Podróż sentymentalna z Formacją Chatelet [refleksja powystępowa]

Gramy dalej Chatelet

Niełatwo było mi napisać ten tekst, bo dużo w nim osobistych przemyśleń. A jak ja już zacznę nad czymś myśleć, to końca nie widać. Natomiast bardzo chciałam cokolwiek napisać po wieczorze z Formacją Chatelet, „Gramy dalej czyli 20-lecie kabaretu”, który miał miejsce 14 stycznia 2018 roku na Scenie Piast. I oto rezultat.

Na dobre i na złe

Kto mnie zna, wie, że kiedy zostaję czyjąś fanką, jest to związek na dobre i na złe (nigdy nie lubiłam słowa „fan”, ale nie wiem, czym mogłabym je zastąpić, niech więc będzie jak jest). Takich związków w moim życiu jest kilka, każdy związany z innym okresem mojego życia, z innymi emocjami itd. Część z nich przetrwała próbę czasu w stanie nienaruszonym, część, po radykalnej, choć stopniowej zmianie moich preferencji artystycznych, przeszła do sfery sentymentalnej. I właśnie tam trafiła moja fascynacja Formacją Chatelet.

Po latach znowu miałam okazję pójść na program Chateletów. I chociaż od bardzo dawna twórczość tego kabaretu znajduje się poza sferą moich zainteresowań, powodowana czystą sympatią i sentymentem, wybrałam się na chateletowy występ na Scenie Piast. To nie będzie recenzja tego wieczoru. To będzie przegląd towarzyszących mi emocji i garstki wspomnień związanych z Formacją.

Formacja Chatelet – moja pierwsza miłość

Formacja Chatelet to pierwszy kabaret, dla którego straciłam głowę. Wcześniej było jeszcze Ani Mru Mru, ale to taki bardziej przelotny flirt, w dodatku raczej telewizyjny – zostały miłe wspomnienia, ale esencja rozmyła się w czasie. Formacja to pierwsza grupa, którą oglądałam  na żywo, i to wracając wielokrotnie (gdzieś jeszcze mam bilety z tych grań). To też pierwszy kabaret, który wywarł na mnie ogromne wrażenie w przypadkowych spotkaniach pokoncertowych. Pierwsze, zdawkowe co prawda, ale jednak, wymiany zdań na korytarzach. Takie, które fan pamięta długo, a o których obiekt westchnień zapomina natychmiast, bo takich sytuacji ma na pęczki.  Życie. Ale każde takie spotkanie trafiało do kolekcji wspomnień.

Co mnie tak przyciągało do Formacji? Chyba te pokłady absurdu w skeczach i doskonały kontakt z publicznością. Poza tym w czasie, kiedy zaczęły się moje kabaretowe wojaże, Formację tworzyło trzech przystojnych panów, co stanowiło dodatkowy atut. Uwielbiałam sceniczny duet Dwóch Adamów. Do tej pory uważam, że ich konferansjerki były świetne. Uzupełniali się doskonale. Brakowało mi JerzykaPołońskiego w składzie, ale pojawił się Michał. Skecze znałam na pamięć. Potrafiłabym pewnie i dzisiaj zacytować całe fragmenty tekstów, nawet w kilku wersjach, bo przecież ulegały zmianom z różnych powodów.

Na pamięć znałam też wszystkie dostępne w sieci materiały filmowe. Każde nagranie z kabaretonu i wszystko, co udało mi się znaleźć o początkach grupy. Bo historię Formacji też miałam w małym palcu. Niewiele już teraz pamiętam, ale migają mi w pamięci urywki zdań i stare zdjęcia w pierwszych składach. To musiała być prawdziwa miłość.

Już wtedy co prawda pojawiały się elementy, które nie do końca szły w parze z moim gustem, ale bardzo długo uważałam Chateletów za swoją ulubioną grupę kabaretową, nawet jeśli nie ze wszystkimi działaniami scenicznymi się zgadzałam. Po drodze jednak przydarzył się kabaret Hrabi, a jeszcze później 7 minut Po, który do tej pory uważam za najlepszą współczesną grupę kabaretową. Zmiana moich preferencji wiązała się nie tylko ze zmianami stylistycznymi w Formacji, ale może  przede wszystkim z moją rosnącą fascynacją kabaretem historycznym i odkrywaniem klasycznej formy kabaretowej.

Spokojna rewolucja moich zainteresowań

Przez ostatnie dwa-trzy lata prawie nie oglądam kabaretu w telewizji. Monitoruję rynek, ale często nie wykraczam poza odczytanie składu wieczoru. Nie jestem w stanie oglądać kabaretu telewizyjnego. Po prostu męczy mnie taka forma. Niestety, dotyczy to także skeczów Formacji, ale kilka z nich obejrzałam przez ciekawość. I mimo wszystko twarze panów z Formacji wywołują u mnie szereg bardzo miłych wspomnień. Chatelet zawsze będzie miała w mojej pamięci swój kącik. Chyba całkiem przytulny.

Kiedy ze składu odszedł Adam Grzanka, przyznaję, że moje zainteresowanie grupą mocno osłabło, choć nadal co jakiś czas sprawdzam, co tam u nich słychać. Może to głupie, ale każde zawirowanie w grupie bolało mnie psychicznie. Chciałabym mimo wszystko, żeby ludziom, którzy tak wiele dla mnie znaczyli (i w sumie nadal znaczą) było po ludzku dobrze w życiu. Odkąd do zespołu dołączyła Barbara Tomkowiak, nie widziałam Formacji w programie na żywo ani raz – aż do występu w Piaście.

Formacja teraz

Idąc na występ mojej dawnej kabaretowej miłości nie miałam zbyt dużych oczekiwań. Może dlatego bawiłam się jednak dosyć dobrze. Co prawda najlepiej na półgodzinnym materiale archiwalnym, puszczanym przed właściwym koncertem. Przyznam jednak, że gdyby nie mój ogromny sentyment do tej grupy, obecnie nie zakupiłabym biletu na ten program. Mimo wszystko nie żałuję. Był to dla mnie naprawdę sympatyczny powrót do przeszłości. Może nawet jeszcze kiedyś go powtórzę, zwłaszcza, że towarzyszyła mi bratnia dusza, która jak nikt rozumie, jak wiele znaczył i wciąż jeszcze znaczy dla mnie ten kabaret.

Chociaż cały program nadal ma według mnie zbyt dużo aluzji erotycznych i nie wykorzystuje w pełni ogromnego potencjału, jaki drzemie w jego twórcach, z radością odkryłam w nim elementy dawnego absurdu. Ponadto nie wiem, czy sprawiła to obecność pani Basi, czy jakiś inny czynnik, ale mimo wszystko skecze, które zobaczyłam na żywo, wydają mi się dużo lepszymi wersjami od ich telewizyjnych odpowiedników.

Choć ogólnie taka stylistyka kabaretowa to już nie moja bajka, uważam, że wiele z tych scenek miało sporo mocnych momentów. Nie do końca trafiały do mnie wszystkie pointy, ale w kilku miejscach naprawdę szczerze się ubawiłam. Bardzo lubię skecz o castingu, myślę, że widać w nim potencjał aktorski Formacji. Do moich ulubionych fragmentów programu należy także skecz wigilijny z kotem-Adamem, który otrzymał przydział ze schroniska oraz inny koci motyw ze skeczu o taksówkarzu, w którym techniczny Ruski dał popis wspaniałej, nonszalanckiej gry za pomocą sznurka, kartonowego kota i autorskich efektów dźwiękowych. Za takie absurdalne motywy pokochałam dawną Formację i cieszę się, że podobne rozwiązania grupa stosuje także teraz.

Reasumując, dobrze było znowu zobaczyć znajome twarze, choć niełatwo ogląda się program nie do końca osadzony w ulubionej stylistyce. Dzisiaj nie sięgam po takie skecze zbyt często, bywa że w ogóle omijam taki humor. Zawsze jednak uważałam, że Formacja Chatelet to grupa z dużymi umiejętnościami, których w pełni nie wykorzystuje. Myślę, że zwłaszcza Adam Małczyk może nas jeszcze naprawdę pozytywnie zaskoczyć. Chętnie usłyszałabym także kilka klasycznych piosenek w wykonaniu Formacji, zwłaszcza, że Barbara Tomkowiak dysponuje naprawdę ładnym głosem, którego szkoda nie wykorzystać. Cieszę się również, że Michał Pałubski uwolnił się od postaci Bu-By, który zaczynał niebezpiecznie do niego przywierać, poważnie ograniczając jego sceniczne emploi.

Zobaczymy, co nam przyniesie chateletowa przyszłość. Bez względu na wszystko kącik w mojej pamięci wymościłam najlepszymi wspomnieniami i życzeniami szczęścia.

PAULINA JARZĄBEK

Reklamy

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. X]: Bohdan Smoleń

RETROSPEKTYWA

W kolejnej części cyklu, rozmowa z aktorem, artystą kabaretowym, piosenkarzem komediowym, założycielem kabaretu „Pod Budą” oraz członkiem słynnego w okresie PRL kabaretu „Tey” z Poznania. Prowadził również program „Ludzie listy piszą” w TVP Polonia. Jeśli napisze, że nagrał zbiór satyrycznych bajek „Smoleniowe bajanie, czyli całkiem dorosłe bajki”, będziecie już z pewnością wiedzieć o kogo chodzi. Oczywiście mowa o Bohdanie Smoleniu, który opowie trochę o życiu satyryka.

Dziennikarz: Czy w Polsce da się wyżyć z żartów?

Bohdan Smoleń: Oczywiście. Nieraz cały zespół można utrzymać, a co dopiero pojedynczą osobę. Trzeba tylko dbać o to, żeby przy żarcie było zawsze jakieś żarcie. Zresztą ja mam ogródek, ja się sam wyżywię.

D: Kiedy żart przestaje być żartem, a zaczyna być biznesem?

B. S: To już jest od dawna. My już dawno nie żartujemy, tylko nikt się jeszcze nie zorientował. Ludzie wciąż się śmieją z tego, co mówimy… a właściwie śmieją się sami z siebie.

D: W latach 70. był pan pierwszym artystą w kabarecie „Pod Budą” w Krakowie…

B. S: O! Widzę, że pan mi grzebał w życiorysie.

D: Bywałem wtedy „Pod Budą”… Po co pan wyjechał do Poznania, by być w TEY-u drugi?

B. S: Do pracy jeździ się na Zachód. Ja zatrzymałem się w Poznaniu, gdzie było naprawdę fantastycznie. Nie przyjechałem tam zresztą na żadne wyścigi, tylko do współpracy. Z Zenonem Laskowikiem, z Januszem Rewińskim i wieloma innymi ciekawymi artystami, który byli w TEY-u. A klasyfikacje i tabelki porobili już ludzie z zewnątrz.

D: Ale w pewnym sensie został pan u boku Laskowika spadkobiercą Janusza Rewińskiego.

B. S: Dlaczego od razu spadkobiercą?… Po prostu była ciekawa, twórcza współpraca i tylko to się liczy. Ten kawał roboty.

D: Uważa pan, że satyra w Polsce ma jeszcze prawo bytu, skoro mamy już demokratycznie wybraną władzę i nie musimy „dawać odporu”?

B. S: Satyra w każdym ustroju jest potrzebna. Satyryk patrzy innym okiem niż człowiek, który jest zaprogramowany od siódmej rano do trzeciej popołudniu. Dopóki będziemy mieli coś do powiedzenia, dopóki przyjdą na nas ludzie, to nie zginiemy i będzie przeuroczo.

D: Można powiedzieć, że dla pana satyra stała się sposobem na życie.

B. S: Ja umiem wyczuć granicę między sztuką a życiem. Może trudno będzie w to panu uwierzyć, ale ja schodzę ze sceny i jestem normalnym facetem.

20170316_140901

D: Pan tworzy nie tylko dla dorosłych, ale i dla dzieci. Co panu przysparza większych satysfakcji.

B. S: Uważam, że dla dzieci należy czujniej grać, bo to przyszła dorosła widownia. Trzeba ją przyzwyczaić do siebie. Żeby mnie potem, dziadka, taki przyszły widz nie obrzucał kamieniami, ani nie wytrącał laseczki, którą się będę podpierał, gdy ślisko. Gram i dla dzieci, i dla dorosłych z równą ochotą.

D: Kto jest głównym dostarczycielem tekstów dla pana?

B. S: Teraz Andrzej Czerski. Tak sobie kombinujemy – każdy ma jakieś pomysły, ktoś to jednak musi spisać. Ja tego nie piszę, bo nie mam długopisu. Andrzej za to ma dwa i robi to szybciej. Tak mi się zawsze wydawało, że miałem nadwornych pisarzy. W TEY-u Zenona Laskowika i Krzysztofa Jaślara.

D: Od kilkunastu lat na estradzie powtarzają się te same nazwiska. W czym pan upatruje zmierzch kabaretu, bo nie ma zbyt wielu młodych twarzy w satyrze.

B. S: W tej chwili brak pieniędzy na lansowanie nowych nazwisk. Wiadomo, że tacy młodzi musieliby się otrzeć o festiwale – o telewizję przede wszystkim – o radio, estradę, a imprez coraz mniej. Żaden widz nie pójdzie na nazwisko, które mu nic nie mówi. Sądzę, że jeszcze przez wiele lat widzowie będą skazani na te zgrane pyski, które poznali kiedyś będąc jeszcze w podstawówce.

Wywiad z tych bardzo konkretnych i rzeczowych, co – moim zdaniem – akurat tu niestety gra na niekorzyść. Ma się wrażenie dużego zdystansowania między rozmówcami. Owszem można dowiedzieć się jak bohater wywiadu postrzegał parę istotnych kwestii, jednak brakuje mi kilku śmiesznych anegdot czy kabaretowych przygód. Myślę, że zabieg ten ubarwiłby wywiad.

 

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z rozmowy Janusza R. Kowalczyka, Żarcie przy żarcie, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.

Anioł Piosenki. Recenzja książki „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.

czarny anioł.jpg

Ostatnio sporo w moim życiu Piwnicy Pod Baranami. Właściwie związanych z nią artystów, bo na wieczór kabaretowy Pod Barany jeszcze nie dotarłam. I chyba nawet nie czuję takiej potrzeby. Co ciekawe, ta „moja” Piwnica widziana jest z zupełnie innej perspektywy, niemal wyłącznie od kulis. I choć historycznie Piwnica Pod Baranami nadal jest dla mnie zjawiskiem fascynującym, ta współczesna zaczyna być po prostu jednym z elementów mojego życia, co dzieje się zupełnie naturalnie. I jeśli bym się nad tym chwilę nie zastanowiła przy okazji tego wpisu, nie zauważyłabym postępowania tego procesu. Ewa Demarczyk pozostaje jednak częścią legendy tego krakowskiego kabaretu. Tym fascynującym urywkiem historii, skrytym za mgłą czasu.

Książka, o której piszę, nie jest właściwie linearnym zapisem biografii artystki. To raczej suma portretów, jakby zebranych w jednym szkicowniku, choć nakreślonych przez różnych obserwatorów. To właśnie „Opowieść o Ewie Demarczyk”, w której urywki myśli i wspomnień mieszają się z fragmentami korespondencji, nie tylko z czasów piwnicznych. Wiele tu poetyckich detali, adnotacji do legendy, szczypta gorzkiej prawdy i sporo momentów ukazujących wyjątkowość interpretacji Ewy Demarczyk.

Książka nie jest objętościowo zbyt rozbudowana – to zaledwie 190 stron zasadniczego tekstu , okraszonego czarno-białymi fotografiami. W tej liczbie stron zawiera się jednak esencja artystki i jej sztuki, bez zbędnego ingerowania w jej prywatność, poza prywatnością rzutującą na życie artystyczne. Szkoda, że brakuje w tym tekście komentarza samej artystki, nie licząc fraz zaczerpniętych z dawnych wywiadów. Brak komentarza jest jednak jej wyborem i jej prawem.

Książka Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze zdaje się komentować artystyczną działalność Ewy Demarczyk raczej obiektywnie, przytaczając opinie i opowieści wielu osób, z wielu perspektyw, nieraz sprzecznych. Pozostawia tym samym czytelnikowi możliwość wyboru tych elementów „legendy i prawdy” artystki, które tworzą jego własną historię interpretatorki. Autorki pokazują, że kabaret, jak każdy rodzaj twórczości, ma Twarz. Wiele Twarzy. Jedną z nich jest oblicze Czarnego Anioła.

Dla mnie to przede wszystkim opowieść o piosence i zaklętych w niej emocjach. O kryjących się za piosenkami znaczeniami i o ich braku. O spotkaniach z autorami i ich konfrontacji z interpretatorką, która skupiała, i nadal skupia na sobie niemal wyłączną uwagę. Muzyka, choć doskonała, stanowi tło dla jej głosu. Choć książka opowiada o artystce z tak wielu perspektyw, jest spójna i czyta się ja płynnie, niemal jednym tchem. Zwłaszcza piękne opisy kabaretowej estrady i wieczorów w Piwnicy.

Daleko mi do bałwochwalczego uwielbienia dla głosu pani Ewy. A jednak trudno odmówić jej uroku i hipnotyzującego oddziaływania. Cieszę się, że znaczną część książki „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk” stanowi opowieść o jej piosenkach. To w nich mieszka legenda, której trudno się oprzeć.

PAULINA JARZĄBEK

Kabaretowe podsumowanie roku 2017

Podsumowanie

Koniec roku to dobry moment na podsumowania. Rok 2017 obfitował w wiele wydarzeń kabaretowych. Jedne były bardziej udane i wyjątkowe, inne trochę mniej. Nastąpiło także kilka istotnych zmian w składach kabaretów. Zapraszam Was na moje kabaretowe podsumowanie  2017 roku.

Pierwszym wydarzeniem, które według mnie zasługuje na uwagę, jest 33. PAKA. Pierwszy raz w całości odbyła się w innym miejscu niż Rotunda. Konkurs Główny oraz towarzyszące mu wydarzenia odbywały się w Kinie Kijów, natomiast inne, mniejsze widowiska miały miejsce w klimatycznej Piwnicy Pod Baranami. 33. PAKA była dla mnie wyjątkowa nie tylko z powodu miejsca, ale także roli, jaką podczas Festiwalu pełniłam. Pierwszy raz byłam odpowiedzialna za pracę wspaniałego grona wolontariuszy, którzy dzielnie walczyli, aby wszystko się udało i… udało się w stu procentach. Oczywiście nie obyło się bez małych wpadek, ale razem daliśmy radę. 😉 Gwiazdy Bez Przesady również nie mogło zabraknąć podczas Festiwalu – wcieliła się tym razem w rolę asystentki swojego scenicznego Tatusia – Tomasza Jachimka. Jak przystało na Najjaśniejszą Gwiazdę Kabaretu, lśniła na scenie niczym Syriusz (najjaśniejsza gwiazda na niebie). Relację z tego wydarzenia mogliście czytać na naszym blogu, a jeśli chcecie je sobie przypomnieć, kliknijcie tu i tu.

Kolejnym wydarzeniem, które pozostanie w mojej pamięci na długo i trochę wiąże się z poprzednim, jest pierwsza edycja Młodszej PAKI, która odbyła się w Miejskim Ośrodku Kultury w Jarosławiu. Przegląd, w którym zaprezentowała się młodzież z województwa podkarpackiego, wywarł na mnie olbrzymie wrażenie z powodu liczby utalentowanych, młodych osób na scenie i bardzo wysokiego poziomu konkursu. Również podczas tej imprezy artystycznej miałam swoje zadanie – pierwszy raz w roli jurora to nie lada wyzwanie. 😉 Relacja z tego wydarzenia do przypomnienia tutaj.

Następnym eventem, zasługującym moim zdaniem na wspomnienie, jest 19. Mazurska Noc Kabaretowa, w której uczestniczyłam po raz pierwszy, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Wspaniałe kabaretowe wydarzenie! Niesamowita atmosfera i miejsce – Amfiteatr w Mrągowie – miejsce magiczne, a miejscowość idealna na wakacje. Dzięki niemu zakochałam się w Mazurach. A i nawet tam nie obeszło się bez specjalnego zadania dla mnie – przez chwilę mogliście mnie zobaczyć na szklanym ekranie. Tak, ta kabaretowa impreza lata z pewnością zagości na długo w moim sercu. Na naszym blogu również pojawiła się relacja z tego koncertu: klik.

IMPROFEST i w sumie tyle by wystarczyło. Największy Festiwal Improwizacji w Polsce. Dotąd odbywający się w CK Rotunda, a w tym roku w Klubie Studio. Całkiem odnowione miejsce zrodziło nowe wyzwania, jednak i z tym poradziliśmy sobie śpiewająco. Utwierdziły nas w tym brawa od widowni oraz pochwały od występujących i Organizatorów. Zdecydowanie hitem tego wydarzenia była piosenka rozpoczynająca Festiwal: dwóch Michałów z Grupy AD HOC przybrało postać różowych królików, z których pod koniec piosenki wydobyli się dwaj eleganccy gentlemani, jak przystało na gospodarzy wieczoru. Oczywiście, nie mogło być inaczej, także i podczas tego wydarzenia znalazłam sobie specjalne zadanie – wcieliłam się w rasową instagramową dziennikarkę, relacjonując na Instastory PAKI zakulisowe smaczki. Zbiorowa relacja z tego wydarzenia jest tutaj.

Ostatnim Festiwalem, który zasłużył sobie na wyróżnienie w moim zestawieniu, jest Rybnicka Jesień Kabaretowa. Kolejne bardzo dobrze zorganizowane i przemyślane wydarzenie kabaretowe. Atmosfera podczas Festiwalu, jak i również podczas afterów, jest niesamowita. Byłam pierwszy raz na tego typu przeglądzie, przypuszczałam, że jest na nim fantastycznie, ale że aż tak?! Tego się nie spodziewałam… I również podczas tego eventu wcieliłam się w rolę… zwykłego gościa. A co? Myśleliście, że Tajnego Jurora? Dla mnie to daleka droga, ale może Gwiazda Bez Przesady by się skusiła? 😉

I tak ten rok upłynął mi pod znakiem wielu festiwali kabaretowych, jak i również na indywidualnych występach kabaretowych.

Chciałabym jeszcze nakreślić zmiany, jakie zaszły w przeciągu tego roku w świecie kabaretu, a zaszło ich dość sporo. Oto te najbardziej zauważalne.

Kabaret Czesuaf zasilił kobiecy pierwiastek w postaci Olgi Łasak. W  Kabarecie Trzecia Strona Medalu również nastąpiły zmiany – z zespołu odszedł w październiku Krzysztof Jasiewicz, którego zastąpił Łukasz Adamus, natomiast z końcem roku z grupą pożegnał się gitarzysta, Marcin Lis. Ponadto Kabaret Paranienormalni postanowił zakończyć wspólną działalność kabaretową, jednak członków grupy wciąż będzie można oglądać na scenach, lecz w solowych numerach. Zostańmy jeszcze przez chwilę w temacie pożegnań i rozstań – Artur Andrus po wieloletniej współpracy z Radiową Trójką postanowił odejść ze stacji.

Zakończę to podsumowanie pozytywnym akcentem: Kabaret Kałasznikof po dłuższej przerwie postanowił wrócić na kabaretową scenę z nowym składem – Beata Kabzińska i Łukasz Zaczek – oraz nowym programem, „Charaktery”, którego premiera odbyła się 10 grudnia 2017 roku. Ponadto zawiązał się nowy duet w postaci Ewy Błachnio i Łukasza Kaczmarczyka (Kabaret Młodych Panów), którzy dosłownie „wykosili” konkurencję podczas tegorocznego Ryjka, zdobywając nagrodę Tajnego Jurora oraz nagrodę publiczności. Oprócz tego rok 2017 był rokiem Jubileuszów. 15-lecie istnienia kabaretu świętowali chłopaki ze Smile’ów, natomiast 10-lecie istnienia Kabaret Nowaki.

Rok 2017 był bogaty w wydarzenia kabaretowe, w których z przyjemnością uczestniczyłam i po których zostaną mi wspomnienia do końca życia. Życzyłabym i sobie, i Wam, aby Nowy Rok 2018 był równie obfity w imprezy kabaretowe, bo cóż innego nam pozostaje, jak tylko cieszyć się życiem i z życia! 🙂

 

ANETA TABISZEWSKA

Boyowe życzenia na Gwiazdkę

Boy_Święta.png

Temat tego artykułu obmyślałam na wszelkie możliwe sposoby. Chciałam, żeby był świąteczny w duchu, pozytywny i oczywiście nawiązywał do kabaretu. I nagle mnie olśniło. 21 grudnia 1874 roku urodził się Tadeusz Boy-Żeleński. 4 dni później świętujemy już zupełnie inne urodziny, ale zasadniczo jest to niezła okazja do urodzinowej fety, tak czy siak. W tym roku chciałabym podzielić się z Wami pozytywnymi przesłaniami za pośrednictwem słów Boya.

Życzę Wam więc (wraz z Anetą i Agatą):

  1. Odwzajemnionych uczuć sympatii. I owocnej współpracy międzyludzkiej, bo

Z tym największy jest ambaras,

Żeby dwoje chciało naraz.

To oczywiście pointa „Stefanii”. Osiągnięcie porozumienia nie zawsze jest łatwe, ale wierzę, że możliwe.

  1. Wyrozumiałości wobec samych siebie i swoich błędów. Przecież pomyłki to rzecz ludzka. Poza tym mój dziadek mawiał „Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz”.

Boy popiera:

Smutno byłoby, gdyby nikt się nie mylił i wszyscy robili dobrze.

Przyznaję, że na ten cytat trafiłam przypadkiem i nie potrafię zlokalizować dokładnie źródła pochodzenia, ale jest to bardzo trafna myśl.

  1. I tradycyjnie: szczęścia, nie tylko od święta, ale i na co dzień. Radujcie się chwilą i cieszcie życiem, przy wigilijnym stole i przy biurku zawalonym zaległymi papierami.

A co na  to Boy?

Byle chciał tylko, znajdzie szczęście człowiek
Nie ma co mówić: dobrze jest, jak jest!
Więc choć świat biada: «lepiej wcale nie żyć»
I pesymizmu słychać zewsząd jęk,
Najmilsi bracia, zechciejcie mi wierzyć,
Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk!!

Ten cytat pochodzi z piosenki „Joie de vivre” z przypisem „pieśń ku pokrzepieniu serc”. Pamiętajcie, „Życie jest piękne!”. Choć nie zawsze jest to oczywiste.

Życzymy Wam radosnego świętowania i wielu chwil na odpoczynek. Jakaś lekka i przyjemna lektura powinna ułatwić Wam świąteczny relaks. U mnie sprawdzają się „Słówka”. Naprawdę. No dobra – i „Opowieść wigilijna”.

Radosnych Świąt!

PAULINA JARZĄBEK

oraz

ANETA TABISZEWSKA i AGATA NOWAKOWSKA

Kabaret Hrabi „Tak, że o” [recenzja]

m

W Dobczycach i Gorlicach, w dniach 11 i 12 grudnia 2017 roku kabaretu Hrabi zaprezentował program „Tak, że o”. Był to historyczny moment, ponieważ tymi dwiema prezentacjami, grupa zakończyła występy z tym programem. W całości miałam okazję oglądać występ w Dobczycach. Publiczność i ja bawiliśmy się świetnie, ale z tego co słyszę, to mieszkańcy Gorlic również. 😉 Zapraszam Was na kilka moich przemyśleń związanych z tym wydarzeniem.

Na początek kabaret przywitał się z publicznością i zrobił mini zapowiedź konferansjerską, dotyczącą całego programu, który, jak poinformowali kabareciarze, jest programem klasycznym. O co chodzi? A o to, że jak jeden skecz nie wiąże się z drugim, to jest klasyka. Ponadto widzowie mogli dowiedzieć się, na jakie typy dzielą się konferansjerzy. Uczestniczyli w nim wszyscy członkowie kabaretu. Co najbardziej mnie rozśmieszyło, to suchar opowiedziany przez Bajera (może dlatego, że mam słabość do… sucharów :P), a brzmiał on następująco: „Jak się nazywa dziecko krowy? Pokrowiec”.

Program rozpoczął klasyczny skecz „Przychodzi baba do lekarza”, z którego widzowie dowiedzieli się, że najlepszym lekiem na stany zapalne jest mokre drewno. Widziałam go już w telewizji, jednak na żywo bardziej mnie śmieszył.

25359917_1562073257193001_1118940834_n

W programie nie zabrakło także tematu relacji małżeńskich/partnerskich/sąsiedzkich, otyłości, spostrzegania zawodu komornika i pracownika ZUS-u czy trudów zdawania egzaminów na studiach. Ponadto kabaret wplótł w program sporo piosenek, które były na bardzo dobrym poziomie. Zazwyczaj bowiem piosenki kabaretowe nie śmieszą tak bardzo jak skecze, a przynajmniej mnie. Na występie kabaretu Hrabi pozytywnie się zdziwiłam, ponieważ piosenki, które wykonywali wszyscy członkowie grupy, były śmieszne, nie tyle jeśli chodzi o warstwę tekstową, a o sposób ich wykonania. Oprócz tego wpadały w ucho, były skoczne, żywe, aż chciało się wstać i tańczyć! Co mi się jeszcze najbardziej podobało, to użycie innych instrumentów niż klawiszy. W piosenkach wykorzystywane były marakasy (jeden z nich podczas występu nieszczęśliwie wypadł z rąk Aśki i rozbił się na trzy części, ale za to Gwiazda Bez Przesady miała co zamiatać ;)), bongos, gitara oraz część perkusji. Nadało to piosenkom wyrazistości.

25360590_1562073260526334_564546063_n

Generalnie nie chciałabym Wam streszczać całego programu, bo naprawdę jest świetny, dlatego tak pobieżnie przytaczam niektóre smaczki z programu. Zachęcam do kupienia płyt lub obejrzenia „Kabaretu na żywo”, gdzie jeden odcinek w całości był poświęcony temu programowi.

Kabaret Hrabi niezmiennie od kilku lat jest w dobrej formie i robi naprawdę dobrą kabaretową robotę! Co zasługuje na wielką pochwałę, to interakcja z publicznością. Artyści świetnie rozumieją się z widzami, wciągają ich w swój świat, żywo reagują na sugestie i chętnie improwizują. Pokazuje to jakimi fachowcami są w swojej dziedzinie. Ponadto umiejętnie używają rekwizytów, co dodatkowo urozmaica skecze. Kolejnym pozytywnym aspektem jest to, że kabaret angażuje wszystkich członków kabaretu, mniej więcej w takim samym stopniu. Nawet Lopez częściej wychodzi zza klawiszy niż parę lat temu! Mocną osobą w grupie jest Aśka, rewelacyjnie bawi się słowem i parodiuje codzienne zachowania zwykłych ludzi, co, uważam, jest sztuką dość trudną. Przyznam, że mogę przewidzieć niektóre jej powiedzenia i zachowania, przez co to co się dalej stanie jest dla mnie oczywiste. No, ale taki ma styl, za to ją ludzie kochają, więc nie należy się dziwić, że często to stosuje.

25323741_1562073267193000_8981605_n

Tyle z moich przemyśleń. Ogólnie całość oceniam bardzo dobrze, bawiłam się świetnie, a wieczór zaliczam do jak najbardziej udanych. Śmiem twierdzić, że nie tylko ja tak uważam, bowiem cztery bisy są chyba tego potwierdzeniem?

ANETA TABISZEWSKA

„Poczet kabaretu polskiego” w retrospektywie [cz. IX]: Jacek Fedorowicz

RETROSPEKTYWA

Dzisiaj rozmowa z satyrykiem, aktorem, a z wykształcenia malarzem. Jest współzałożycielem Teatru Bim-Bom, w którym występował. Ponadto znany jest z takich programów jak: „Poznajmy się”, „Małżeństwo doskonałe” czy audycji radiowej „60 minut na godzinę”. Kojarzyć go też możecie z kabaretu Wagabunda, lecz przede wszystkim znany jest z programu „Dziennik Telewizyjny”. Kto taki? Oczywiście, Jacek Fedorowicz. Zapraszamy!

Dziennikarz: Piotr Skrzynecki, wiadomo – „Piwnica Pod Baranami”, Jan Pietrzak, też wiadomo – „Egida”, a Jacek Fedorowicz to… Jacek Fedorowicz. Stał się pan człowiekiem instytucją?

Jacek Fedorowicz: Nigdy nie miałem swojego kabaretu, ponieważ nie lubię być szefem czegokolwiek. Taką już mam naturę. Bywałem za to elementem, kto wie, może nawet dość znaczącym elementem różnych kabaretów. Byłem autorem, który starał się swoje teksty dowartościować własnym wykonaniem. A zaczęło się to dawno: 37 lat temu.

D: Z ekranu telewizyjnego zszedł pan dość wcześnie do radia, gdzie możliwości dowartościowania tekstów własnym wykonaniem były znacznie większe. W radiowej „Sześćdziesiątce” bez większych przeszkód wcielał się pan w kilka różnych postaci. Ile ich było? Ja doliczyłem się ośmiu.

J. F.: Gdyby te postaci policzyć na siłę, uzbierałoby się ich znacznie więcej. Tyle, że nie wszystkie były umiejętnie skonstruowane i konsekwentnie prowadzone. Zwycięsko ukształtowała się postać Kolegi Kierownika i Kolegów: Kuchmistrza, Spikera, Tłumacza oraz Pana Kazia. To są te zasadnicze postacie. No i kolega Fedorowicz, który również nie był takim lustrzanym odbiciem prawdziwego pana Jot Fedorowicza.

D.: Otrzymał pan prestiżową „nielegalną” nagrodę „Solidarności” za jeden z najzabawniejszych „wideoklipów”. Za zdubbingowanie własnym tekstem i głosem trafnie dobranych fragmentów z programu telewizji PRL połowy lat osiemdziesiątych. Przy oglądaniu tej parodii propagandowej rzeczywistości widzowie dostawali konwulsji ze śmiechu.

J. F.: Było dla mnie niesłychaną frajdą obserwować jak ludzie na to reagują. Teraz jednak, bez pokazania tego materiału trudno udowodnić walory satyryczno-ideowe. To był po prostu bardzo pieczołowicie zrobiony „fałszywy” dubbing. Wielką uwagę przywiązywałem do synchronizacji tekstu z ruchem ust postaci mówiących moim głosem (Rakowski, Żukrowski, Janiszewski i inni). Miała powstać pełna iluzja, że to właśnie oni mówią. A mówili – rzecz jasna – herezje. To mogło być tak śmieszne tylko wtedy. Dlatego że telewizja była tym aroganckim mówcą, któremu wolno było wszystko powiedzieć o społeczeństwie i obrażać je na wszelkie możliwe sposoby. I nagle ktoś w imieniu setek tysięcy obrażonych ludzi zemścił się na telewizji. Zarazem było to w prosty sposób śmieszne. Ale było tak gorąco przyjmowane dlatego, że posiadało cechy odwetu.

D.: Powiedział pan kiedyś, że w promieniu półtora metra dokoła pana nie było, nie ma i nie będzie socjalizmu. Być może dlatego ludzie chcą być jak najbliżej pana. Dawniej przeciwnika można było o wiele łatwiej namierzyć i trafić. Co teraz stanowi pożywkę dla kabareciarza?

J. F.: W tej chwili jest przede wszystkim inaczej. Nastąpił jednak powrót do normalności, w której zawsze żyje się trudniej niż – choćby nawet – w luksusowym więzieniu. Pomimo że jest mi z całą pewnością, trudniej, to również jest mi i lepiej. Jeśli mam bardzo zły humor, to sobie wychodzę na spacer przed „Biały Dom”, na którym czytam napis „Powszechna Kasa Oszczędności” i radości z tego powodu starcza mi do wieczora. Szalenie łatwo było mi pisać o minionym systemie, bo go nie lubiłem. Dawna władza czasem mówiła, że krytyka jej pomaga. Otóż ja nigdy nie chciałem, żeby moja krytyka socjalizmowi pomagała. Zawsze marzyłem, żeby mu zaszkodziła i w tym właśnie upatrywałem cel mojego pisania. W systemie normalnym, żeby coś dobrego wyprodukować, to trzeba naprawdę się natrudzić. Żeby chłop wyprodukował mleko, które może konkurować na rynku z zachodnim, to musi się mocno postarać. Ja też, jeśli chcę zainteresować czymś słuchacza – nie mówię rozśmieszyć, bo akurat nie tylko temu się poświęcam – muszę rzeczywiście solidnie się namęczyć i wiele kartek papieru powyrzucać do kosza. Ale z tego wcale nie wynika, że dawniej było mi lepiej. Nie. Ja bardzo nie lubiłem tamtej łatwizny.

Wywiad bardzo konkretny i rzeczowy, dlatego, że sam Pan Jacek Fedorowicz jest człowiekiem konstruktywnym, wypowiadającym się w sposób merytoryczny. A przede wszystkim człowiekiem mówiącym krótko i zwięźle na temat, bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Wywiad jest też spokojny i wyważony, przez co zaliczyć go można do jednych z najlepszych wywiadów tego cyklu. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja jak czytałam tę rozmowę, to nie czytałam jej swoim głosem, lecz w uszach brzmiał mi ton i charakterystyczny sposób mówienia Pana Jacka.

ANETA TABISZEWSKA

 

Fragmenty wywiadu pochodzą z rozmowy Janusza R. Kowalczyka, Bywałem dość znaczącym elementem, Rzeczpospolita, Warszawa 1991.