„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. I]: Tadeusz Drozda

RETROSPEKTYWA

Szukając materiałów do pracy magisterskiej, w gazetach lat 90. XX wieku, trafiłam na cykl zatytułowany „Poczet kabaretu polskiego”. Co tydzień, w weekendowych wydaniach, ukazywał się artykuł, zazwyczaj był to wywiad, z kabareciarzem lub osobą około-kabaretową. Wywiady interesujące, niejednokrotnie pokazujące oblicze kabaretu z tamtych lat. Postanowiłam zrobić z tego użytek i przedstawić je Wam, przynajmniej te najciekawsze fragmenty, na wirtualnych kartach naszego bloga. Zapraszam!

W dzisiejszej części wywiad z Tadeuszem Drozdą, satyrykiem, aktorem, komikiem, konferansjerem, twórcą kabaretu „Elita”, znanym szerzej publiczności jako prowadzący rozrywkowego programu, „Śmiechu warte”. Rozmowę przeprowadził Janusz R. Kowalczyk. Oto jej fragment:

Dziennikarz: Na kabaret w lokalu też się przychodzi raczej z wyboru.

Tadeusz Drozda: Kiedyś, gdy zaczynałem swój program w kawiarni „Nowy Świat”, dobijali się jacyś czterej panowie. Nie było miejsc, ale mieli widać duże przebicie, bo raptem specjalnie dla nich pojawił się stolik. Usiedli, posiedzieli dziesięć minut, wstali, wyszli. Okazało się, że czterech Niemców biznesmenów zobaczyło, że gra kabaret. Postanowili się zabawić. A tu stoi facet, ględzi coś po polsku, ludzie się śmieją, oni „nie kumają”. Zapytali kogoś, czy tak będzie cały czas, ludzie potwierdzili: Ja, ja. Jawohl. Na to oni: Danke schön. No i wyszli. Model kabaretu polskiego jest nieco inny niż światowego. Na świecie kabaret w kawiarni czy w lokalu kojarzy się z tańczącymi panienkami, strip-teasami, bajerami. U nas w kabarecie rozpanoszyła się polityka.

D.: Ale nie w pana tekstach. Pan uderza w obyczaj.

T. D.: Bo uważam, że robić kabaret polityczny to najprostsza rzecz. Myślę, że zabraknie mi pomysłów, to się wezmę do kabaretu politycznego. Wystarczy poszperać w gazetach z tygodnia – tu jakiś cymbał coś powiedział, tam ktoś się wypowiedział w Sejmie, ktoś się z kimś pokłócił, prezydent się odezwał – i już jest dziesięć tekstów. Wolę tworzyć humor, monolog, satyrę na obyczaj, na cechy narodowe, na to, co trwa dłużej niż tydzień.

D.: W telewizji jednak pan od tych „tygodniowych” form nie stroni.

T. D.: Mam w niedzielnym „Express Dimanche” okienko, w którym czasami coś powiem, o tym, co dzieje się dziś, jutro. To idzie po linii najmniejszego oporu. Dla mnie ideałem jest śmieszny utwór, w którym w ogóle nie ma polityki. Aktualny dzisiaj, za rok, a śmieszyłby też dziesięć lat temu. Taki utwór najtrudniej napisać.

D.: Za młodu zaczynał pan w kabarecie „Elita”…

T. D.: Sam go zresztą założyłem i zaangażowałem kolejnych jego członków. To było moje życie we Wrocławiu przez lat dziewięć. Ganiałem wszystkich do roboty, a głównie Kaczmarka. Był to facet, który potwornie nie chciał występować. (…) Lat temu jedenaście założyłem autorski „Kabaret na Parę”, w kawiarni „Galeria” w Warszawie. Wspierali mnie na scenie Łazuka i Gajos. Po „Czterech pancernych” był to drugi kabaret Gajosa. Wchodziłem także w skład ekipy Kabaretu Aktorów ZAKR. W kawiarni „Nowy Świat” miałem swój własny kabaret „Drozd”, w którym występowali również: Janowska, Śnieżanka, Daukszewicz i Komar. W drugim programie zatytułowanym „Piętro wyżej” byłem już samotny jak ten biały żagiel. Brałem też udział w różnych innych programach, np. w „Sekscesach” w Syrenie. Bo lubię.

D.: Jakby pan określił swoją publiczność?

T. D.: Widzę dużo młodzieży ze średnich szkół. Zauważyłem też, że sporo ośmio-, dziewięcioletnich dzieci mówi całymi fragmentami moich monologów z kaset. Ja już niektórych nie pamiętam, a one owszem. Najlepszy kontakt z publicznością mam w lecie na Wybrzeżu, w amfiteatrach czy domach wczasowych. Nie ma tam żadnego naganiania widza, każdy wchodzi na kupiony w kasie bilet. Cena biletu – choć uwielbiający narzekać Polak mówi, że to drogo – nigdy nie przekracza ceny butelki wódki. Ta kwota jest normą tego, co Polak jest w stanie wydać w każdej chwili. Czyli ma, tylko nie chce akurat wydać na czyjś występ i już. (…)

D.: Pan zarówno mówi teksty, jak i śpiewa . Ale nie ma pan przebojów. Czy te pana piosenki to tylko przerywniki do gawęd?

T. D.: Trochę lekceważę piosenki, to niedobrze. Ciągle wracam myślą do tego, żeby nagrać kasetę lub płytę z samymi piosenkami. Nie doceniam siebie jako piosenkarza, co jest chorobą artystów mówiących monologi. Śpiewając piosenkę myślę, że publiczność się nudzi, bo w tekście mówionym częściej przerywała mi śmiechem czy brawami. To kompleks komika. Może się wyleczę.

1

Jeśli miałabym skomentować te fragmenty wywiadu, z perspektywy wielbiciela kabaretu XXI wieku, to nasuwa mi się parę kwestii. Mianowicie: wywiad pokazuje, że kabaret polityczny był obecny w satyrze i w skeczach od zawsze. Nic dziwnego, że w latach 90. XX wieku był on na ustach wszystkich. Kształtowała się bowiem wtedy nasza scena polityczna, wyszliśmy z komunizmu, zapanowała wolność słowa. Nie powinien więc dziwić fakt, że polityka była tematem numer jeden.

Zgadzam się z Panem Drozdą, że jest to najłatwiejszy temat do rozśmieszenia ludzi, ponieważ kabareciarz znajduje inspirację na każdym kroku, tak jak też zauważył satyryk. Jednak polityka jest zagadnieniem uniwersalnym, ponadczasowym, więc, moim zdaniem, nie należy odbierać jako zarzutu czy rzeczy negatywnej stwierdzenia, że jest się kabaretem politycznym. Takie kabarety również są potrzebne, ponieważ jeszcze bardziej przerysowując scenę polityczna, ukazują jej absurdy.

Zgadzam się również w kwestii, że najtrudniej napisać utwór nie polityczny a taki, który będzie ponadczasowy. Według mnie w dzisiejszym świecie jeszcze trudniej taki skecz stworzyć, gdyż współczesne trendy bardzo szybko się zmieniają. Owszem, można się śmiać z przywar Polaków, takich jak narzekanie czy pijaństwo, ale to są długo ucierane zagadnienia, a jednak dzisiejszy świat wymaga płynięcia „z duchem czasu”. To co było modne pół roku temu, dziś już nikogo nie interesuje, bo coś innego jest na „topie”.

Kolejna sprawa to publiczność. Uczestnicząc w wielu wszelakich wydarzeniach kabaretowych, widzę, jak różnorodna ona jest. Młodych ludzi zazwyczaj jest najmniej, chyba, że są to imprezy organizowane specjalnie dla nich. Jednak na występy kabaretowe chodzą ci starsi, podejrzewam, że właśnie ci, o których mówi Pan Drozda w wywiadzie. Znajduję dla takiego stanu rzeczy jeden powód: w tamtych czasach było mniej takich wydarzeń, więc ludzie, w każdym wieku, chcieli w tym uczestniczyć. Dziś nawet nie trzeba z domu wychodzić, aby obejrzeć kabaret, wystarczy odpalić YouTube’a.

I ostatnia rzecz: piosenka. Jak zauważył Pan Tadeusz, jest ona traktowana marginalnie. I w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal tak jest. Z czego więc to wynika? Satyryk przedstawił punkt widzenia z perspektywy występującego, a ja przedstawię z perspektywy widza. Początkowo nie przepadałam za piosenkami tego nurtu, bo idąc na występ kabaretowy chciałam, aby artysta rozśmieszał mnie przez cały czas. Jakbym chciała posłuchać piosenek, to bym poszła na koncert, a nie na kabaret. I podejrzewam, że wiele osób tak ma. Jednak z czasem przekonałam się, że piosenki kabaretowe także potrafią rozbawić i, co najważniejsze, są potrzebne, aby złapać chwilę oddechu przed kolejnymi falami śmiechu. Istotne jest także to, że sfera ta rozwija się coraz prężniej, co bardzo cieszy.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z artykułu Janusza R. Kowalczyka, Może się wyleczę, „Rzeczpospolita”, Warszawa 1991.

Kabaretowe dzieciaki [artykuł]

Dzieciaki w kabarecie

Moje zdanie jest jasne – uważam kabaret za formę sztuki. Równocześnie jednak jest to sztuka, która powstaje dla rozrywki, często będąc wynikiem zabawy słowem, gestem, rekwizytem. I to zabawy dorosłych. Czy zatem w kabarecie jest miejsce dla dziecka? Jak najbardziej! Dla dziecka-tematu, dla dziecka-widza i dla dziecka-twórcy.  

Kabaret tworzony dla dzieci

Oferta kabaretowa, satyryczna i rozrywkowa dla dzieci poszerza się z roku na rok. Kabareciarze i improwizatorzy przygotowują programy specjalnie dla najmłodszych. Wystarczy dobrze poszukać. Swoją ofertę programową dla dzieci, w postaci programu Bez wąsów, ma w repertuarze nawet Kabaret Hrabi.

W Krakowie takie spektakle kabaretowe i około-kabaretowe dla dzieci proponuje Teatr Szczęście, a w nim m.in. Teatr Klauna Feliksa i improwizacje dla najmłodszych. Co najważniejsze, na takim spektaklu dobrze bawią się nie tylko dzieci, ale również ich rodzice.

Istnieją także programy, czy ich fragmenty, dla dorosłych, inspirowane baśniami, bajkami, historyjkami dla dzieci, które mogą być rozumiane na różnych poziomach. Przykładem niech będą tutaj Bajki dla potłuczonych, kabaretu Potem.

 

Kabaret z dzieciakami w tle

Dzieci goszczą na scenach kabaretowych także jako bohaterowie scenek czy piosenek. Ich  świat staje się wtedy metaforą rzeczywistości. Skecze o dzieciach i o problemach z nimi pojawiają się u różnych twórców kabaretowych i satyryków, w różnej formie. Jest to albo rezolutny Marcinek z Marzeń Marcina Dańca, albo lekko opętana dziewczynka ze starej scenki kabaretu Limo. Nieco bardziej opętana dziewczynka była niegdyś w repertuarze Kabaretu PUK. Ta grupa ma chyba słabość do dzieci z nadprzyrodzonymi zdolnościami, bo w jednym z programów pojawił się chłopiec-jasnowidz. Kabaret Smile prezentował współczesny świat oczami małych chłopców, z czego jeden pochodził z przyszłości. Już nie wspominając o lekko drastycznym skeczu Ścibora Szpaka, w którym rekwizytem był lalkowy bobas (ależ mnie to bawiło!).

Dziecięcy świat jest jednym z tych źródeł inspiracji, które nigdy nie wysycha. I pozwala spojrzeć z ironią także na nas samych sprzed lat.

 

Kabaret tworzony przez dzieci

Pojawia się także coraz więcej inicjatyw, w których to dzieci stają się twórcami. Powstają warsztaty, kółka, dziecięce grupy teatralne przy szkołach i domach kultury. Spotkałam się z takim prężnie działającym środowiskiem kabaretowym, w którym rządzą dzieci, przy okazji Inkubatora Kabaretowego. Kolektyw, o którym mowa, to Łapanowskie Grupy Kabaretowe, animowane przez Piotra Musiała, gdzie powstało kilka dziecięcych i młodzieżowych grup kabaretowych. Na razie grywają głównie covery klasyków współczesnego kabaretu, ale powoli próbują swoich sił także w autorskiej twórczości. Najważniejsze, że mają zapał i entuzjazm, napędzający do dalszego działania.

W krakowskim Kinoteatrze Wrzos działał także przez pewien czas kabaret Inwokacja, który był wynikiem warsztatów prowadzonych przez Kabaret 7 minut Po. Ta grupa tworzyła własny repertuar.

Kabarety zakładane przez dzieci mogą inspirować się, jak Łapanów, twórczością starszych kolegów, tworzyć własne scenki, jak Kabaret Inwokacja, lub opracowywać programy pisane specjalnie dla nich. Znam jeden taki zbiór tekstów rozrywkowo-kabaretowych, których autorką jest Wanda Chotomska. To Kabaret na jednej nodze, zawierający zabawne scenariusze, oparte na znanych mitach i historiach.

W tym roku Stowarzyszenie PAKA organizuje także po raz pierwszy Młodszą Pakę – Przegląd Kabaretów Młodzieżowych, we współpracy z Miejskim Ośrodkiem Kultury w Jarosławiu.  Celem przeglądu jest edukowanie i rozwijanie zainteresowania młodzieży twórczością kabaretową oraz integracja środowiskowa. O tym, jak uda się zrealizować założenia w czasie pierwszej edycji wydarzenia będzie można przekonać się niebawem, bo już 25-26 maja. Więcej na temat znajdziecie na stronie PAKI (www.paka.pl).

Środowisko kabaretowe czeka na młodych twórców z otwartymi ramionami: na ich inwencję, radość życia i energię. Cóż, że czasem nie wszystko udaje się zrealizować według planu. Zawsze warto próbować. Może warto też zachęcić kabaretowych autorów, by pisali dziecięcy repertuar, który sprawdzi się także u dorosłych. I może należy dać szansę młodemu pokoleniu – pewnie gdzieś tam czają się nowe, kabaretowe gwiazdy.

PAULINA JARZĄBEK

Publicysta w kabarecie [artykuł]

PUBLICYSTA W KABARECIE.png

Pisząc o historii kabaretów europejskich wielokrotnie wspominałam, że były one mocno związane ze środowiskami dziennikarskimi. Chciałabym w tym tekście rozwinąć wątek publicystów, dziennikarzy i karykaturzystów, którzy tworzyli pierwsze kabarety. Oczywiście, nie ma tu miejsca na pokaźnych rozmiarów opracowanie naukowe, więc skupię się tylko na kilku nazwiskach i tytułach.

Liberum Veto i inne

Zacznę od wymienienia pism satyrycznych, wokół których skupili się twórcy Czarnego Kota, Zielonego Balonika i Jedenastu Katów. Zdaję sobie sprawę, że często nawiązuję do tych trzech grup, ale stanowią one reprezentacje głównych cech kabaretu francuskiego, polskiego i niemieckiego z tamtych lat. W przypadku Chat Noir, pierwszego kabaretu, pismo pod tym samym tytułem (prawie: pełna nazwa brzmiała La Revue du Chat Noir) powstało w celach promocyjnych. Rudolf Salis uznał, że pomoże ono rozpropagować twórczość artystów związanych z Czarnym Kotem, więc jego główną treścią były wiersze, piosenki i karykatury. Ukazało się ponad 800 numerów pisma, w dwóch seriach, od 1892 do 1897 roku. Jeszcze nie zdążyłam zapoznać się z pełną historią pisma, ale jeśli macie ochotę, jeden z numerów możecie obejrzeć na stronie Galliki.

Ze względu na “reklamową” treść pisma, tematyką nie odbiegało ono od tego, co można było zobaczyć w Chat Noir: problemy społeczne, satyra codzienności, uliczne ballady, nurty artystyczne fin de siecle’u. Poza tekstami Bruant i innych literatów (np. Verlaine’a) można było w nim znaleźć ilustracje Steinlena, Willete’a czy Caran d’Ache’a (rysunki militarne).

Co do Jedenastu Katów, sytuacja była podobna do tej z Zielonego Balonika. Monachijski kabaret zawiązał się wokół pisma Simplicissimus, w którym królowali graficy i karykaturzyści, szczególnie T. T. Heine i Ernst Neumann. Dzięki ich satyrycznym rysunkom pismo było bardzo popularne i nieco tej popularności odstąpiło Jedenastu Katom, bo ci sami twórcy projektowali plakaty i litografie dla kabaretu. Samo pismo powstało w 1896 roku, czyli pięć lat przed powstaniem Die Elf Scharfrichter, a jedna z legend założycielskich głosi, że to w jego redakcji pojawiła się myśl o utworzeniu kabaretu. Nie bez znaczenia był tutaj polityczny profil pisma. Swoje teksty publikował w nim m.in. Frank Wedekind.

Zielony Balonik swoich karykaturzystów pozyskał ze środowiska skupionego wokół pisma Liberum Veto, w którym także rządziła karykatura i rysunek satyryczny. I chociaż Zielony Balonik uparcie migał się od bezpośredniego nawiązywania do polityki, to wraz z czołowymi twórcami Liberum Veto przejął chęć zabawy w, jak to pisał Tomasz Weiss, “artystycznym gronie”. Stamtąd trafił do kabaretu m.in. Kazimierz Sichulski. Obrazy, grafiki i karykatury zasłaniały ściany Jamy Michalika i były jednym ze sposobów na tymczasowe opłacanie długów u właściciela.

Z Liberum Veto był związany także jeden z filarów Balonika – Adolf Nowaczyński: dramatopisarz, publicysta, satyryk, literat. Najpierw zwolennik Boya, w późniejszych latach jego krytyk, nazywający poglądy kolegi “boyszewizmami”. Niemniej jednak stosunek obu panów do Krakowa był podobny – mimo wyprowadzki do Warszawy zawsze ciepło wspominali Królewskie Miasto, choć w spojrzeniu Neuwerta było więcej ciemnych barw i gorzkich smaków.

Nowaczyński pisywał m.in dla pisma Świat, w którym opublikował reportaż Igraszki Zielonego Balonika (w 1909 roku). Na mojej półce czekają dwa tomy jego felietonów. Kiedy tylko się z nimi zapoznam, na pewno podzielę się tutaj swoimi wrażeniami.

W Krakowie było także pismo artystyczne, Życie, o którym pisałam już sporo. To w nim powstały założenia Młodej Polski i tam też gromadzili się zwolennicy Przybyszewskiego, którzy potem przenieśli się do Jamy Michalika. Wśród nich m.in. Boy i Nowaczyński. Nam jednak idzie o dziennikarskie komentarze do rzeczywistości, a nie do sztuki.

W przyszłości napiszę więcej o pismach satyrycznych. Tutaj wystarczy nam tych kilka zdań. Ogólnie mamy więc do czynienia z prasą rozrywkową. Jednak przyjrzyjmy się, co pisywali autorzy tekstów kabaretowych, gdy akurat nie składali zabawnych rymowanek.

Wokół Czasu

Poza sensacyjnym Ilustrowanym Kuryerem Codziennym  w galicyjskim Krakowie królował Czas – ostoja “Stańczyków” i tradycji. Czyli po prostu konserwatyzmu na modłę rozbiorową. Czego by o tym piśmie nie mówić, wśród jego dziennikarzy znajdował się m.in najlepszy przyjaciel Boya-Żeleńskiego, Rudolf Starzewski (Dziennikarz z Wesela), późniejszy redaktor naczelny, a także współautor zielonobalonikowych szopek, Witold Noskowski. Wesoło musiało być w czasowej redakcji.

Wspomniany wyżej Nos, zwany również Taperem, w Baloniku przygrywał na klawiszach, a po Baloniku pracował m.in w Kurierze Warszawskim, Dzienniku Powszechnym a następnie w Kurierze Poznańskim, gdzie redagował “Dział Kultury i Sztuki”. Pisywał rzetelne recenzje teatralne, wykazujące się znajomością rzemiosła.

Nie mogłabym nie wspomnieć tutaj także o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim. Lekarzem był może koszmarnym, ale jeszcze będąc w Zielonym Baloniku, zaczął pisywać (zresztą na początku do Czasu właśnie) wspaniałe, rozbudowane recenzje teatralne, które czyta się niczym najlepszą literaturę społeczną, bo, poza sprawami teatru, dotykają obszaru współczesności autora. Zebrał je później w serii Flirt z Melpomeną. Ponadto pisywał felietony o różnych sprawach społecznych. Najważniejsze są chyba te wydane później jako Piekło kobiet. Ostatni tom swoich m.in. publicystycznych tekstów złożył do druku kilka dni przed tragiczną śmiercią we Lwowie w 1941 roku. Przez lata książka ta była zaginiona. Kilka lat temu opracowanie W perspektywie czasu ujrzało wreszcie światło.

To tylko niewielki wycinek prasowej historii kabaretu. Sama wiem jeszcze niewiele na ten temat, więc każda kolejna lektura wywołuje u mnie okrzyk zdumienia. Wiele jeszcze do odkrycia. Mam nadzieje, że ten tekst rzuca nieco więcej światła na dawny kabaret i daje mu dodatkowy kontekst, dzięki któremu można pełniej odczytać założenia twórców. Pokazuje także sposób, w jaki kabaret wrastał w życie ogółu. Bo ukształtowane w kabaretach poglądy i osobowości odciskały swoje piętno na prasie, a ta niosła je dalej w świat i nie zawsze było to przesłanie okraszone śmiechem.

Więcej na ten temat znajdziecie np. w książce Tomasza Weissa, Legenda i prawda Zielonego Balonika, o której pisałam tutaj.

PAULINA JARZĄBEK

Piotr Bałtroczyk „Mężczyzna z kijowym peselem” [relacja/recenzja]

Co?

Mężczyzna z kijowym peselem

Kto? 

Piotr Bałtroczyk

Kiedy?

23.04.2017 r.

Gdzie?

Krakowski Teatr Variete

23 kwietnia 2017 roku, o godzinie 20:00, w Krakowskim Teatrze Variete miał miejsce występ znanego wszystkim konferansjera, Piotra Bałtroczyka. Program, z jakim artysta przyjechał do Krakowa, nazywa się „Mężczyzna z kijowym peselem”.

Drodzy Czytelnicy, jak już wiecie (a jest to prawda bardzo powszechnie znana) Piotr Bałtroczyk jest dla mnie GUREM*. Osobistością estradową jedyną w swoim rodzaju, znakomitym opowiadaczem przygód życiowych, a co za tym idzie i prawd życiowych (szczególnie cenię sobie Bałtroczykowe tezy, gdyż są najprawdziwszą prawdą), co tu dużo mówić, po prostu jest moim Mistrzem.

Zatem, drodzy Czytelnicy, ostrzegam Was przed tym tekstem! Nie znajdziecie tu faktów, ani stricte konstruktywnych uwag, a tym bardziej obiektywizmu.

Jednocześnie zapraszam Was do przeczytania tej relacji / recenzji, abyście mogli się dowiedzieć, co czuje osoba, która z Bałtroczykiem spotyka się już… Szósty? Siódmy raz? Jak zaśmiewa się przy nowych monologach, zastanawiając się, dlaczego ona tego wcześniej nie zauważyła. A z jaką przyjemnością przypomina sobie stare, dobre monologi, które gdzieś na drodze życiowej uleciały jej z pamięci.

Artysta rozpoczął swoje wystąpienie od legendarnego powiedzenia: „Witam Państwa w tej klimatyzowanej sali!”. I było wiadome, mimo że to nie jest TA klimatyzowana sala w Rotundzie, że będzie to dobry występ. Bałtroczyk zaczął od opowiedzenia anegdotek o miastach: Krakowie, Katowicach i Rzeszowie, z którymi był związany, a których jednocześnie się boi (bardziej Rzeszowa niż Krakowa i Katowic). I tak publiczność zgromadzona w teatrze dowiedziała się, że swego czasu festiwal pieśni w Rzeszowie trwał tydzień, właśnie dzięki  Bałtroczykowi, że artysta był w latach 80. kierownikiem Klubu „Pod Jaszczurami” (czego nawet ja nie wiedziałam! Rozumiecie to? Umknął mi taki fakt z życia Mistrza!) oraz, że miał jedną przygodę z hejnalistą.

Przy okazji Piotr rozwiązał zagadkę lekarskich drewniaków: dlaczego właśnie taki rodzaj obuwia zmiennego noszą lekarze w szpitalach? Odpowiedź  jest bardzo prosta, a nikt na nią nie wpadł, poza artystą: „Żeby pacjent, kurwa, czuwał.”

I ja również dowiedziałam się nowej prawdy życiowej: czasem człowiek może mieć mało krwi w alkoholobiegu. To jest tak życiowe, a przy tym tak prawdziwe i logiczne, że aż nie do uwierzenia. I powiedzcie mi, jak go nie wielbić?

Nie zabrakło również anegdotek na temat dworców autobusowych oraz kolejowych i gwarantuję Wam, że nie mijają się one z rzeczywistością, bo jeżdżę pociągami przynajmniej raz w tygodniu i niekiedy sama mam wrażenie, jakbym była w ukrytej kamerze. Przejedźcie się, a sami zobaczycie.

Ciekawą rzeczą, która pojawiła się podczas tego wieczoru, była reakcja występującego na spóźnialskich. Powszechnie artyści raczej nie zwracają uwagi na te osoby, nie przerywają swojego występu, lecz czasem zdarza się, że zażartują. Moim zdaniem  Piotr wybrnął z tego mistrzowsko  i muszę tę sytuację przytoczyć. Spóźnialska para schodziła schodami, praktycznie pod samą scenę. Wtedy artysta zachęcił ich do zajęcia swoich miejsc, po czym dodał: „Przepraszam, że musiałem zacząć. Trochę ludzi było przed Wami”. Ale na tym się nie skończyło. Druga osoba przyszła jeszcze bardziej spóźniona, na co Bałtroczyk znów postanowił zareagować. Tym razem zapytał, skąd owa spóźnialska przyjechała, na co ta mu odpowiedziała, że z Krakowa. Po tej odpowiedzi Piotr skwitował: ,,A ja z Olsztyna i się nie spóźniłem!”. Trafił w samo sedno, zarówno za pierwszym, jak i drugim razem, nie tylko według mnie, bo zebrał salwę oklasków.

Oczywiście nie zabrakło punktów programu potocznie zwanych „odgrzewanymi kotletami”, którymi były opowieści m.in. o Zdzisławie Habilitowanym, o przygodzie podczas Festiwalu Piosenek Serialowych w Opolu czy o przygodach z policją. Akurat o tych wątkach pisałam we wcześniejszej relacji, do odświeżenia tutaj. Jednak i to nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie, bo przynajmniej miałam okazję przypomnieć sobie historie, które gdzieś po drodze mi uleciały. Miło było je sobie powspominać.

Znanym zagraniem Piotra z publicznością jest pytanie o imię kobiety. Wiecie, o co chodzi: „Pani w pierwszym rzędzie, jak Pani ma na imię? –Aneta. – No trudno”. Słyszane siódmy raz już tak nie śmieszy, wywołuje jedynie lekkie podniesienie jednego kącika ust, ale pozostali zaśmiewają się w niebogłosy. I powiedzcie teraz, że w prostocie nie tkwi siła, taki prosty zabieg, a jaki przynosi efekty.

Wiele rzeczy działo się przez te dwie godziny występu i wiele opowieści snuł występujący, lecz nie chciałabym zdradzać wszystkich smaczków, coby nie psuć Wam zabawy, gdy sami wybierzecie się na występ Bałtroczyka. Przedstawiłam Wam jedynie parę opowieści, by Was zachęcić do wybrania się na monologi Piotra. No i też kolejna rzecz, nie chcę Wam za długo przynudzać, bo ja mogę go słuchać i pisać o nim godzinami, ale ja, to ja. 😉

Jednakż mam kilka przemyśleń na temat niedzielnego performance’u. Przez cały występ próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ja właściwie tak go uwielbiam? Początkowo trudno mi było znaleźć odpowiedź, ale, w miarę rozwijania się Piotra na scenie, olśniło mnie. Po prostu mamy podobne poczucie humoru, podobnie opowiadamy historie, choć mi do Mistrza jeszcze dużo brakuje. Ale coś w tym jest. Tak, to sposób w jaki snuje te swoje opowieści, jakich emocji przy tym używa, jaką ma ekspresje na scenie, to właśnie jest mi bliskie. Nawet bardzo bliskie. Złapałam się parę razy na tym, że w jego sposobie opowiadania zobaczyłam siebie. Zastanawiam się,  czy mam tak od urodzenia, czy nieświadomie zaczęłam czerpać inspiracje z jego występów. Wydaje mi się, że to pierwsze, ale głowy nie dam sobie uciąć. 😉

Dalej bardzo intryguje mnie, na ile jego opowieści są realne i wydarzyły się w jego życiu, a na ile ponosi go fantazja… I powiem szczerze – nie wiem. Dalej nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Choć prawdziwości niektórych opowieści jestem pewna, to innych w dalszym ciągu nie mogę rozszyfrować.

Przy każdej burzy śmiechu utwierdzałam się w przekonaniu, że Piotr Bałtroczyk nie jest mężczyzną z kijowym peselem. I wbrew temu, co zapowiadał na scenie, że pora kończyć karierę kabaretową, nie powinien tego robić. Bo jest w bardzo dobrej formie. Wiele monologów miał nowych, żeby nie powiedzieć, że większość. Energia, świeżość i entuzjazm dalej od niego biją. To czuć i widać. Scena to jego żywioł, co również można odczuć. Smutno byłoby nie móc już usłyszeć jego opowieści na żywo.

Polecam całym sercem występ pt. „Mężczyzna z kijowym peselem”, naprawdę warto!

*Nie wytykajcie mi błędu, to zabieg specjalny, kto słuchał monologu, ten wie o co chodzi, a kto nie słuchał, niech zajrzy do mojej poprzedniej recenzji, której link w tekście.

PS Zdjęcia z Mistrzem niestety brak, bo się śpieszył…

ANETA TABISZEWSKA

Recital Kabaretowy Artura Andrusa [recenzja / relacja]

Co?

Artur Andrus – Recital Kabaretowy

Kto?

Artur Andrus

Kiedy?

22.04.2017 r.

Gdzie?

Nowohuckie Centrum Kultury

arturandrus_biletyna

Artur Andrus, źródlo: http://www.biletyna.pl

Niepisaną tradycją stał się fakt, że chodzę na wszystkie krakowskie występy Artura Andrusa. Dlatego, gdy w grudniu ubiegłego roku dowiedziałem się o recitalu zaplanowanym na 22 kwietnia tego roku, natychmiast zakupiłem bilet. Znajomi pytają mnie często, czy nie szkoda mi czasu i pieniędzy na ciągłe oglądanie tego samego. Otóż nie – nie ma dwóch takich samych recitali (w czym utwierdził mnie występ omawiany w niniejszym tekście), a obcowanie z Jeremim Przyborą współczesnego polskiego kabaretu jest przeżyciem wartym wszystkiego.

Artur Andrus tradycyjnie już powitał zebraną publiczność tekstem, w którym przedstawił się jako „ulubiony artysta tego wieczoru” i zaproponował, aby „zawrzeć pewną kompromitację”, polegającą na tym, że on śpiewa, a nam się to podoba. Był to wstęp do piosenki Nie zaczynaj przeplatanej barwną choreografią oraz dygresjami na temat proszenia się o brawa.

W podobnym tonie został utrzymany następny utwór – Baba na psy (dedykowany Marii Czubaszek). W jego trakcie Artur Andrus przytoczył wyniki „amerykańskich badań naukowych” głoszących, że jeśli w jednym miejscu spotkają się „inteligentna i wrażliwa publiczność” oraz „świetny artysta”, to dojdzie do tego, że widzowie będą klaskać, a nawet śpiewać z wykonawcą.

Trzecią piosenką tego wieczoru była Mona Lisa – Rodowód, poprzedzona żartami o wynikach „amerykańskich badań naukowych” (bardzo dobre nawiązanie do sytuacji, w których ludzie powołują się na takie rzeczy i wierzą w nie bez żadnych refleksji) oraz o „współpracy” Artura Andrusa z Nat King Colem. Tekst Mona Lisy został zmodyfikowany, aby historia w niej opowiedziana częściowo rozgrywała się w Nowej Hucie (stały zabieg polegający na dostosowaniu się pod publiczność). Po rozważaniach dotyczących dysproporcji w utworach sportowych, Artur zaśpiewał piosenkę będącą przedstawicielką nowego gatunku, tj. Nazywali go Marynarz – Szanta Narciarska.

Ku mojemu zaskoczeniu, w programie recitalu, który do tej pory przebiegał standardowo, nastąpiły zmiany. W sierpniu zeszłego roku, z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro Artur Andrus nagrał Prawdziwą historię Leonidasa z Rodos, czyli piosenkę o tym, co to tak naprawdę znaczy, że ktoś spoczął na laurach. Utwór nie trafił jeszcze na żadną płytę, dostępny jest jedynie w Internecie. Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że podczas omawianego recitalu nastąpiła jego krakowska premiera (za prapremierę uznaję natomiast wykonanie przywołanej piosenki podczas Benefisu Jacka Fedorowicza 30 marca 2017 r. w Kinie Kijów).

Nie zabrakło również mojego ulubionego elementu programu, w którym Artur Andrus śpiewa utwory „przetłumaczone” przez siebie z języków obcych lub zapożyczone od innych artystów. Rozpoczął go piosenką Petersburg, w oryginale wykonywaną przez Jaromira Nohavicę (drugie zaskoczenie tego wieczoru). Następnie zaśpiewał Czego nam trzeba z tamtych lat (pod takim tytułem ten utwór widnieje na stronie www TVP ze skeczami kabaretowymi; w zbiorze tekstów Andrzeja Poniedzielskiego Dla duszy gram nazwany został Ciepła wódka, zimne kobiety). W dalszej części występu przyszedł czas na przeróbki Quando, quando, quando Tony’ego Rennisa oraz Diridondy chorwackiego zespołu Novi fosili.

Od lutego 2017 r. na potrzeby trójkowej Akademii Rozrywki Artur Andrus pisze teksty piosenek nawiązujące do wydarzeń, o których można usłyszeć w radiu. Podczas audycji z dnia 3 marca 2017 r. słuchaczom został zaprezentowany utwór Od bociana, wykonany w trakcie recitalu pod zmienionym tytułem Sokratesa 18. Umieszczenie go w programie było ostatnim zaskoczeniem, które czekało na mnie tego wieczoru.

Oficjalną część występu zakończyły Cyniczne córy Zurychu. Następnie przyszedł czas na potrójny bis, w trakcie którego Artur Andrus zaśpiewał jedne ze swoich najpopularniejszych utworów: Królową nadbałtyckich raf, Piłem w Spale, spałem w Pile oraz Glanki i pacyfki. Wykonanie tego ostatniego było bardzo rockowe pod względem stylistyki, jak również choreografii, w wyniku czego zrywało z klasycznym obrazem spokojnego Artura Andrusa.

Reasumując: było warto. Bardzo miłym zaskoczeniem okazały się zmiany w programie, które nadały mu świeżości. Jak zwykle jestem zadowolony z występu Artura Andrusa, z pewnością wybiorę się na następny.

MARCIN CHUDOBA

Trzy kolory kabaretu [refleksja]

KABARET

W ramach hobby zajmuję się tworzeniem w różnych technikach, więc na co dzień sporo rozmyślam o kolorach. O ich znaczeniu, kompozycji i współgraniu z otoczeniem. Zaczęłam się zastanawiać nad kolorami kabaretu. Kiedy myślę „Kabaret”, najczęściej w mojej głowie wyświetlają się obrazki w odcieniach czerwieni, czerni i bieli. Chyba, że akurat są to stare fotografie w sepii. Ale zasadniczo myślę, że kabaret, przynajmniej ten historyczny, klasyczny, to właśnie te trzy barwy: czerwony, czarny i biały.

Czerwony

Kabaret to czerwone usta Marleny Dietrich i namiętne songi Marii Delvard. To miłosne uniesienia Ordonki,  co wybaczają wszystko.

To czerwień aksamitnej kurtyny małych teatrzyków i rewii. To ciemnoczerwone dywany i ciężkie kotary starych lokali z programem artystycznym.

Czerwień to kolor ostrzeżenia, alarmu, sprzeciwu i rewolucji, także tej obyczajowej. To wyjaskrawienie i podkreślenie stereotypów, kontestacja zastanej rzeczywistości. Tutaj czerwone światło nie oznacza „Stop”. To obnażanie tego, co niewygodnie, to apaszowskie pieśni i maski Jedenastu Katów.

Czerń i biel

Czarny i biały, choć stanowią przeciwieństwo, w kabarecie wydają się także uzupełniać. I zawsze jest przy nich miejsce na akcent czerwieni.

Czerń to elegancki cylinder Stasinka, Jarosego i pana Piotrusia z Kabaretu Olgi Lipinskiej. Towarzyszy mu biały szal i rękawiczki. Takie same, które brudził krwią Macki Majcher.

Biel to obrusy w przedwojennym lokalu, blichtr Adrii, któremu towarzyszył zakulisowy, tajemniczy mrok przestrzeni za kotarą estrady.

To klasyczny fortepian, stare pianino, na którym grywano do kotleta i do spektaklu. A tam czarno-białe klawisze – harmonia przeciwieństw.

To kabaretki girls i mocne, białe światło spotu, oświetlające  samotną postać Edith Piaf

To Czarny Kot i jego uliczne rozrachunki z systemem. To diamentowy blask Moulin Rouge.

Czarne litery nowej piosenki, zapisane na białym papierze. Czarno-biała fotografia autora Kwiatów Polskich, rysunek w odbitce litograficznej zaproszenia do Zielonego Balonika, albo notka w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym.

To czarna, smolista kawa i biała piana szampana. I oczywiście ciemna sala starego kabaretu spowita w szaro-biały dym cygar.

Czerwień, czerń i biel to kolory mojego Kabaretu. Jeszcze i teraz odnajduję je na współczesnych scenach i estradach, zabarwione tęczowymi odcieniami XXI wieku. I dobrze. Każda epoka powinna mieć własną paletę barw. Ale zawsze wracam do tamtych trzech. Może po prostu lubię takie zestawienie.

A jakie kolory ma Wasz  kabaret?

PAULINA JARZĄBEK

Przełomowa PAKA oczami Gwiazdy Bez Przesady [relacja]

Medieval

Przyszedł czas na zapowiedzianą już dawno relację z tegorocznej 33. EDF PAKI. Wybaczcie kochani, że tak późno, ale musiałam odespać te wszystkie występy, zdjęcia z Fanami, autografy, no i przede wszystkim aftery… Ale dobrze, że jesteście Wy i skutecznie dopominacie się o swoje! Jednak w dalszym ciągu nie rozwiązał się konkurs z perspektywy, której z nas: Anety Tabiszewskiej czy Gwiazdy Bez Przesady ma być to relacja. O nic się nie martwcie, Wasza Gwiazda czuwa i poszła na układ z tą, pożal się Boże, dziennikarzyną Anetą i obiecałam jej krótką wypowiedź na końcu mojej relacji. Musi być mocno zdesperowana, bo przystała na to! Dobra, ja tu gadu, gadu o nieistotnych osobach, a to co najważniejsze, czyli moje przeżycia czekają na podzielenie się ze światem.

Działo się na tej PACE co nie miara, wszak świętowałam rok swojej kariery! Świętowałam i to jak! Przez okrągłe 5 dni! To był najlepiej świętowany roczek w moim życiu! Zwłaszcza, że tego życiowego nie pamiętam. 😉

Zaczęło się niewinnie i spontanicznie od występu na WOSZ-u, co prawda, nie de facto w czasie trwania imprezy, ale już po. Nie zmieniło to faktu, że moi Fani wiernie czekali na ten występ i obdarzyli mnie falą oklasków. Z tego miejsca należą się gorące podziękowania dla Menago, która w tempie Strusia Pędziwiatra, zaopatrzyła mnie w miotłę.

2

Idealny bez przesadowy zestaw do wymiatania sceny. Fot. paparazzo- Agata.

Czwartek miał być dniem odpoczynku i przygotowania się na szykowaną od dawna piątkową petardę, podczas Pojedynków. Jednak Organizatorzy mieli inne plany wobec mnie… W ostatniej wręcz chwili, powiedzieli, że będę musiała odegrać rolę hostessy i wjechać z tortem dla Jubilata-Pana Jacka Fedorowicza, podczas jego Benefisu. Dobrze, że trafili na Gwiazdę, która żadnej pracy się nie boi, i z wielką przyjemnością wcieliłam się w kolejną z ról. Moi Fani, gdy się tylko o tym dowiedzieli, byli zachwyceni, nie mogli doczekać się tego momentu! Pewnie zastanawiacie się dlaczego tak zareagowali? Bo źle usłyszeli… Myśleli, że będę wyskakiwać z tego tortu, z miotłą, oferując Solenizantowi dożywotnie zamiatanie podczas jego występów… Doprawdy, mają fantazję Ci moi Fani. xD A i jeszcze muszę tutaj zaznaczyć, że wcale nie było to łatwe zadanie… Począwszy od wzniesienia go po 20 stromych schodkach i rozpakowania go, tak by został on nienaruszony- to pikuś w porównaniu do tego, co działo się potem. Wjechaliśmy z nim na salę i przyszedł czas na zapalanie rac, a wiadomo, że od brudnej roboty Gwiazda ma ludzi. Zadaniem tym obarczyłam moją paparazzo- Agatę. Niestety trafiliśmy na klimatyzowaną salę, co prawda nie taką jak Rotunda, ale zawsze… Za cholerę nie chciały nam się te race zapalić, w końcu Aga trzęsącymi się i popalonymi rękami zapaliła jedną, na drugą już nie było czasu. Poszłam! Idę, słuchajcie, w kietce, w szpilkach, z uśmiechem na twarzy, przecież patrzy się na mnie jakieś 600 osób z widowni plus 20 na scenie, a do tego wszystkiego fotoreporterzy… I jak mi w pewnym momencie ta raca nie spadnie pod nogi osób z pierwszego rzędu, a tam SPONSORZY tegorocznej PAKI. No zamarłam. Pomyślałam: „Szkoda, że nie ma ze mną miotły, ona by to w mig pozamiatała.”, a zaraz potem: „Weź się w garść i coś zrób!” No i zrobiłam: z gracją podniosłam zapaloną racę, wkładając ja z powrotem do toru. Z późniejszych relacji świadków, podczas konsumowania tortu, dowiedziałam się, że wcale tego nie było widać, od 5 rzędu… Ale jedna Pani mnie pocieszyła, widać, że prawdziwa Fanka mojej osoby, powiedziała: „Niech się Pani nie przejmuje, głupi pomyśli, że tak miało być, a mądry się nie odezwie.” Racja. Tym oto miłym akcentem zakończył się dzień drugi festiwalu.

4

Z Tatą na scenie. 🙂 Fot. Mariusz Grabowski

Piątek, a właściwie piątkowy wieczór, był momentem, na który wszyscy niecierpliwie czekali. Zwłaszcza ja. I Organizatorzy pewnie też, zadając sobie pytanie: „Czy, aby nasza Gwiazda od wymiatania poradzi sobie w zupełnie innej roli?” Teraz mogę to otwarcie powiedzieć: ja również byłam ciekawa czy sobie poradzę z nowym zadaniem. Stresowałam się już od popołudnia, ale oczywiście jako profesjonalistka nie dawałam tego po sobie poznać. Nadszedł ten wiekopomny występ. Mój i kogoś jeszcze… Najwyższa pora zdradzić szczegóły. Podczas Koncertu Pojedynków, o bardzo adekwatnej nazwie- „Paka przełamuje schematy”, wystąpiłam w roli asystentki prowadzącego, jednocześnie będąc także krakowską liczarką. Tym prowadzącym był…. <werble> Nie kto inny, jak mój sceniczny Tatuś- Tomasz Jachimek! Wyobrażacie to sobie? Córka z Ojcem ponownie na jednej scenie, kolejne marzenie Gwiazdy Bez Przesady spełnione! Z mojej perspektywy było bardzo pozytywnie. Myślałam, że bez mojej przyjaciółki- miotły sobie nie poradzę, ale bacznie obserwowała mnie z backstage’u, co dodatkowo zmotywowało mnie do, no po prostu, bycia sobą na scenie. Nie oszukujmy się, przecież za to mnie wszyscy kochacie. Nie obeszło się oczywiście bez wpadek, które są nieodłącznym elementem występów na żywo. Na samym początku, mój kochany Tatuś, pomylił sobie moje imię, przechrzcił mnie z Bez Przesady vel Aneta na Agatę, ale cóż się dziwić, jak na 5 minut przed wejściem dowiedział się jak naprawdę mam na imię. Poprawił się w kolejnym wejściu, co nie zmienia faktu, że po występie wszyscy mówili do mnie „Agata” i szczerze zastanawiałam się nad zmianą nazwy fanpage’u 😉 Oczywiście jako profesjonalna Gwiazda błyszczałam wiedzą na scenie: pomyliłam rząd 8 z 13… Każdemu się przecież zdarza, a zwłaszcza humaniście! Nie wiedziałam w jakich jednostkach mierzy decybelomierz… A jak sama nazwa przecież wskazuje w decybelach. Zaprawdę powiadam Wam-błądzić jest rzeczą ludzką i zdarza się nawet największym Gwiazdom! Jedno jest pewne, bycie słodką idiotką, wychodzi mi jak nikomu innemu. Ale pamiętajcie, że to było zamierzone! To była z góry wymyślona przeze mnie kreacja, żeby nie było, że nie. 😛 W trakcie imprezy, nie mogło obejść się bez zamiatania. Niestety nie mogłam wykonywać dwóch czynności naraz, a chciałam! Jednak uznano, że może nastąpić przeciek do Perfekcyjnej Pani Domu i biedna popadłaby w załamanie nerwowe, że ktoś może lepiej sprzątać i wyglądać od niej. Tak więc w roli scenicznej zamiatarki tego wieczoru, wcieliła się moja Menago- Kinga Gruchacz. Bo jak wiadomo, miotłę oddaje tylko w zaufane ręce. Podczas tego występu odkryłam, że kocham być na scenie, a scena kocha mnie oraz, że z Tatą tworzymy świetny duet! Mam nadzieję, że za rok również będzie mi dane asystowanie, a kto wie, może Organizatorzy pokuszą się o propozycję współprowadzenia pojedynków? Z tego miejsca chciałabym podziękować Organizatorom, a w szczególności Dyrektor Programowej 33. EDF PAKI- Izie Kale, która jako pierwsza zobaczyła mnie w tej roli. DZIĘKUJĘ! :* Po występie, nie obeszło się bez rozmów i wspólnych zdjęć z Fanami. Jesteście niesamowici! Kocham ten moment, gdy wchodzę w tłum, a ludzie krzyczą: „Bez Przesady! Możemy zrobić sobie zdjęcie?” inni zaś, nie znając mnie jeszcze jako Gwiazdę Bez Przesady: „Agata! Chodź do zdjęcia!” I love this job! Usłyszałam także dużo pozytywnych opinii na temat mojego występu, co jeszcze bardziej mnie cieszy, gdyż wiem, że to co robię ma sens. Dziękuję Wam za nie.

5

Duet idealny, wręcz bez przesady! Fot. Magdalena Rachwał

Sobota była dniem zbierania dalszych pochwał i komplementów za wczorajszy występ i teraz wiem, że mogę zacząć prawdziwie gwiazdorzyć. Popołudniu do Kina Kijów przybyli do mnie nieproszeni goście, powszechnie nazywani „Łowcami autografów”. Oczywiście wykonałam swój gwiazdorski obowiązek, jednak ta ich natarczywość przerosła mnie i niestety musiał interweniować mój prywatny ochroniarz. Sobota była także dniem udzielania wywiadów. Dziennikarze podeszli do mojej osoby bardzo profesjonalnie, zadając same rzeczowe i istotne pytania. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła pochwalić się efektami, jakby nie patrzeć naszej wspólnej pracy, bo przecież ktoś na te pytania musiał odpowiadać!

Gwiazda

Taka pracy Gwiazdy… Gwiazdorzenie. 🙂 Fot. Mariusz Grabowski

Niedziela, wielki Finał. I ponowne zbieranie komplementów, Organizatorzy również byli zachwyceni i postanowili mi na ten szczególny dzień zorganizować stanowisko godne Gwiazdy Bez Przesady. Wielki, tron królewski, w moim ulubionym kolorze, krwistej czerwieni. Udało im się także sprowadzić z Muzeum prawdziwą, średniowieczną koronę. A ja jak przystało na Gwiazdę, pozowałam w- w świecie gwiazd nazywamy ten strój- dreskod.

6

Doprawdy, godny tron dla Gwiazdy! Fot. Beata Bogdanowicz

I to by było na tyle i tak już przydługawej relacji z 33. EDF PAKI. Był to czas wspaniały, zwłaszcza dla Was, gdzie mieliście mnie na wyciągnięcie ręki. Dziękuję każdemu z osobna za rozmowy, uściski, pocałunki, śmiechy, wygłupy, każde pozytywne słowo na mój temat, a przede wszystkim za wykonaną pracę, bo Festiwal to przede wszystkim ciężka praca! DZIĘKUJĘ! Najlepszy Festiwal ever!

7

Część bez przesadowej ekipy. Fot. Mariusz Grabowski

Lovciam Was i przesyłam milion bez przesadowych buziaków! :*

 

Wasza Gwiazda Bez Przesady

P.S Na zakulisowe smaczki i wypowiedź tej dziennikarzyny Anety, nie starczyło już miejsca.

PS 2 Jeśli po przeczytaniu tego tekstu zastanawiasz się, o co właściwie chodzi, to podpowiadamy, że prywatnie Bez Przesady to nasza redakcyjna koleżanka, Aneta Tabiszewska. A historię burzliwej kariery Bez Przesady możesz śledzić na fanpage’u One Woman Show Bez Przesady, który parodiuje profile celebrytów 😉