35 wspomnień na 35. Festiwal PAKA

35 paka

Choć już od kilku lat nie uczestniczę w organizacji festiwalu, nadal mam do niego sentyment. Te sześć lat, które spędziłam w PACE jako wolontariuszka, zapewniły mi wiele wspaniałych chwil i smaczków do kolekcji wspomnień. Właśnie zaczyna się się PAKA numer 35. Z tej okazji przytaczam 35 wspomnień i skojarzeń z PAKĄ. Kolejność jest zupełnie przypadkowa.

1. Labirynty Rotundy.

Dzięki PACE dowiedziałam się o wielu przejściach, drzwiach i bramkach, o których jako widz nie miałam zielonego pojęcia.

2. Kabaretowa.

To była kawiarnia! Zanim dołączyłam do pakowej ekipy, przychodziłam tam na kawę. Ot tak, z miłości do kabaretu, bo lubiłam to miejsce. A potem nadszedł czas legendarnych afterów i godziny spędzone na rozmowach przy oczekiwaniu na werdykt konkursowy.

3. Ludzie

Oczywiście rozmów by nie było, gdyby nie otaczali mnie wspaniali ludzie: z wolontariatu, z biura, z kabaretów. Z niektórymi mam kontakt do dzisiaj

5. Werdykty w małej sali Rotundy

Poprzedzone albo dzikimi imprezami, albo heroicznymi próbami dotrwania do rana. No i oczywiście słynne okrzyki: „Hańba!”, „Ujma!”, „Gdzie jest Macież?”, w trakcie ogłaszania werdyktu.

6. 25. PAKA

Moja pierwsza jubileuszowa PAKA, ale jeszcze „w cywilu”. Ależ mnie fascynowali ci wszyscy kabareciarze na korytarzach. After i nocną Kabaretową pamiętam do dzisiaj. Wszystko tonęło w mgiełce papierosowego dymu a my z przyjaciółką wyszłyśmy z Rotundy nad ranem.

7. Fascynacja

Coś, co utraciłam, a było mi dane na samym początku bycia w PACE, to kompletne, nieokiełznane zafascynowanie tym, że obok mnie właśnie przeszedł Jabbar, Grzegorz Halama, Góral, albo, daj Boże, Władysław Sikora. Już nie mówiąc o składzie Łowcy.B, Kabarecie Hrabi i mojej wczesnej miłości kabaretowej, Formacji Chatelet.

8. Kulisy kabaretowego przeglądu

Dzięki PACE po raz pierwszy mogłam zobaczyć, jak wygląda organizacja festiwalu kabaretowego od kuchni. To było bardzo ważne dla mnie doświadczenie. Od zawsze interesowało mnie, co dzieje się za tymi wszystkimi zamkniętymi drzwiami, gdzie widz nie ma dostępu.

9. Konkurs

Odkąd pamiętam w PACE najważniejszy był dla mnie etap konkursowy. Zawsze starałam się obejrzeć tyle pokazów konkursowych, ile tylko mogłam. Polecam. Tam zawsze zdarza się coś ciekawego.

10. 30 PAKA

30. PAKA obfitowała w świetne imprezy. Był przekrojowy kabareton, podsumowujący trzy dekady przeglądu i bal, po którym zostało mnóstwo kwiatów. I piękny plakat Ali Rzepy, mój ulubiony.

11. Telefon przy tyłku

Pamiętam, że specjalnie na PAKĘ zaopatrzyłam się w sukienki z kieszeniami, żeby zawsze mieć telefon przy sobie, choć postulat o tej tematyce, wystosowany do wolontariuszy i nie tylko, brzmiał bardziej dosadnie…

12. Kanapki

Nie macie pojęcia, jak potrafią smakować kanapki, uszczknięte w biegu z cateringu. Ratowały nam życie.

13. Biuro

Najbardziej lubiłam pierwsze biuro, w ciemnych zaułkach Rotundy, składające się z biura właściwego, oraz biura numer dwa, z bardzo pojemnym prysznicem, który służył za magazyn rzeczy wszelakich.

14. Pergola

Ach, ta nieustępliwa pergola, strzegąca przejścia na małą salę przed ciekawskim wzrokiem widza… A ja mogłam przez nią przechodzić kiedy tylko chciałam. Fajnie, nie?

15. Kanapa

Pamiętam jak nosiliśmy kanapę z biura na dole na scenę dużej sali Rotundy, bo miała zagrać w kolejnym epizodzie „Spadkobierców”.

16. Red Bull

Swój pierwszy napój energetyczny wypiłam właśnie w czasie PAKI, kiedy było już naprawdę źle z moją percepcją, a recepcja sama by się nie obsłużyła.

17. Rotunda piąta rano

Tak nazywaliśmy stan, w którym znajdowaliśmy się po kilku dniach festiwalu. Stan magiczny, graniczący z cudem, lub apokalipsą zombie.

18. Tańczący kabareciarze

To były widoki. Kilku nigdy nie zapomnę. Niby tylko zwykła dyskoteka, niepozorne after party, a piorunujące wrażenia zapewnione.

19. Zubi

Nie było PAKI bez Zubiego. Miło wspominam pogawędki z nim. No i zawsze przywoził ze sobą coś smacznego. Wszystkiego dobrego, Zubi!

20. Artur Andrus w przebraniu świnki.

Myślę, że tutaj komentarz jest zbędny 😉

21. Aaaaaaaa!

Ale skoro jesteśmy przy Arturze Andrusie, to pamiętam, że ja i moje koleżanki nie mogłyśmy sobie odmówić żywiołowej choreografii do pewnej piosenki o starym Tacie Turku, co miał 6 zaradnych córek.

22. Kabaret 7 minut Po

Nadal jest to mój ideał kabaretu klasycznego. Jeśli któryś kabaret musiałabym nazwać swoim ulubionym, to byłby nim właśnie ten. A objawił mi się właśnie na PACE, dokładnie 29. No, co prawda mógł i wcześniej, gdyby nie to, że pokaz z wcześniejszej PAKI przedrzemałam na balkonie.

23. Balkon

O właśnie, balkon Rotundy był w czasie PAKI cenny jak złoto. Miejsce na balkonie oznaczało potrzebną chwilę wytchnienia i odpoczynku. Choć czasem ten odpoczynek mógł zamienić się zbyt niebezpiecznie w relaks przechodzący w drzemkę. Nie zdarzało mi się to zbyt często, ale jednak.

24. Garderoby

Po raz pierwszy mogłam zobaczyć, jak wyglądają garderoby, a także uczestniczyć w ich przygotowaniu. Zobaczyłam też, jak wygląda wejście na scenę. To było super.

25. Pozytywne zmęczenie

Po festiwalu potrafiłam spać do popołudnia, a potem i tak jeszcze kilka dni dochodziłam do siebie, ale to było dobre zmęczenie.

26. Roll-upy

Trochę się tego naustawialiśmy. Ja to nawet zaczęłam nosić własne haczyki do niektórych sztuk, bo nie zawsze były one kompletne. Pamiętam zbiorową pracę nad rozwijaniem roll-upów i banerów.

27. Recepcja

Na recepcji spędziłam wiele godzin. Za ladą też działo się wiele. Przede wszystkim wciąż ktoś przychodził pytać o różne rzeczy: od programu, po żelazko.

28. Prasowanie ściany

Zdarzało się i tak. Ścianę (a właściwie materiał z nadrukiem rozwieszony na ścianie) z wielką miłością i starannością prasowała między innymi Aneta. Widok był niezapomniany. Good Job!

29. Pierwsze recenzje

Dzięki PACE po raz pierwszy zaczęłam szerzej publikować swoje recenzje z wydarzeń kabaretowych. Wcześniej też mi się to zdarzało, ale PAKA pomogła mi rozwinąć tę umiejętność.

30. Wzajemna pomoc i wsparcie

Często doświadczałam takich dobrowolnych aktów pomocy w różnych sytuacjach okołopakowych, najczęściej ze strony innych wolontariuszy, ale nie tylko. Może to nie jest bezpośrednio związane z festiwalem, ale pamiętam, że tak było. Drobne akty życzliwości mają naprawdę ogromną moc.

31. Tablica

Przy okazji 30. PAKI powstała tablica z nazwiskami osób, które w czasie tych trzech dekad były dla PAKI w jakiś sposób ważne. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam się tam również ja. To było naprawdę miłe.

32. Dyskusje kabaretowe

PAKA to godziny spędzone na rozmowach o kabarecie, często z zainteresowanymi.

33. Pizza

Pamiętam taką scenkę: siedzimy w drugim biurze PAKI (tak, tym z magazynem pod prysznicem) z kilkoma osobami, czekając na werdykt. Jest po północy. A przed nami leżą pudełka z pizzą. Nigdy mi tak pizza nie smakowała, jak w czasie PAKI.

34. Sen

Kiedy jakoś trzeba było dotrwać do gali, a wracać do miejsca noclegu już się nie opłacało, bo już było bardziej rano niż noc, spało się w każdym dostępnym miejscu. Ach te drzemki. Odkryłam, że spać można naprawdę wszędzie.

35. Pudło

Była sobie piosenka „Pudło” Kabaretu 7 minut Po. Było sobie ogromne pudło – mieszkanie Grzesia i jego rodzinki z piosenki. I było zwiedzanie. Tak. Widziałam jak mieszka Grześ od środka. Takie raczej M1.

Tutaj zamknę swoją listę, pokaźnych rozmiarów, choć pewnie jeszcze kilka punktów bym wydobyła z czeluści pamięci. Ach, wspomnienia! Bywało różnie, ale cieszę się, że byłam blisko przez te sześć lat.

A wszystkim miłośnikom kabaretu nieustannie polecam część konkursową PAKI – w tym roku 12 i 13 kwietnia w Nowohuckim Centrum Kultury.

PAULINA JARZĄBEK

Wesołych Świąt!

Radosnych Świąt! verbum

Każdy to zna: wigilia i Święta Bożego Narodzenia mają magiczną moc gromadzenia wszystkich rozbieganych ludzi w rodzinnym gronie. I chociaż czas nas goni, to i ten blog chciałby zatrzymać się na chwilę i przypomnieć Wam o sobie od święta.

Życzę Wam, aby uśmiechy na Waszych twarzach wywoływały nie tylko sporadyczne wyjścia na występ kabaretowy, ale także codzienne, drobne radości. Ponućcie kolędy, zjedzcie serniczek i nie żałujcie sobie mandarynek.

Niech Wam będzie dobrze, radośnie i kolorowo. Miłego odpoczynku.

PAULINA

Verbum Na Polu

 

PS: OK, przysnęło nam się, ale nie napisałam jeszcze ostatniego słowa. To tylko taka hibernacja 😉 Do poczytania!

„Bombonierka Madame Kakadu”. O łączeniu stylistyk [recenzja]

Co?

Bombonierka Madame Kakadu, czyli spontaniczne (pod)wieczorki z drag queen

Kto?

Papina McQueen – Stewardessa w przelocie, Ka Katharsis, Lady Brigitte, Bibi La Montes, Victor Febo

Kiedy?

08.09.2018 r. o 19:00

Gdzie?

Teatr Barakah

We wrześniu miałam okazję uczestniczyć w ciekawej formie komediowej w Teatrze Barakha. Była to „Bombonierka Madame Kakadu, czyli spontaniczne (pod)wieczorki z drag queen”. Długo zastanawiałam się, co napisać o tym wieczorze, bo coś napisać chciałam. Najbardziej interesującym aspektem tego show wydaje mi się niecodzienne zestawienie spektaklu teatralnego ze stand-upem, pokazem iluzji i numerami rodem z rewii drag queen. „Bombonierka” jest także spektaklem- serialem – ja uczestniczyłam w odcinku numer trzy.

Tytułowa bohaterka dziwnym trafem nigdy nie może dotrzeć na swój show, więc ofiarnie zastępuje ją przyjaciółka. To w wielkim skrócie jest tematyka spektaklu teatralnego, z lekkim wątkiem kryminalnym, gdzieś w tle. I zadatkiem na porządną farsę. Ową ofiarną przyjaciółką jest Papina McQueen, czyli Paweł Rupala, którego krakowscy widzowie kojarzą zapewne ze stand-upem w formie drag show, „Papina McQueen – Stewardessa w przelocie”. Tutaj pokusiłabym się nawet o określenie one man show.

Wszystkie wieczory współtworzyli także zaproszeni goście. 8 września byli to iluzjonista Victor Febo oraz trzy drag queen: Lady Brigitte, Ka Katharsis i La Bibi Montés. Goście zaprezentowali program z jedynej rewii drag queen w Polsce numer dwa: „Life and Diamonds” (o tym wydarzeniu pisałam na stronie nawiasotwarty.pl, więc zapraszam do lektury pod tym linkiem).

I muszę przyznać, że chociaż nie przemawia do mnie zbytnio stylistyka stand-upu (wiadomo, zależy od stand-upu) a na scenie preferuję raczej humor Starszych Panów, to „Bombonierka” oraz jej standupowo-teatralno-rewiowa forma przekonują mnie całkowicie. Ten spektakl nie próbuje udawać wielkiej sztuki dramatycznej, nie sili się też na wymuszoną śmieszność, doskonale operuje środkami stylistycznymi z zakresu rewii drag queen, kabaretu estradowego (takiego rewiowego właśnie) no i jeszcze do tego wszystkiego zaprasza widzów do świata iluzji. Nie wszystkie żarty muszą trafić w mój gust, żebym mogła całość postrzegać jako ciekawą propozycję rozrywkową dla wielu osób. Bo znajdą tutaj coś dla siebie i ci, którzy szukają w rozrywce tego teatralnego sznytu i umowności, i ci, którzy chcą po prostu przez godzinę z hakiem nie myśleć o świecie zewnętrznym, pośmiać się a może i odrobinę powzruszać.

Wspomnę jeszcze krótko o moich ulubionych momentach tego wieczoru. Jednym z nich jest duża iluzja z pudłem przeszywanym parasolkami, w wykonaniu Victora Febo, Papiny McQueen i Ka Katharsis. Widziałam drugi raz i drugi raz zrobiła na mnie wrażenie. Bardzo lubię sposób, w jaki Victor działa na scenie, polecam sprawdzić to osobiście.

Drugim takim momentem, który bardzo zapadł mi w pamięć, była piosenka śpiewana przez Papinę McQueen na żywo, co jest w sumie rzadkością wśród drag queens. Gratuluję odwagi.

No i wreszcie mogłam przyjrzeć się z bliska fenomenalnej charakteryzacji Ka Katharsis, bo zapobiegliwie usiadłam nieco bliżej, niż w czasie rewii „Life and Diamonds”. I muszę powiedzieć, że było warto. Katharsis to fantastyczna postać sceniczna, pełna niedomówień i smacznych dla widza niedopowiedzeń. Zdecydowanie moja ulubiona artystka z repertuaru drag show.

Lubię połączenia stylistyczne na scenie. Nadają temu, co oglądamy jako widz dodatkowych rysów, smaczków i możliwości interpretacji. I taka była „Bombonierka Madame Kakadu”. Działo się w niej dużo, szybko i było zabawnie. Dzięki za oderwanie myśli od szarości dnia.

A jeśli mielibyście ochotę obejrzeć jakiś spektakl z udziałem drag queen, to już dzisiaj, 29 września, startuje czwarta „jedyna rewia drag queen w Polsce” – „Królowe Dansingu”. Wypatrujcie kolejnych terminów.

PAULINA JARZĄBEK

Lektura na wakacje: Andrzej Janeczko, „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie”

Andrzej Janeczko, Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie, wyd. Dom Wydawniczy Księży Młyn, Łódź 2017

Janeczko książka

Kończy się ostatni, deszczowy weekend tych wakacji. W moim mini cyklu o wakacyjnych lekturach chciałabym jeszcze wspomnieć o książce, której recenzję, autorstwa Andrzeja Domagalskiego, już publikowałyśmy gościnnie na naszym blogu. Tutaj więc nie będzie wyczerpującej recenzji, raczej spis kilku prywatnych wrażeń i przemyśleń. Ta pozycja wydaje mi się znakomicie spełniać wymogi książki odpowiedniej na wakacje, i nie tylko. Ja nie mogłam się oderwać.

Andrzej Janeczko napisał „Trzeci Oddech Kaczuchy. O życiu i scenie” w sposób lekki i przyjemny w odbiorze, ujmując historię Kaczuch w serię anegdotycznych opowiastek. Jest o czym opowiadać. A do bohaterów tych historii natychmiast czuje się sympatię. Podoba mi się nie do końca linearne przedstawienie faktów, które przypomina snucie opowieści przy ognisku, a nie spisywaną punkt po punkcie, według ścisłego planu, biografię w encyklopedii.

Książka jest pięknie wydana, zawiera wiele czarno-białych zdjęć oraz ilustracji, w tym grafik wykonanych przez autora. Czyta się ja niemal jednym tchem, odkrywając z zadowoleniem kolejne smaczki. Dodatkowo książka zawiera nieco tekstów piosenek Trzeciego Oddechu Kaczuchy, co dla mnie stanowi wartość dodaną.

Co ciekawe, opowieści z życia prywatnego autora oraz Mai Piwońskiej czyta się z podobnym zainteresowaniem, jak wszystkie anegdoty związane ze sceną i kulisami. Teraz naprawdę muszę lepiej poznać twórczość Kaczuch. Dla mnie to raczej nietypowa kolejność bo zazwyczaj, zanim sięgnę po czyjeś zapiski kronikarskie, biograficzne itp., już bardzo dobrze (lub w zadowalającym mnie stopniu) znam twórczość ich bohatera. W przypadku Trzeciego Oddechu Kaczuchy znałam zaledwie kilka tytułów. Nic straconego – będę nadganiać te zaległości z przyjemnością.

Tym bardziej, że wraz z książką otrzymałam na stronie tytułowej przepiękną, osobistą dedykację, za co Panu Autorowi z całego serca dziękuję. Dzięki niej czytało mi się te opowieści życiowo-sceniczne jeszcze przyjemniej.

Polecam serdecznie. Znajdziecie tutaj wiele znajomych nazwisk, trochę realiów ze słusznie minionej epoki, liczne zwierzaki (przy)domowe, nieco sztuki graficznej i całe garście humoru, ale i powagi, tam gdzie trzeba. Książka spodoba się artystycznym duszom i wszystkim tym, którzy szukają swojej drogi w świecie sztuk scenicznych. Może nie sprzeda Wam złotego środka rozwiązującego wszystkie problemy, które na tej drodze spotkacie, ale pokaże Wam, że nawet jeśli natraficie na szlaban, zawsze można go jakoś obejść, by iść dalej. A przy tym jest po prostu barwną opowieścią o barwnych ludziach.

PAULINA JARZĄBEK

Lektura na wakacje: Tadeusz Żeleński, „Reflektorem w mrok”

Tadeusz Żeleński (Boy), Reflektorem w mrok, Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985.

reflektorem w mrok.jpg

Najpierw deszcze niespokojne, teraz upały – tyle okazji do sam na sam z książką! Korzystajcie! Wśród książek, do których lubię wracać, znajduje się zbiór felietonów Boya, „Reflektorem w mrok”. Moje wydanie pochodzi z 1985 roku, ma pożółkłe kartki i zalicza się do grona książkowych „cegieł”. Jest także jedną z najprzyjemniejszych w odbiorze książek, jakie miałam w swoich rękach.

Jeśli lubicie czytać biografie i książki dokumentalne, w tym tomie znajdziecie wiele dla siebie. Teksty Tadeusza Żeleńskiego są pisane pięknym językiem, pełne humorystycznych anegdot o świecie dawnej, krakowskiej (i nie tylko) bohemy, przemyśleń na temat kultury i społeczeństwa sprzed wieku i tego wszystkiego, co stanowiło pożywkę dla publicystów i satyryków z tamtych lat. Znajdziecie tutaj plotki, półprawdy i całe prawdy o dawnym Krakowie, Zielonym Baloniku, teatrze, salonach, dziennikach, artystach i wydarzeniach, z zastrzeżeniem, że nie zawsze wiadomo, do której kategorii można zaliczyć wpis Boya.

Sama czytałam ten zbiór już kilka razy i na pewno jeszcze do niego wrócę. Choć każdą z 650 stron wypełnia drobny druk, pozbawiony ilustracji, nie przeszkadza mi to w wyświetlaniu sobie w wyobraźni całych filmów, opartych na tych tekstach. Zwłaszcza, że Boy pisze plastycznie, obrazowo i tak, że czytelnik odnosi wrażenie dotykania mebli Wyspiańskiego, wdychania dymu cygar w kawiarni i stąpania po nierównym bruku.

Zanim sięgnie się po znane wszystkim „Słówka”, dobrze jest zanurzyć się na chwilę w tym świecie widzianym oczami Boya-prozaika, publicysty i kronikarza. „Reflektorem w mrok” to świetny pomysł na letni wypoczynek z książką. Znajdziecie tutaj sprawy poważne i mniej poważne, lekkie i wagi ciężkiej, a wszystko to spisane sprawnie i w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury aż do ostatnich stron.

PAULINA JARZĄBEK

(Nie)przeciętny piątek 13 z SMKKPM [recenzja]

SMKKPM_Solvay.jpg

Co?

Smkkpm/ Solvay / Kraków [Solvay Nocą]

Kto?

Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn

Kiedy?

13.07.2018, 20:00

Gdzie?

Centrum Sztuki Solvay

Przysięgam, próbowałam bawić się przeciętnie, a przynajmniej średnio, zgodnie z filozofią Sekcji Muzycznej Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn, ale nie podołałam. Mimo moich wysiłków, bawiłam się wspaniale! Oto przepis na mini wakacje w mieście – koncert SMKKPM. To był najlepszy piątek 13, jaki mi się ostatnio przydarzył. A wszystko to w ramach cyklu Solvay Nocą (który zgrabnie wyewoluował z Wrzosu Nocą, i chwała mu za to).

Są takie grupy, które raz pokochane, pozostają z nami na dłużej. „Kuźnia” zdecydowanie znajduje się w tej kategorii. I to chyba jedyna kategoria, jaką potrafię i chcę obecnie przypisać do tej grupy.

Z pewnością piosenki „Kuźni” są zabawne, zaśpiewane na luzie i wypełnione mini historiami, które wciągają słuchaczy w opowieść, wkręcają się zgrabnymi refrenami i sprawiają, że nie można przestać ich nucić. Ja wciąż to robię. Piosenki SMKKPM mają po prostu moc przyciągania.

Znacie to uczucie, gdy, nieraz mimo zmęczenia, rozpiera Was narastające uczucie radości i chęci wykrzyczenia tej radości przed całym światem? No właśnie tak działają na mnie koncerty SMKKPM. Jak mi się chciało tańczyć! I śpiewać. Nie ukrywam, że obydwa te pragnienia zaspokoiłam, bo pod koniec koncertu lud słuchający ruszył na parkiet pod sceną. Wspaniale było znowu spotkać „Niebrzydką dziewczynę”, posłuchać zwierzeń „Superbohatera” i dowiedzieć się, jak tam „Piękny i bestia” sobie radzą w życiu. A to wszystko pod „Niebem pełnym gwiazd”.

Chociaż w moim sercu niepodzielnie rządzą nagrania z kuźniowej kuchni, te z początków grupy, nowe aranżacje utworów i ogólny muzyczny kierunek, w którym zmierza zespół, są mi również bliskie. Przekonałam się o tym w czasie piątkowego koncertu w Solvayu. Po dłuższej przerwie znowu mogłam zanurzyć się w tych dźwiękach, pośmiać się i zapomnieć o całym świecie za drzwiami. To nic, że chwilę wcześniej miałam zderzenie ze ścianą deszczu i jeszcze w sali dosuszały się moje włosy. To był znakomity, muzyczny urlop.

„Superbohater” to także bardzo dobra płyta, którą można zapętlać wielokrotnie. Potrzebowałam jednak takiego spotkania na żywo, żeby docenić te aranżacje w pełni. Panowie, naprawdę jesteście super! Było cudownie. Zapisuję koncert „Kuźni” jako antidotum na nieciekawą codzienność wszystkim, którzy uważają, że mają jeszcze czas, by dorosnąć. Nawet tylko w weekendy. A ja wracam do nucenia: „Mamy jeszcze czas, mamy go dość, mamy go wciąż, mamy jeszcze wciąż czas, by dorosnąć…”.

PAULINA JARZĄBEK

Więcej o koncertach w ramach Solvay Nocą: facebook.com/solvaynoca/

Strona SMKKPM: facebook.com/smkkpm/

Lektura na wakacje: Jeremi Przybora, „Piosenki prawie wszystkie” [recenzja]

Jeremi Przybora, Piosenki prawie wszystkie, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2005.

Jeremi Przybora - Piosenki prawie wszystkie

Wakacyjne lektury kojarzą się zazwyczaj z powieścią kryminalną albo lekkim romansem. A ja mam dla Was inną propozycję: tomik (a raczej tomiszcze) poetyckich tekstów piosenek Jeremiego Przybory.

Jeremi Przybora pisał pięknie i dowcipnie, czasem lżej, czasem poważniej, zawsze jednak wspaniałą polszczyzną, pełną gier słownych i niespodziewanych rymów. Wyłaniający się z jego tekstów świat, to świat fraków, dam, hrabin, ale i tanich drani, trupów w szafie czy na swój sposób uroczych upiorów.

To teksty, które kreują własną rzeczywistość, istnieją poza czasem i przestrzenią. Są uniwersalne, bo mówią o tym, co wspólne dla wszystkich epok, choć nie brakuje w nich aluzji do czasów, w których powstawały. Rozbawiają i wzruszają po równo – do łez.

Ich bohaterami są pewne typy ludzkie, stworzone na potrzeby tych właśnie małych fabułek, zamkniętych w formie piosenki. To daje nam dziesiątki mini historii w liryczno-zadziornej stylistyce.

W tym zbiorze znajdziecie teksty znane m.in. z Kabaretu Starszych Panów oraz te mniej popularne, pisane w różnych okresach i przy różnych okazjach. Poza piosenkami takimi jak „Jesienna dziewczyna”, „W kawiarence Sułtan”, „Ząb zupa dąb” czy „Przeklnij mnie!” książka ta zawiera więc także na przykład teksty z musicalu „Piotruś Pan” czy pisane dla Teatru Niedużego. Ten cały piękny, bogaty świat słów czeka tylko na to, abyście po niego sięgnęli i, strona za stroną, odkrywali wszystkie jego niuanse.

A ubawić można się przy tym wspaniale, zwłaszcza, gdy w pamięci szumią jeszcze znane melodie i majaczą czarno-białe obrazki z telewizyjnych realizacji. Jest co zwiedzać wśród tych tych poetyckich pejzaży, zabarwionych odrobiną ciepłego humoru, a czasem wybrzmiewających nieco ostrzejszym i przaśniejszym tonem. Lektura idealna na lato. I na każdy dowolny okres roku.

PAULINA JARZĄBEK