że właśnie wtedy zaczęłam szukać informacji o Zielonym Baloniku.

Na rogu Szczepańskiej i Sławkowskiej spoglądam w lewo. Tam, w Hotelu Saskim, działał króciutko Kabaret Figliki, którego założycielem był Adolf Nowaczyński, literat z Podgórza. A gdyby pójść w tamtą stronę tylko kilka kroków dzieliłoby nas od Kabaretu Loch Camelot w Zaułku Niewiernego Tomasza.

Skręcam jednak w prawo i idę w stronę Pałacu Pod Baranami. Lata 50. zasiedliły tam pewną Piwnicę różnymi niebieskimi ptakami. Ale przynajmniej jeden z nich był czarny – Ewa Demarczyk, Czarny Anioł piosenki. Wcześniej jeszcze ulubiona piwniczna knajpa z ogródkiem, w którym latem można spotkać artystów – Vis-à-vis.

Idąc w stronę Floriańskiej mijam Bracką, na której nieraz rzeczywiście pada deszcz. Tam znajduje się Nowa Prowincja, lokal Grzegorz Turnaua. A na jednej z kamienic Michał Zabłocki wyświetlał swoje wiersze. Teraz wyświetlane są tam głównie wiersze innych autorów.

Na początku ulicy Floriańskiej stoi Hotel Pod Różą, w którym sypiają „zmęczeni podróżą”, jak pisała Agnieszka Osiecka. Z tym miejscem był związany Marek Grechuta. Kilka lat temu odbył się tam również Wieczór Z Kabaretem w ramach Festiwalu Podgórek. Idziemy dalej, w dół ulicy i docieramy do źródeł – niedaleko Bramy Floriańskiej czeka na nas Jama Michalika, w której w 1905 roku doszło do „pierwszego wybuchu śmiechu” – powstania kabaretu Zielony Balonik.

Tutaj mogłabym zakończyć swoją wędrówkę, ale zajrzę jeszcze na Szpitalną. Na przeciw Teatru Słowackiego znajdowała się kiedyś Kawiarnia Teatralna Ferdynanda Turlińskiego a w niej swoje harce rozpoczął PAON, zgromadzony wokół Przybyszewskiego zespół współtwórców pierwszego polskiego kabaretu.

Tak wygląda najczęściej przeze mnie używana mapa mojego kabaretowego Krakowa. Może przyda Wam się przy zwiedzaniu. Oczywiście nie zawiera wszystkich punktów podróży – brakuje na niej wielu miejsc spoza obrębu Plant, a także niektórych ze ścisłego centrum. Kiedy jednak mam ochotę po prostu powłóczyć się bez celu, najczęściej wybieram taką trasę. Nie zastanawiam się nad tym. Gdybym zaczęła drążyć temat, musiałabym przejść aż do Podgórza, zahaczając o inne dzielnice. Co również czasem mi się zdarza. A jak wyglądają Wasze krakowskie skojarzenia kabaretowe?

PAULINA JARZĄBEK

Retro-czar Ute [propozycja]

Retro-czar

Znalazłam ją przez przypadek. Szukałam czegoś o Edith Piaf, a może o Marlenie Dietrech? Nie pamiętam. Ale wiem, ze znalazłam znacznie więcej. Ute Lemper to niemiecka piosenkarka, która wykonuje piosenki obydwu wspomnianych pań i robi to znakomicie.

Już kilka razy o niej wspominałam, ale uznałam, że zasługuje na osobny tekst. Gdybym miała ją określić kilkoma słowami, powiedziałabym, że to współczesne wcielenie dawnego kabaretu. Oprócz piosenek Piaf i Dietrich piosenkarka wykonuje także utwory Bertolda Brechta czy Jacques’a Brela.

Ute jest również aktorką, grała w filmach, w musicalach, dubbingowała niemieckie wersje animacji Disneya. Jest wspaniałą interpretatorką, wkłada w wykonanie mnóstwo serca, utożsamia się szczególnie z bohaterkami utworów z repertuaru Edith Piaf i Marleny Dietrich. To z jej filmu o kabarecie tych pań dowiedziałam się o ich znajomości. Współpracujący z paryska diwą George Moustaki podarował jej piosenkę napisaną dla Piaf, której tamta nie zdążyła już wykonać.

Ute Lemper czuje się obywatelką świata, dobrze jej w wielkich miastach. Wspomniała kiedyś, że zarówno w Berlinie, jak i w Nowym Jorku czy w Paryżu czuje się u siebie. Sama w wielkim mieście. Poza niemieckim świetnie posługuje się angielskim i francuskim, utwory najczęściej wykonuje w oryginalnych językach. Nie boi się nowych aranżacji, ale często pozostaje blisko klasycznego wykonania. W jej wersjach pojawiają się elementy bigbandowe i jazzujące, zawsze jednak na pierwszym planie znajduje się interpretacja tekstu.

Tworzy kreację do każdego utworu, traktując go jak mini show. Każda piosenka to osobny spektakl, często inny kostium. Pracuje nad koncertami z choreografem, aranżerem. Szuka swoich sposobów wykonania.

Posiada niezwykle bogatą mimikę i potrafi przejść płynnie od rozpaczy do euforii, cały czas prezentując jedną postać. Zmusza widza do podążania za przedstawionym przez nią światem. Jest pewna siebie, ale podchodzi do interpretowanych utworów z ogromnym szacunkiem, równocześnie wydobywając ich kabaretowe smaczki. Nie zapomina o pochodzeniu tych piosenek.

Ute ożywia na scenie międzywojenny kabaret europejski. Polecam jej wykonania jako wstęp do dawnego kabaretu piosenki.

Przyznaję, że słabo znam jej niekabaretowe realizacje, ale te, o których wspomniałam są zachwycające. Jeśli macie ochotę wejść w świat Ute Lemper, polecam film In serach Of Cabaret.

PAULINA JARZĄBEK